OCENA: 4.77 ECHO AZJI  
  Kategorie:  ECHO AZJI |

2010-03-23 12:02:37
POSTNIE

Tak się ostatnimi czasy zapamiętałem w graniu i ćwiczeniu nowych kawałków, że o wszystkim innym zapomniałem. Wprawdzie używałem roweru, ale jest to tak naturalne jak zmiana bielizny, więc nie ma o czym pisać. Zagraliśmy dwa koncerty w całkowicie nowym składzie, poszło znakomicie - nie zemdlałem ze starości, ani też ze spadłem ze sceny pod wpływem bufetowych gratisów. Nie, no może trochę przesadziłem z tą starością, ale pod drobny wylew to już raczej podlegam, albo po lekką zapadkę, po której lekarz może oznajmić: "Oj, proszę pana, nie ma pan już dwudziestu lat, trzeba zwalniać na schodach, ograniczać używki, związek tylko stały, praca osiem godzin, dużo wypoczywać i uregulować sprawy majątkowe, bo to potem, np. po rozwodzie, łażenia i stresu do cholery, a przecież po co!?". Na razie jednak forma dopisuje. Poszedłem po koncercie spać dopiero przed siódmą rano, a o czternastej byłem już w pracy, sto trzydzieści kilometrów dalej. Gdyby mój ubezpieczyciel o tym wiedział anulował by mi polisę. Ale nie wie, bo w rubryce "zawód" podałem OGRODNIK. Takie małe kłamstewko lustracyjne. Kulminacyjna faza Wielkiego Postu każe mi jednak powściągnąć się nieco i skupić na innych wartościach niż wazelina publiczności. Rekolekcje zostały odprawione. Niestety, wzrastająca temperatura powietrza powoduje zwiększenie liczby pokus. Diabeł wziął się do roboty i nawet sąsiadkami targa od szafy do szafy. Wychodzą potem na spacer z psem, bez psa. Idą do sklepu po mąkę, a wracają od fryzjera. Ja wsiadam do windy jak ojciec, a wysiadam jak zboczeniec. Piję dużo wody, a g... mi to pomaga! Nawet nie schudłem! Najłatwiej uciec z rowerem do lasu, posłuchać wielogłosu ptaków, wyciszyć się. Dobrze. Ale co to za sztuka nie dać się trafić Gołocie, kiedy nigdy nie stało się z nim w ringu? Szukam więc wolności wszędzie. Chcę słyszeć Pana Boga w śpiewie ptaków, ale i dostrzegać na ulicy - choć rzeczywiście, czasem może wydawać się trudne rozpoznanie Go w drugim człowieku, zwłaszcza spacerującym w dziesięciocentymetrowych szpilach, wiosną. Z drugiej strony pewne jest, że to przecież nie diabeł! (No, nie dla wszystkich może :)). Ale kto szuka prawdziwej wolności, szuka też bezwiednie walki. Kto szuka miłości, nie uniknie cierpienia. Kto chce piękna, musi zmierzyć się z brzydotą. Kto szuka w sobie człowieka, musi go znaleźć najpierw w innym, aż w końcu sam stanie przeciwko sobie. Bez modlitwy, zaufania, zawierzenia Bogu, jesteśmy w tej sytuacji bezbronni, bezradni. Tak. Dzisiaj nie dokończę pisania. Szkoda czasu.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-02-08 10:18:23
ZMĘCZENIE

Po werbunku przez "czarnych" do kościelnej scholi - o czym ostatnio wspomniałem - pomyślałem sobie, że mogło być gorzej. Np. próba wpasowania mojego głosu do parafialnego chóru - czego przed emeryturą raczej nie planowałem. Nie pojawiłem się jednak w piątek na planowanym spotkaniu dziecięcej scholki. Zwyczajnie nie zdążyłem z pracy. Tak więc w niedzielę, co zrozumiałe, mój debiut w charakterze świadka i uczestnika zmagań dzieci z bożą nutą, nie doszedł do skutku. Mam nadzieję, że ks. Jacek nie poczuł się zdruzgotany. Zresztą w tygodniu z nim pogadam. Musimy wymienić numery telefonów, bo jak następnym razem przewrócę się np. pod prysznicem i znowu nie będę mógł przyjść, to przynajmniej uprzedzę. Zresztą on też przecież może walnąć na schodach, kiedy jego Anioł Stróż lekko przyśnie. Jak do mnie wtedy zadzwoni, to mu przynajmniej opowiem jakąś zabawną historyjkę. Bo na lekarza nie ma co w takich przypadkach liczyć. Ten to zaraz tylko nastraszy, że panie, złamałeś pan dwa żebra i masz pan, panie ksiądz..., księdzu..., księż... przesunięcie stawu biodrowego, oraz nieaktualne ubezpieczenie, zdaje mi się. Kto by chciał słuchać podobnych rzeczy? A tak zadzwoni do mnie i chociaż się uśmiechnie, zanim karetka przebije się przez śniegi i dotrze z pomocą i destrukcyjną diagnozą. Wczoraj zresztą ja sam omal nie potrzebowałem reanimacji. Pojechałem z kolegami na trening, który przerodził się w wyniszczający wyścig. Ja, po sobocie spędzonej częściowo na parkiecie z małżonką, nie byłem najświeższy i przeżywałem okrutne męki. Trochę ponad czterdzieści kilometrów po śniegu, gdzie - wnioskując po śladach - nawet koń z saniami się zapadał, prawie zabiło mój organizm. Do tej pory czuję się sflaczały i nieskory do figli. Zamknąłem się teraz w pokoju przed małżonką i klikam. Mam nadzieję, że zaraz nie wpadnie. To by mnie mogło zabić. Tyle, że ja w takich sytuacjach jakoś wyjątkowo mało asertywny jestem. A zresztą, niech tam - co będzie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-02-04 09:40:08
WIZYTA KSIĘDZA

Choinka już niestety na śmietniku. Za każdym razem szkoda mi ją tam wywalać. Pewnie myśli sobie, że jak tak, to prezenty, śpiewy, radocha, a potem w zgniłe odpadki, pudełka po kefirach, gołą, bez igiełek, ledwie żywą wyrzucam ją jak szmatę wyciśniętą do cna! Dziwię się Unii, że dotąd jeszcze nie powołała jakiejś specjalnej komisji w tej sprawie. W sobotę nawiedził nas ksiądz i choineczki już niestety nie zobaczył. Oglądał dzieciom zeszyty i pytał, czy jest miłość. Nie zrozumiałem, czy pytanie było raczej natury ogólnej, czy chodziło o relacje rodzinne. Zapytałem więc sprytnie, czy może kawy? Okazało się, że wcześniej wypił już dwie plus dwie herbaty, co by oznaczało, że to pytanie postawił już co najmniej czterem sąsiadom. Przyznaliśmy się więc, że miłość jest. Trudno, nie było wyjścia. Spodziewałem się teraz kolejnego pytania podobnie niejasnej natury, mianowicie - czy jest grzech? Ale nic takiego nie nastąpiło. Zapadła więc ta charakterystyczna cisza, kiedy nikt nie chce żeby mu w brzuchu zaburczało, a burczy. Księdzu nie burczało, zresztą spod grubej sutanny i krochmalonej komży i tak pewnie nic nie byłoby słychać. Zacząłem więc pleść, że ja to, kurczę, proszę księdza na rowerze zasuwam maniakalnie, dzieci na sankach ciągam, gram w dwóch zespołach, a ten chórek młodzieżowy, to może by przerzedzić nieco, bo z połowa dziewczyn ma problemy ze słuchem, i... - O, to pan gra? - Spytał entuzjastycznie. - Bo potrzebny nam na niedzielę gitarzysta. Nic specjalnego, dwie piosenki, tylko że z dziećmi. Oj, świetnie, że pan o tym wspomniał. Tak, dobrze! Więc próba będzie w piątek o 14.30. Tam gitara jest, ksiądz proboszcz kazał kupić. Podobno niezła. O, proszę! - chyba się pożegnam, zasiedziałem się troszeczkę, państwo zaraz pewnie obiad. Cóż, miło mi zatem, i do zobaczenia w piątek. Znakomicie, ach! cóż za wspaniały zbieg okoliczności! "No, faktycznie, zadziwiający!" - pomyślałem sobie. Ksiądz wyszedł i zapadła ta cisza, kiedy to nikt nie chce, żeby mu burczało, a burczy...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-01-28 09:32:26
IDĘ GDZIEŚ...

Śnieg od rana, zawierucha, na rower za bardzo kurzy, małżonki w domu nie ma, telewizora nie lubię, chyba tylko spacer pozostał. W te mrozy poszedłem w nasze okoliczne górki, ślady zwierzątek, zamarznięte ptaszki, zapadałem się w podwójną warstwę śniegu i naciągnąłem chyba sobie jakieś ścięgno w stopie, takie od góry, jakby od palców. Przedwczoraj znowu hokej, -22 stopnie, aż krążek skwierczał. Nie wiem, czy sobie nie odmroziłem w łyżwach dużego palucha, bo mnie dziś jeszcze boli. Wprawdzie dostałem krążkiem, ale to w piszczel, i tu boli mnie prawidłowo. Kolegę z pracy też boli piszczel. Wpadł o piątej rano wstając do pracy, na kupioną dzień wcześniej szafę, będącą jeszcze w stanie złożonym. Sam ją tam postawił, tyle że zasłaniała jedno z dwudziestu gniazdek elektrycznych tego domu, co widać nie pasowało małżonce, która postanowiła skorygować lekko miejsce postoju nowego mebla i przesunęła zafoliowane elementy bliżej schodów, nie informując o tym swego męża. Chwilę potem miał już w ręce nóż, użył go na szczęście tylko do zrobienia sobie wyjątkowo niekształtnych kanapek. Szafa to zawsze i wszędzie wielkie wyzwanie. I komoda. Wiem coś o tym i sądzę, że nie po raz ostatni ta szafa stanęła na drodze mojego kolegi. Jak nic będzie za szeroka, bądź za wąska, zbyt wysoka, zbyt niska. Już ta jego miłość coś wymyśli! A ja chyba pójdę sobie teraz do lasu. Nie wiem co tym lesie, ale sobie pójdę. Może będą szyszki?

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-01-14 10:47:54
SPOSÓB NA MRÓZ

Dziś znowu gramy w hokeja. Mam nadzieję, że nic się dziś komuś niespodziewanie nie urodzi. Wczoraj jeździłem rowerem po lesie i po wąwozach w naszych górkach. Ciężko, ślady przetarte jedynie ciągnikami. Jadąc w rynnie po traktorowej oponie od drgań można dostać delirium. Trzęsie niemiłosiernie, co i raz wpada się w zaspę, śnieg przenika wszędzie, bolą ręce, wysiada psychika, stygnie picie w bidonie, pogryzłoby się psa, ale akurat brak w pobliżu zabudowań. Na śniegu widać tropy lisów, saren, ale też jakieś takie małe stempelki - może zające, może wiewiórki, kuny, żbiki, czy ratlerki w dresach po ucieczce z miasta. Dzisiaj jednak za duży mróz na dłuższą przejażdżkę. Rano ciągnąłem sanki do przedszkola i o mały włos, a dziecko by mi przymarzło do desek. Tak więc nie ma co ryzykować, lepiej poczekać do wieczora, zapędzić dzieci do ciepłego Fikolandu, a samemu rozegrać trzy tercje hokeja. Będzie bezpieczniej dla zdrowia. Najważniejsze, żeby uniknąć telewizora. Ta współczesna Hydra największe swoje żniwo zbiera właśnie w takie dni. A kiedy jeszcze dogada się z lodówką, z barkiem, z całym tym domowym luksusem, to koniec! Trzeba być w ruchu. Przejść się przynajmniej do piwnicy, sprawdzić z którego słoika tak jedzie zgniłymi ogórami, skontrolować ciśnienie powietrza w oponach rowerów - musi być takie, że jakby szczur próbował przegryźć dętkę, to ma mu wyrwać szczękę. Można też potańczyć z partnerką, w końcu mamy przecież karnawał. W domach bywa zazwyczaj ciepło, więc może ubierzmy ją na styl brazylijskich tancerek samby. Strój jest prosty i jego koszt niewielki, bo ileż mogą kosztować trzy cekiny? Szpilki mogą być z szafy. Od biedy można też wiercić otwory, ale to już raczej trąci desperacją. Nie dajmy się zimie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-01-12 19:20:28
TRZY STRZELIŁEM!

Wszedłem w sezon hokejowy. Masa pochodzenia świątecznego bardzo mi się przydaje, choć wyraźnie czuć, że przeciwnicy również nie oszczędzali się przy stołach. W dwóch meczach zdobyłem trzy bramki - jedną po pięknej akcji indywidualnej i zmiażdżeniu bramkarza - i zaliczyłem dwie asysty. Ochraniacze na goleniach bardzo mi się przydają, bo już parę razy dostałem krążkiem i kijem. Dziś wezmę chyba garnek na bigos, bo i w głowę z łokcia czasem zbieram. Ponoszę też straty materialne, bowiem już w pierwszym meczu pękł mój stary post-radziecki kij epoksydowy o wdzięcznej nazwie "Gieroj". Widać nie był mocny aż tak, jak sugerowałaby nazwa. Krążkiem uszkodziliśmy jedną z szyb próżniowych znajdujących się nieopodal. Zrzutka po pięć dych! Kosztowny sport, nie ma co! Na dziś spróbujemy wziąć kogoś do sędziowania, zamiast trzech wiśniówek. Ostatnio wyliczyliśmy, że na dwie godziny mięliśmy 50 minut efektywnej gry. Reszta to spory i obsługa stolika. Stanowczo nas na to nie stać! A, i jednemu z hokeistów urodziła się przedwczoraj córeczka. Tak więc na dzisiaj zapowiada się ciężki mecz! :)

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2010-01-05 19:39:11
SALUT!

Chyba nigdy w życiu nie przytrafiło mi się, żebym w okresie Świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra, potem karnawału, nie poczuł się błogo, nie odpoczął, wreszcie nie podjął pewnych refleksji, czy wątpliwych postanowień. Wątpliwych, bo wiadomo jak jest - najpierw, że niby będę więcej uśmiechał się w pracy, gadał mniej głupot, więcej pisał, więcej trenował, mniej jadł, więcej przebywał w towarzystwie dzieci i duchowo się bogacił. Potem wychodzi szydło z worka, w Święta zjadam słonia i mam na brzuchu pięć kilo w postaci półki na szklankę. To te najmniejsze zaniedbania. Ale nie ma co biadolić! Przyzwyczaiłem się do autokrętactwa i przynajmniej nie jestem zaskoczony. A z innych ciekawostek podzielę się tą, że Sylwestra spędziłem w pracy - nie pierwszy raz zresztą. Postanowiłem zatem odkuć się 2 stycznia. Pobrałem z domu małżonkę i wyprowadziłem z domu niewoli w miasto. "Repeta z Sylwestra" - brzmiało obiecująco, wejściówka za dyszkę, wchodziły głównie niedotańczone młode i odmłodzone niewiasty. W życiu bym nie podejrzewał, że w takim towarzystwie zostanę lwem parkietu! Około północy wykończyłem małżonkę. Mojego kolegę z kolei wykończyła jego partnerka, co oznaczało ani chybi, że jesteśmy na siebie skazani. Okazała się bardzo długodystansową postacią, jednak początkowo jej zbyt głęboki dekolt wytrącał mnie z równowagi znacznie skuteczniej, niż Wyborowa z sokiem jabłkowym. Po odzyskaniu pionu - co jednak trochę potrwało i nie umknęło uwagi mojej ukochanej małżonki - przeniosłem swą koncentrację w nieco niższe partie nowej partnerki. To znaczy mam konkretnie na myśli stopy i wykonywanie rytmicznych kroków. Biodra miała równie niebezpieczne jak okolice ramion, więc nawet już tam nie zezowałem. Około drugiej ktoś zamówił taksówkę i postanowił mnie wywieźć w bezpieczne miejsce. Rano obudziłem się w przychylnych ramionach małżonki, chociaż nieco zdziwiony jej zdumiewającym rozdwojeniem, dwoma butelkami coca-coli na stoliku, dwoma stolikami w ogóle, podwójną choinką... Innych postaci z ulgą nie stwierdziłem. Krzyknąłem sobie: Niech żyje Nowy Rok! I dostałem nieoczekiwanie migreny...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-12-18 16:33:28
EGZAMIN KOMISYJNY

Dzisiaj w pracy mięliśmy wizytację Państwowej Inspekcji Pracy i służb BHP. Badali parametry oświetlenia, hałasu, promieniowania, zaglądali tu i tam. Skomplikowane mierniki obsługiwała bardzo ładna pani laborantka, duża i proporcjonalnie zbudowana, w typie silnej skrzydłowej. Troszkę się obawiałem, że trzymane przez nią w mojej obecności przyrządy mogą wykazać podwyższony poziom promieniowania, lub nawet zdemaskować moje niecne myśli. Słyszałem jak urządzonko kwiliło cicho i równomiernie, bez jakichś szczególnych efektów specjalnych, więc chyba udało mi się ukryć figlarne scenki rodzajowe bezwiednie i spontanicznie powstałe w mojej głowie. Druga pani, z PIP, była już mniej przyjemna, zadawała mnóstwo podstępnych pytań, koniecznie chciała żebym jakimś choćby najdrobniejszym szczegółem sprzedał mojego pracodawcę. I pewnie bym sprzedał, bo deska w kiblu jest pęknięta już ze trzy tygodnie, ale czułem oddech szefa na karku i nie miałem możliwości manewru. Zresztą o tę deskę podejrzewam właśnie jego. Z drugiej strony oprócz faktu, że szef jest gruby i ciężki innych dowodów nie mam. On, kiedy odkrył na korytarzu ślady opon, mnie nawet nie podejrzewał. No, ale to zupełnie inna rzecz, bo tu się akurat mylił, i ślady były z pewnością moje. Sprawę w końcu umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Najlepsze, że najbardziej podejrzany był nasz - Bogu ducha winien - goniec z dyrekcji głównej, którego na rowerze widziałem może ze dwa razy. Ale ten gość jakoś tak ma - no, wypisz wymaluj, gęba podejrzanego. Widzisz go, i już podejrzewasz. O cokolwiek. Np. mijasz się z nim na schodach i od razu zastanawiasz, czy on aby nie ma w kieszeni twojej książeczki wojskowej z czterdziestoma dolarami, wyjętej przed chwilą z szuflady w twoim pokoju. Zostawmy to jednak. Inspekcja, oprócz paru petów, źle ustawionego monitora i przepalonej żarówki, nie wyśledziła niczego konkretnego. Mięli się już zbierać, ale na dworze było -14 stopni, i komisja zapragnęła na koniec gorącej herbaty. Popłoch powstał nieopisany, bo nie było pod ręką żadnych ciasteczek. Wiadomo skądinąd, że żadna komisja nie lubi, kiedy tych ciasteczek nie ma. W czynie społecznym ofiarowałem więc odruchowo swoje prywatne suszone figi (osiem złotych w plecy - niech to szlag!), ratując tym samym szefowi jego grubą... to jest, chciałem powiedzieć, jego ważną posadę. Sam nie widziałem, ale podobno silna skrzydłowa zjadła najwięcej. Może więc ten jej licznik Geigera jednak coś koło mnie wyniuchał? Nieważne. Ważne, że nareszcie przyszła do nas zima, śnieżna, mroźna i ze słoneczkiem dzisiaj. A wszystkie komisje przychodzą i odchodzą, zupełnie jak zima. Zjadają ostatnie figi, jak śnieg, który pochłania ostatnie skrawki zmrożonej ziemi. Wszyscy, my, wy, oni, musimy udawać kogoś innego, bawimy się w życie na poważnie, a potem i tak stajemy nad garnkiem barszczu, lepimy świąteczne uszka (ja nie lepię, bo nie umiem), komisje w swych kuchennych woniach wspominają wlepione i zaniechane mandaty, my zaś dobrze, lub źle wykonaną pracę. Cezarowi, co należy do Cezara. Jednak resztę życia... Ale to już lepiej niech każdy odrobi we własnym zakresie. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-12-14 11:17:30
POKONAĆ TRUDY

Nareszcie spadło trochę śniegu, jeszcze symbolicznie, ale zawsze. Chyba mam coś z uchem, bo mnie boli. Już tydzień bez roweru! Inne używki również odstawiłem, z okazji adwentu. Da się tak żyć, co stwierdzam nie bez zdziwienia. Tyle, że trzeba być gotowym na różne niespodzianki szykowane przez zaskoczony organizm. Wchodzę, na ten przykład, do stomatologa, stres w poczekalni nawilżył mnie pod pachami, na plecach , poniżej pleców, otwieram drzwi z duszą na ramieniu i książeczką ZUS-u, a tam pani dentystka jaśniejąca niczym obraz Matki Boskiej z Gwadelupy, szczęka natychmiast sama mi się wyleczyła, niestety, kosztem zdrewnienia języka, zacząłem coś bezładnie bełkotać, gapiłem się na nią jak gówniarz w pączka, popełniłem dwa takie zdania, że w życiu się nie przyznam, rany!, jak ja się skompromitowałem, dotąd trzęsą mi się ręce! Najgorzej, że jutro znowu do niej idę. Wprawdzie już jej nie kocham, ale jak ja się pokażę po tym wszystkim. Może zadzwonię i opowiem o moim uchu? Przecież nie powie mi, że ucho też można zaplombować. A jak powie? Uchhh! Zmiana trybu życia stanowczo za dużo mnie kosztuje. Same nerwy i stresy! Trzy dni temu, w pracy tym razem, idę sobie porannie do męskiego, napalone jak w gimnazjum, ale mniej napisów, staję nad pisuarem - kolejna czynność bez szczegółów - i już chcę być dumny z wydolności swojego organizmu, że prostata mi nie grozi przez najbliższe dwadzieścia lat, bo odpływ nie radzi sobie z wodospadem którym go bombarduję, kiedy z przerażeniem orientuję się, że ta fajansowa muszla na ścianie jet po prostu zapchana! Z piekącym bólem musiałem wyhamować, jednocześnie złapałem za zaworek szybko odcinający wodę, i tak stałem z tymi dwoma zaworami w rękach, pode mną kilka milimetrów brakuje do przelania na podłogę, na to wszystko wchodzi kolega... O, ludzie! Tak więc adwent mam naprawdę ciężki, i czekam Świąt jak zbawienia. Czyli w zasadzie, prawidłowo, można rzec.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-12-09 10:57:39
ŚW. MIKOŁAJ

6 grudnia, na zaproszenie naszej firmy-matki przybył do nas św. Mikołaj. Dzieci miały z nim spotkanie połączone z zabawą. Były teatrzyki, konkursy (sędziowane jak nasza piłka - wałek za wałkiem!)próby wdrożenia dzieci do w miarę składnego tańca (daremne) i prezentacje talentów. W tej konkurencji mogli również występować rodzice, tyle że nikt się nie odważył. Ja ze sceną mam do czynienia od lat, uznałem się więc za profesjonalistę i poczułem się usprawiedliwiony. Natomiast znalazło się kilkoro dzieci, ale jedynie z ciągiem na scenę, a nie z talentem. Chociaż moją uwagę zdołały przyciągnąć dwie bliźniaczki. Głosy identyczne, te same rumieńce na identycznych twarzach, takie same grymasy i gesty wykonywane w tym samym czasie, wrażenie jakby ubrały maski. Do tego stopnia były swoimi kopiami, że nawet pęcherze odmówiły im posłuszeństwa w tym samym momencie, i zgodnie pognały siostrzanym truchtem do toalety. Św. Mikołaj ukazał się dzieciom i nam w beznadziejnej czapce skrzata, w ogóle wyglądał jak zakamuflowany przestępca zbiegły z aresztu śledczego w Lublinie. Przynajmniej buty miał czerwone. Ale dlaczego postanowił pląsać w dyskotekowych rytmach? Dobrze, że przynajmniej towarzyszące mu Śnieżynki wyglądały na niewinne. Zresztą, kto ich tam teraz wie. Ja też wyglądam na grzecznego, a wiem, że jestem niegrzeczny. Nawet prezentu nie dostałem. Mniejsza z tym. Moje dzieci były szczęśliwe, dostały ogromne paki z mnóstwem słodyczy i maskotek, wystąpiły w zwycięskiej drużynie (oczywiście było wałowane!) skacząc na piłce. Piłka sięgała pod szyję mojej córeczki, więc możecie sobie Państwo wyobrazić jej skoki. Zdjęć nie udało mi się wykonać, przez tłum niewiast będących mamusiami, które trzymały swoje aparaty zawieszone niczym trzecia pierś, cały czas gotowe do wykonania niezapomnianej fotografii swoich pociech. Na "przepraszam" nie reagowały, a łapy wolałem mieć przy sobie, więc nie mogłem się przepychać. Inni tatusiowie przyjęli tę samą taktykę, choć i ich z pewnością korciło, żeby jednak spróbować. Poradziły sobie jedynie małżeństwa będące w komplecie. Najważniejsze, że dzieci były zadowolone. Dostałem od nich orzeszki ziemne i długopis własnej firmy. Obiecują jeszcze udziały w ptasim mleczku. Może jednak wysępię jeszcze galaretki. Bardzo je lubię!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-11-14 18:10:11
NIEPODLEGŁOŚCIOWO

11 listopada zorganizowano u nas - zresztą jak co roku - rajd rowerowy ku czci odzyskania przez Polskę niepodległości. W ten sam dzień odbyły się biegi niepodległościowe. W strugach deszczu triumfowali Ukraińcy i na mecie było trochę łyso. Pogoda koszmarna. O ile biegi przyciągnęły około osiemdziesięciu uczestników, to już rajd ledwie osiemnastu. Osiemnaście to oczywiście lepiej niż siedemnaście, albo nawet czterdzieści, bo przynajmniej z datą odrodzenia się kojarzy. Tu Ukraińców już nie było. Sami maniacy. W bidonach nalewki i kaszana w plecakach. Deszcz lał strumieniami. Do tego stopnia, że mógł służyć za popitkę. Rajd dojechał do pierwszych większych krzaków, częściowo zakrył się płachtami: - Zdrowie Polski! Czas rajdu - 4,5 godziny, czas jazdy 35 minut, dystans - 7 kilometrów, a kolarze tak ujechani, że rany boskie! 18 największych patriotów w mieście, nie szczędzących dla Ojczyzny swego sprzętu i zdrowia. Wracali jak powstańcy, umorusani, opłotkami, prowadzili swe rowery, pewnie żeby się nie ochlapać. Bidony pogubione jak bagnety na polu chwały. Komórki powyłączane, od wilgoci dostały zwarcia, tęskniące małżonki z braku łączności dostawały obłędu - gdzież ci ich chłopcy!? Zupełnie jak dziewięćdziesiąt jeden lat temu - tyle że mniej szlachetnie...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-11-11 12:53:49
DESZCZ, CZY OPAD ATMOSFERYCZNY?

Samochodzik o którym ostatnio pisałem został mocno przez nas ochrzczony, a dwa dni później kolega odbył nim podróż do Częstochowy, co znaczy ni mniej ni więcej, że jest ze wszystkich stron zabezpieczony (samochód, nie kolega!) i AC wydaje się zbędne. Niegdyś Szwedom taka pielgrzymka wyraźnie zaszkodziła, ale też oni przybyli tam w nieco innym charakterze. Współcześnie droga do Matki Najświętszej również nie jest usłana różami, a gęstą siecią fotoradarów, tak więc zanim pielgrzym dojedzie w końcu do bram klasztoru na Jasnej Górze by złożyć ofiarę, sam już potrzebuje wsparcia i do starych intencji musi dorzucić nowe, mianowicie żeby znalazł gdzieś, cudownie, te trzysta czterysta złotych, by opłacić karę za swą grzeszną pielgrzymią jazdę. Tak też się stało w przypadku mojego serdecznego przyjaciela. Wrócił z mieszanymi uczuciami, nadwątloną wiarą i uszczuplony finansowo. Jedno z dzieci w wyniku choroby lokomocyjnej nadwątliło też nieco świeżość tapicerki o starannie dobranym kolorze. Ja jednak uważam, że wszystko jest w porządku, bo pielgrzymka ma uczyć pokory a nie powiększać ego. Już butny Szwed się o tym przekonał (choć w nieco innym charakterze). Mój pierwszy samochodzik nawet nie dojechałby do Częstochowy, miał lewe badania techniczne i stwarzał zagrożenie dla wszystkich. Nawiedzenie nim Jasnej Góry byłoby więc postępkiem dość bezczelnym, nawet gdyby ocierało się o szalony wyczyn. Pamiętam innego znajomego, który w tym starym aucie wymieniał jakieś drążki. Gdy siedział w kanale i przyglądał się swemu wiekowemu pacjentowi, nic tylko mruczał i klął, stukał narzędziami w resztki blachy podwoziowej, jęczał "Jeezzzuuu! Matko boska!" i popadał w melancholię. I on widział potrzebę nadprzyrodzonej opieki nad mym żelastwem. Mechanik niewiele mógł zdziałać. Kiedyś spotkałem tego mechanika na przystanku autobusowym w Kazimierzu. Miał wyraźną trąbę, przydeptywał rozwiązane sznurówki, właśnie próbował przypalić papierosa - bezskutecznie. - Cześć, co u ciebie słychać? - spytałem, udając obojętność wobec jego niewyraźnej kondycji. - Dłubiesz jeszcze w samochodach? - O! - odpowiedział. - Masz jakieś fajki? Weź no, zapaliłbym, a ten. Co tu robisz? A p... ten warsztat! Teraz jestem u tego, no, w piekarni jestem. - Przypaliłem mu jego własnymi zapałkami, mówię: - W tej piekarni? Widziałem, że oprócz kogutów robicie też jakieś kaczki, krokodyle. - Nie, nie! - zaprzeczył, jak na jego stan, ostro - To nie są krokodyle. To są te... no, k...!, te, no... aligatory! - zastrzelił mnie powagą tej subtelności. Odróżnić krokodyla z ciasta od aligatora z ciasta, nie, przepraszam, ale szacunek. Tak, wystarczy rzecz nazwać inaczej, i mamy nową rzeczywistość. Słoń z ciasta to mamut, ludzik z ciasta to kobieta lub mężczyzna, dowolnie!, samochód z ciasta może mieć silnik, lub nie, motylek z ciasta to płuca, serduszko to dupeńka do góry nogami, ropuszka to żabka, rybka to pipka, itd, itd. Postmodernistyczna ściema nawet w kazimierskiej piekarni! Trzeba więc uważać, by za jakiś czas nie wciskali nam, że to nie był najazd szwedzki, tylko wizyta grupy zorganizowanych szwedzkich mężczyzn poszukujących swej tożsamości. Już na pospolitych bandziorów mówi się w mediach "liderzy środowisk przestępczych". A nie mają na myśli wyrobów kazimierskiej piekarni. Niestety! Nie chodzi o deszcz, czy opad atmosferyczny. O masz, i znowu zdołowałem!:(

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-11-05 13:06:01
OUTLANDER

Dzisiaj w godzinach wieczornych będę uczestniczył w kolacji zorganizowanej przez mego serdecznego przyjaciela - którego z tego miejsca nie pozdrawiam, ponieważ on nawet nie wie, że tutaj piszę - na cześć świeżo nabytego samochodu marki Mitsubishi Outlander. Zważywszy cenę tegoż pojazdu, środków na kolację pewnie nie pozostało zbyt wiele, niemniej chętnie przyjmę kaszanę z grilla i popiję ją owocem chałupniczej chemii. Właściwie to nawet nie chemii, tylko fizyki. Destylacja, czy rektyfikacja - jak w tym przypadku - są przecież procesami fizycznymi. "Chemia rodzi się w balonie, a umiera w samogonie" - tak głosi lud prosty w naszej okolicy, wciąż poszukujący nowych szczepów drożdży co najmniej tak szybkich i odpornych jak A1N1, marząc tym samym bezwiednie już chyba raczej o paliwie rakietowym, niż o stworzeniu napoju marzeń wywalającego słonia po zażyciu zaledwie 25 gramów. Pragnienie, by wzmacniać coś co już jest absurdalnie mocne i zabójcze, trąci szaleństwem, bądź Noblem. Ale wszystko przed nimi. Obama też dostał swoją nagrodę za "poszukiwanie nowej jakości w polityce" i ogólnie za dobre chęci! A tak w ogóle nie ma się co śmiać. Ta ryba, której wypadnięcie wczoraj ogłosiłem, dzisiaj momentami pływa do góry nogami. Zatem również chyba zwariowała, albo wariuje tylko chwilowo. Jej zachowanie dziwi mnie jednak nieznacznie, bowiem gdybym to ja był całymi dniami bezpardonowo inwigilowany, w łóżku, w toalecie, podczas posiłków, również dostałbym pospolitego szmergla. To, że Pan Bóg ma mnie 24h pod swoim czujnym okiem, że widzi i słyszy jakich forteli używam wobec swej partnerki, by ją... by jej... przepraszam, chyba nie powinienem jednak! W każdym razie nie przeszkadza mi Opatrzność Boża wcale, wręcz odwrotnie! Gdyby jednak tym obserwatorem był choćby nawet mój najlepszy przyjaciel, nie czułbym się komfortowo. Raz, że zweryfikowałby moje opowieści, a dwa, że chciałby w pewnych aspektach mego życia silnie mi dopomóc. Szlag by mnie trafił niezawodnie! Tak. Powinniśmy mieć swoje tajemnice. Dla równowagi psychicznej. Żeby nie pływać raz do góry nogami, raz normalnie, bo nam się wszystko pochrzani dokumentnie. Nie biec do przyjaciela z powodu bólu w krzyżu i nie opowiadać mu przy okazji historii całego swojego życia. Dzielić się z kimś miłością, szukając pokoju w prostym byciu ze sobą, poświęceniu sobie odrobiny czasu, w rytuale prostych gestów, serdecznym uścisku, spojrzeniu w oczy. Chodzi mi o to, żeby nie "zagadać" życia. Chciałbym to potrafić. Kolacja samochodowa pewnie ponownie mnie zweryfikuje. Może zanim jednak bełkotnę po raz pierwszy, wieszcząc tym sygnałem rychły koniec zmagań i wywrotkę na przystanku, zdążę w koleżeńskim gronie wymienić kilka uścisków i spojrzeń pełnych miłości. Chyba, że wcześniej dostanę w mordę...:)

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-11-04 18:32:15
PRZED SPACEREM

Po chwilowym odstawieniu roweru momentalnie dopadły mnie mroczne plagi. A to się przeziębiłem (chyba nie grypa, bo żyję), a to spotkałem mojego dawnego kolegę który został pastorem jakiegoś kościoła i usilnie chciał mnie nawrócić na środku chodnika, kiedy jadłem sobie bezę; a to znów dopadł mnie przeraźliwy sen, że moja najukochańsza małżonka ma kochanka, w dodatku jakiegoś marnego kurdupla, i ja nawet przerażony opowiedziałem jej o moich cierpieniach tym wywołanych, niestety, osiągnąłem skutek odwrotny do zamierzonego - otóż nazwała mnie walniętym, i się obraziła, sugerując, czy aby niezbyt pochopnie odstawiłem do piwnicy swoją miłość na dwóch kółkach. Ludzie, co za dzień! Pięć minut słuchałem też na korytarzu chłopaka, który chciał mi sprzedać usługę na telefon, ale na wstępie nie powiedział, że chodzi o TP, z którą to firmą łączy mnie jedynie martwy od dawna kabelek. Znaczy mój kabelek jest w porządku, a mam teraz na myśli tylko i wyłącznie martwy kabelek TP, oczywiście! I tak żeśmy sobie pogadali o transferze, kosztach i prefiksach. A jak jeszcze dodam, że rybka dzieciom wypadła z akwarium? No, zwyczajnie Monty Python! Idę się przewietrzyć.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-10-19 21:09:57
CO POD ŚNIEGIEM

Śniegi się jeszcze całkowicie nie rozpuściły, zalegają w miejscach ocienionych, dzisiaj już skwiercząc, bo wreszcie wyjrzało słoneczko. Może nie aż zaraz takie, by bez uszczerbku na zdrowiu wchłonąć piwko pod parasolem. Niemniej, bardzo przyjemnie się zrobiło, z wyjątkiem może tej smutnej konstatacji, że minióweczki już raczej tylko w sklepach. Cóż, przynajmniej łatwiej o równowagę na wolnym powietrzu. W domu równoważyć się nie muszę, więc ekscesy - owszem - bywają. Ale ich temperatura, bez względu na porę roku jest podobna - powiedzmy taka jak w akwarium dla łososia. Nie byłem łososiem. Kurczę, nawet nie jestem! Może to świetna temperatura - kto wie!? Tyle, że ja ożeniłem się ze swoją pierwszą miłością, poznaną - a jakże! - nad jeziorem, mając lat szesnaście, bez dwudziestu sześciu dni, i przez to nie wiem nic o życiu, pozbawiony skali porównawczej, i ojeju!, jak to brzmi tragicznie, jak ten szczupak a'la łosoś! Tymczasem, mój młody serdeczny przyjaciel z pracy, już ma się żenić cztery razy do roku, tyleż rozstań przechodzi, i tyleż pociech wynajduje w międzyczasie. Jak np. tę dzisiejszą, zamężną ledwie od czerwca, czy lipca, przybyłą specjalnie do niego, pociągiem - nomen omen! - nie z bardzo daleka, choć z innego świata, a on mi o niej opowiada, że ona go kocha, ale jemu to właściwie wcale nie przeszkadza! Zna ją parę lat, i zawsze się jakoś "dogadywali". Ludzie, tlenu! Zaczynam wierzyć w sens noszenia walkmana, odciąć się rytmiczną sieką od tej nierytmicznej, zatkać sobie uszy, na każde pytanie odpowiadać głupim uśmiechem podając numer informacji kolejowej, bądź adres najbliższej piekarni. Nasz wspólny bełkot i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Jak więc uciec przed tym wszystkim? To proste. Nie uciekać! Trwać, wstrząsać łbem i kminić! Tylko jak, jeśli się nic nie wie o życiu... :)

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-10-11 20:55:16
ODPOCZYNEK

Tydzień temu powróciliśmy ze Sławciem z gór, kończąc tym samym sezon rowerowy. Co nie znaczy, że chowamy sprzęt do piwnic i bawimy się do wiosny w nicnierobienie - co to to nie! Na razie wciąż jeszcze żyjemy wspólnym wyjazdem w Beskidy, wspominamy górskie ścieżki, przepiękne widoki, atmosferę wieczorów spędzonych na kwaterze wyposażonej nawet w korkociąg, nie trzeba więc było wpychać korka do środka, a na wiśnióweczkę był specjalny kieliszeczek, w sam raz taki, żeby go nie połknąć wraz z zawartością. W tle nasze siatkarki walczyły o medal a my rozkładaliśmy na stole mapy. Było wzniośle i przyjemnie. Ciemność za oknem nieprzenikniona. Kiedy w nocy zdarzyło mi się wstać psi-psi, nie mogłem trafić do pokoju. Huknąłem najpierw w krzesło, potem we framugę, następnie w róg szafy, po czym się poddałem i nie chcąc zapalać światła by nie budzić brata, zszedłem do parteru odbywając dalszą drogę w kierunku łóżka na czworaka. Łóżko było trochę nie tam, gdzie się go spodziewałem, ale z faktami nie zamierzałem dyskutować. Walnąłem łbem w deskę, i byłem oto u celu swej robaczej podróży. Poranki rześkie i ciche, winogron zwisający nad oknem, przebijające się przez liście światło, zaraz śniadanko, a po kawie wyjazd w góry. Tam to już kompletnie bez słów. No, może nie licząc uwag w stylu: kurde, ja pierniczę, zaraz zdechnę, miało być powoli. W ubiegłą niedzielę, już sam, pojechałem prosto z gór na ostatni w tym sezonie wyścig. Potężny wiatr przewracał niemal rowery, strącał drobne, ale i większe gałęzie. Osobiście dostałem tylko żołędziem i wielką muchą (czy może kolibrem?). W generalce byłem w końcu szósty - szczyt moich możliwości, bo był to dla mnie wyjątkowo ciężki i pełen doświadczeń sezon. Teraz odpocznę nieco. W pracy ledwie wylizali się z ran, a już coś szepczą o kolejnej imprezie. Tu, niestety, sezon trwa cały rok. Zero wniosków - nic! No cóż, może inni też potrzebują ekstremalnych doznań. Ja lubię jazdę na rowerze, a oni być może lubią jazdę w domu. Co kto woli!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-25 10:24:34
W BESKIDY!

Już jutro jedziemy w góry! Bierzemy ze Sławciem po jednej sztuce roweru i będziemy się pylić po beskidzkich bezdrożach. W razie niepogody będziemy maszerowali pieszo, może pozbieramy grzyby, może jakąś przełęczą przebijemy się do Żywca i tam, bezpośrednio w kadziach, zatoniemy w kontemplacji. Zresztą w braterskich wyprawach zmienność aury nie ma żadnego znaczenia, bo my nic nie musimy - nie musimy organizować sobie czasu, nie musimy ładować się w błoto, nie musimy chlapać się na zjazdach, nie musimy wziąć sobie po jednym i wypić po cztery, nie musimy gadać, żeby skończyć rozmowę po północy. Jeśli już coś musimy, to zabrać pompkę i bateryjki do aparatu - bo do sklepu daleko, a górale nawet takie rzeczy sprzedają w cenie pamiątek, dodając góralski VAT i opłatę klimatyczną. Oni wszyscy mają coś z Janosika (tego serialowego, bo ten prawdziwy nawet ciupagi nie miał, łamaga!) - zabrać bogatym. Biednym już nie przekazują, bo ich zabrakło w okolicy. A mocni jacy! W tamtym roku widziałem na Dunajcu miejsce, w którym flisacy opowiadają, że Janosik przeskoczył tę rzekę - z rozpędu, czy bez - w poprzek. Szacunek dla gościa, bo tam jest ze dwa - trzy metry szerzej, niż wynosi rekord świata w skoku w dal. Ale kto by tam zawracał sobie głowę takimi pierdołami - w końcu górale są z innej gliny! Dlatego mają prawo legalnie łupić - nawet za pokój bez łazienki, który przez telefon łazienkę jeszcze miał. Mimo wszystko zawsze z tą samą radością jadę w tamte tereny. Pobyć.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-23 10:29:22
MENISK

Nareszcie dzisiaj wolne! Dzieci zaprowadzone, małżonka w pracy, zaraz biorę rowerek i jadę cieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami. Moja ukochana rano mówiła, żebym posprzątał trochę w domu, jak nie mam co robić. Nie wiem, może w tej porannej szarówce coś jej się rzuciło na oczy, bo ja teraz w świetle słonecznym nie dostrzegam żadnego nieładu. Zresztą ja bez konkretnych instrukcji słabo poruszam się w tym temacie. Podobnie w pracy - nie ma odgórnych założeń taktycznych, to nie ma działań - proste. I tak było np. wczoraj. Mięliśmy spokój, tzn. nie mięliśmy wytycznych, więc spotkaliśmy się w kilku , przy herbatce i kawie. Gadu gadu, hi hi, ha ha, zeszło w końcu na wspomnienia z ostatniej imprezy integracyjnej, co okazało się tematem dla niektórych dość trudnym, jeszcze nie przepracowanym, wręcz przytłaczającym, a część szczegółowych ustaleń przerosła znacznie przypuszczenia i akceptowalne scenariusze. Mój udział w tej zbiorowej terapii był raczej skąpy, żeby nie powiedzieć - symboliczny; bowiem większość uczestników nawet nie zanotowała w świadomości mojej rejterady, ale też wyszedłem po angielsku, więc trudno się specjalnie dziwić. Chłopaki poszukiwali więc zagubionych puzzli, ratowali się postrzępionymi fragmentami obrazków wyrwanych całkowicie z kontekstu, gdzie parkiet, odległy most na Wiśle, zacisze obcego mieszkania, zlewały się w jedną wizję. Któryś z kolegów, po dłuższych konsultacjach i próbach odtworzeń zawiłych ścieżek zbombardowanego umysłu, w sumie zadowolony, że kogoś tam nagabywał, lecz tylko przy stole, lub obrębie wynajętej sali, stwierdził z ulgą: - E!, niech tam, nie było tak źle! Dobrze, że przynajmniej nie tańczyłem, bo jak by się moja dowiedziała... - I tutaj, niestety, musiano go rozczarować. - Co!? Darek, chłopie, jak żeś wparował na parkiet przed dwunastą - chyba - to cię wyprowadzili dopiero do taksówki! - Niedowierzanie, wątpliwości, niepokój... - Niemożliwe, przecież nie miałem nawet kasy! Zresztą pamiętam, że pod blokiem było już widno i szedłem na piechotę. - Kasy mogłeś nie mieć. Anka miała - zabrzmiało z okolic czajnika. - Ale to co, to znaczy, że ona cię nie odwiozła do domu? - Smutek spowił ziemię wokół kolegi Darka, herbata straciła smak, papieros utknął w popielniczce i przygasał. Nikt nie chciał być następny w kolejce, więc rozmowy przycichły, by w końcu ustać zupełnie, a robota nagle znalazła się sama. Do wcześniejszych pytań dołączyły kolejne zagadki, atmosfera zamiast się polepszyć, siadła zupełnie. Czasami chyba jednak lepiej wystarczy, po prostu - wiedzieć, że się czegoś nie wie, niż wiedzieć czego się nie wiedziało, a wiedzieć by się ze wszech miar nie chciało. Oj, Darku, Darku, któryś mi polał ostatnią kolejkę przed wyjściem, a ręka ci nie zadrżała tworząc menisk wypukły w mym kielichu! - zimą znowu impreza, i będzie się okazja zrewanżować. Tym razem jednak weź ze sobą trochę kasy, bo licho nie śpi!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-21 15:37:29
PYSKIEM W TELEWIZOR

Polacy ostatnio wyjątkowo pokochali psy, jest ich coraz więcej, snują się po osiedlach, szczekają i spienione skaczą w przydomowych ogródkach, ujadają na widok każdego przechodnia. Małe, duże, ale obowiązkowo z wielkimi ryjami, o mocy zgniotu porównywalnej z młotem pneumatycznym. Tak, jakby do zwyczajnego ujadania potrzebny był nacisk aż trzech ton na centymetr kwadratowy! Widocznie co poniektórych intensywnie podnieca wyobraźnia na temat możliwych spustoszeń, jakich może dokonać ich czworonożny pupilek, np. w kroczu listonosza. Inni właściciele, pozbawieni podobnych rzeźniczych inklinacji, prowadzają po osiedlowych alejkach przyczepione do smyczy małe zabaweczki, w postaci owłosionych kulek. Ponoć, ten modny ostatnio gatunek, posiada wyjątkowe właściwości i swą sierścią nie uczula - no a że w obecnych czasach - wiadomo - mało co nie uczula, należy takiego pieska mieć. Samo nieposiadanie pieska też nie uczula, ale jest niżej cenione w społeczeństwie niż posiadanie. Tak więc piesek ten jest zdrowszy nawet niż jabłko, siusia mikroskopijnie (mniej więcej tyle, co kot napłakał), nie ma znaczącej różnicy czy kicha, czy szczeka, mieści się pod każde auto na stojąco, więc jeśli nie trafi bezpośrednio pod oponę nadjeżdżającego auta, to mu najwyżej rura wydechowa mordeczkę nieco osmali, zjada też raczej symbolicznie - co czyni bez użycia noża i widelca! - łatwo się wzrusza w towarzystwie swej pani oglądając wraz z nią seriale, a podczas meczów biało-czerwonych umiejętnie ukrywa się na balkonie, by jego pan, rzucając w telewizor, nie pomylił go z kapciem. Tymczasem, szczęśliwie, małe pieski mogą przez jakiś czas spać spokojnie, i to aż do początku Euro 2012. Chociaż po nadejściu tej daty - znając zdolność i chęci PZPN do reform - zachodzi obawa, że zwyczajne ukrycie się na balkonie przed niczym wówczas nie uchroni, a bezpieczne nie będą nawet buldogi o spłaszczonych pyskach. Wręcz przeciwnie, te płaskie pyszczki mogą zostać spłaszczone jeszcze bardziej, kiedy pan ujrzy na ekranie telewizora wyczyny naszej reprezentacji, i postanowi walnąć czym popadnie w czterdziestodwucalowy, płaski ekran LCD. Chyba, że nowy trener, pan Stefan Majewski (lubi pieski?) ukręci do tego czasu bicz z piasku, i wytłumaczy naszym chłopcom, że to takie okrągłe, to śmiesznie skaczące po zielonej trawce, to takie coś, co przynosi pewien groźny pan z gwizdkiem, kładzie na środku boiska, potem biega i krzyczy, a na koniec zabiera, i wszyscy są smutni - że to "coś" nazywa się piłka, że nie trzeba się przed tym chować, ani uciekać, ani za często wrzucać do własnej bramki (bramka, to taka siateczka na białych słupkach), że ci niegrzeczni chłopcy w innych podkoszulkach i slipkach adidasa, nie są ze skarbówki i naprawdę spokojnie można ich wałować! Łatwo się jednak mówi! A co, jeśli trenerska perswazja nie pomoże? A nic! - poszczuć przeciwnika całą tą polską psią watahą, niech się choć raz na coś przyda! Tym samym, jako wierny kibic, ogłaszam trzyletnią przerwę w temacie piłkarskim. Polska gola!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-19 10:50:00
AKCJA "INTEGRACJA"

Pogoda piękna, wstyd siedzieć w domu. Myślę, że akcja liczenia się poznańskich rowerzystów nie mogła lepiej trafić z porą i aurą. Ciekawi mnie wynik. Ja do Poznania wprawdzie nie dojadę, ale wyjdę zaraz z rowerem i duchowo się przyłączę, tak więc śmiało można mnie policzyć. My za to mięliśmy akcję branżową, spotkanie integracyjne zakończone w godzinach późnonocnych próbą liczenia do czterech, na palcach, a i tak nie dało rady. Rozpoczęliśmy jako zwarta grupa, ok. osiemdziesięcioosobowa, dowcipy, dykteryjki, anegdotki z pracy. Po godzinie nastąpiły pierwsze kryzysy, wietrzenia, ogólne spowolnienie tempa - zupełnie jak w gospodarce! Po dwóch godzinach ruszyła pierwsza fala najsilniej zintegrowanych, przemieszczenia przy stole, duety, tercety, jedni bardzo szybcy, inni przeciwnie. Młodzi i niedoświadczeni pracownicy powoli tracili rytm, wraz z nim opuszczały ich dobre maniery, by po czterech, pięciu godzinach, zaczęli się nazbyt spoufalać wobec swych koleżanek, coraz częściej zmuszonych używać zwrotów w stylu: "weź te łapy", "co ty wyrabiasz!", "sama trafię do toalety", "Grzesiek, mówiłam ci już, że nie, to nie!". Muzyka waliła z każdą chwilą głośniej, głośniki charczały, facet z Kombi miał głos podobny do Metallici, żeby porozmawiać trzeba było okropnie się wydzierać. Tematy tzw. życiowe. Kobiety, jak zwykle bardziej powściągliwe, i - również, jak zwykle - nie wszystkie. Wytrzymałem do jedenastej, czego w chaosie i tak nikt nie zauważył. Wróciłem do domu w znakomitej formie. Natomiast wczoraj, w pracy, najwięksi twardziele z imprezy nie byli widziani gdzie indziej, jak tylko na trasie ubikacja - pomieszczenia socjalne. Dziwili się mojej dobrej formie, no bo przecież "waliliśmy do końca razem, nie!?". Przytakiwałem niemo, bo czułem się jakoś dziwnie winny, jakbym zdezerterował i zostawił kumpli pod ogniem z moździerzy, a sam się wycofał z okrążenia za pomocą szczególnego fortelu. Nawet zastanawiałem się, czy może nie porzygać sobie z nimi solidarnie, ale naprawdę nie miałem czym! Tak więc poznańska akcja wydaje mi się znacznie zdrowsza, dlatego przyłączam się do niej i wychodzę właśnie z domu, zabieram dzieci (też na rowerach) i jedziemy na spacerek. Pozdrawiam!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-16 20:42:48
SIEKIERA

W koszykówkę nie poszło tym razem. Piszę, a w tle Hiszpan pastwi się jeszcze nad naszymi asami pozbawiając wszystkich ostatnich złudzeń. Nasi mają kłopot z wrzuceniem piłki do obręczy i biegają jak koguty, którym kiedyś moja babcia urzynała łby siekierką. Krew tryskała z szyi, gdakanie pozostałych kurczaków, ten zgilotynowany wpadał z maksymalną prędkością w podpróchniałe sztachety, wywracał wiklinowe koszyki z karmą dla innych zwierząt, taranował małe kaczuszki, obijał się o studnię, stemplował ściany domu, w końcu potykał się o własne nogi i padał, najczęściej z powrotem w okolicy pieńka, z którego zerkała na niego z zażenowaniem jego własna głowa. Pamiętam, że płakałem wtedy i miałem ochotę wystrzelać babunię po pysku, do czego nigdy jednak nie doszło z obawy przed tą nieszczęsną siekierą w jej splamionych dłoniach. Rosołu nie jadłem. Zresztą babcia i tak gotowała za tłusto. Teraz już mi przeszło i jem. Koguty obecnie robią w kostkach, więc nie ma problemu. Siekiery w polskich domach dobywa się najwyżej w święta, i nawet nie po to, żeby palnąć karpia na odlew obuchem, tylko aby przyciąć nieco choinkę. No, może jeszcze podczas małych awantur może to stalowe narzędzie odegrać jakąś nietuzinkową rolę, niemniej trudno tu mówić o standardzie. Zresztą patologia woli chyba nóż, jako że przydaje się częściej i jest wszechstronniejszy, bardziej poręczny. Właściwie nawet nie wiem, czemu zabrnąłem w tę makabrę? Zabolała mnie porażka w kosza? Chyba raczej nie, bo wyników się nie spodziewałem. Na obiad był rosół, więc może jakieś traumy z dzieciństwa się rozlały po żołądku, wraz z wywarem z kuraka? Nie ma co wnikać. Trop jest jałowy, niepodobny do Proustowskich magdalenek, w dodatku śmierdzi Freudem - a ja coś nie lubię tego ostatniego. Prześpię się i rano z pewnością będzie dobrze. Przecież nie ma to jak wstać o świcie do pracy, i zobaczyć tych wszystkich szczęśliwych rodaków, którzy radośnie pędzą by dać Ojczyźnie coś od siebie. Rany, jak ja kocham te poranne depresje!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-14 13:39:37
POZDROWIENIA Z MAZUR

Wczoraj wróciliśmy z synkiem z weekendowego wypadu na Mazury, połączonego - rzecz oczywista - z uczestnictwem w wyścigu. Nocowaliśmy w pięknym domku nad jeziorem, z dostępem do łódki, sprzętu wędkarskiego (myśliwski też by się nie przydał!), ale ryby mogły spać spokojnie, bowiem czasy ich gnębienia w byle kałuży dawno mam za sobą. To zaś za sprawą średniej wielkości leszcza wyłowionego niegdyś z Wisły. Leżał w wodzie skrępowany siatką i patrzył na mnie, patrzył smutno i świdrująco. Musiałem go wypuścić. Tak wyglądało moje pożegnanie z moczeniem kija w wodzie. Wciąż jednak dobrze się czuję nad wodą - tak jak wczoraj jeszcze, rano, posiedzieliśmy sobie we dwóch na pomoście, i przedwczoraj, kiedy przyglądaliśmy się znikającym w ciemnościach kaczkom, co działo się po meczu w którym nasi pokonali Bułgarów w siatkę. W południe wystartowaliśmy z synkiem w wyścigu, gdzie on spisał się bardzo dzielnie, a ja wypełniłem założenia taktyczne skonstruowane - jak się okazało - nieszczególnie. Potem śledziliśmy na stronie plus.pl mecz finałowy z żabą. Polsat nadawał tam mecze za darmo, i chociaż ekran telefonu komórkowego to nie kino, to jednak emocje były ogromne - większe niż korek w którym uczestniczyliśmy pod Warszawą. Zwycięstwo i tytuł Mistrzów Europy wprowadził nas w stan kontrolowanej euforii i pozwolił zachować zimną krew w coraz bardziej gęstniejącym korku. Po powrocie do domu uczciłem to wyjątkowe wydarzenie w historii polskiego sportu lampką wina, a synek dostał naleśnika. Wreszcie wróciła też mama, wybawiając kota z niekłamanych opresji. Mama zaskakująco twierdzi, że kotek wygląda lepiej. Po cichu więc myślę, że może mu jednak od czasu do czasu należy podkręcać śrubę, a stres dobrze mu robi. Chociaż ja w dalszej perspektywie nie widzę się już w roli terapeuty tego zwierzęcia. Mogę go karmić, ale pościgi po pokojach stanowczo nie przypadły mi do gustu. Jemu pewnie też nie, co pewne do końca nie jest, zważywszy spostrzeżenia mamy co do jego ogólnej kondycji po wyjeździe. Prawda, że piękny mamy wrzesień? Nawet kotu lepiej!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-10 10:18:18
KOT "2"

Szkoda, że nas tak niezasłużenie pokarali nasi piłkarze. Wynik rusza mnie mało, pamiętam przecież o drużynach typu Wyspy Owcze, czy Kirgizja, gdzie strzelenie komuś bramki raz na dwa lata jest świętowane przez kolejne dwa. Takie drużyny zbierają cięgi w każdym meczu, a przecież mają swoich kibiców. Widać w sporcie chodzi o coś więcej. I właśnie chyba tego "więcej" wczoraj zabrakło naszym chłopakom. Szkoda też Leona, bo w sumie zdecydowanie fajny gość. Ma tę zaletę, że nie mówi po polsku, więc mało który kibic irytuje się po jego wypowiedziach. Tymczasem oglądajmy siatkóweczkę, kosza. Tam przeciwnicy radzą sobie umiarkowanie, albo nawet wcale. Zupełnie jak ja, z kotem. Wczoraj dał się złapać podejrzanie łatwo. Kiedy jednak wyłożyłem mu przed nosem narzędzia tortur w postaci maści i strzykawek - pokazał lwi (koci) pazur. Ta czarna domowa małpa patrzyła mi bezczelnie prosto w oczy i wyprowadzała krótkie lewe - bądź prawe - proste, w kierunku mojej kolarskiej twarzy. Tylnymi łapami kocisko wbijał mi się w okolice miejsc, o które słusznie mogłem się niepokoić. Nie dopuściłem tym razem do żadnych pościgów, trzymałem typa mocno, a on równie mocno próbował przebić mi szpileczkami dżinsy. Wkurzył mnie, trochę też nastraszył. Bo kto mi później w domu przyzna podczas obdukcji, że te nacięcia pomiędzy pachwinami pochodzą od kotka? Jakoś udało mi się doprowadzić sprawę do końca, wtłoczyłem płyny w gardziel whiskasa, puszczając go wolno. Już miałem zamiar zadzwonić do mamy z informacją: - Słuchaj mamo, jakoś, kurczę, dziwna rzecz, bo wiesz co, ten twój kot, to on wypadł. No, zwyczajnie, chodził sobie po balkonie i poślizgnął się na mydle. Tak że wiesz, głupia sprawa, ale kwiatki są podlane. - Miałem chęć go dorwać i zakończyć tę jego i moją udrękę. Jeszcze cztery takie dni? Za wiele dla nas obu. Szukam telefonu, usiadłem zaraz w fotelu, pilocik, Trwam, a ta łajza - myk!, i już mi siedzi na kolanach. Czy to widok Pani Jasnogórskiej tak na niego pojednawczo podziałał, czy ta przerażająca kocia głupota, niezdolna kojarzyć najprostszych związków przyczynowo-skutkowych, kazała mu wybaczyć swemu oprawcy? Nie wiem. Łbem pocierał mi klatę, ja w jednej ręce telefon, memory, w drugiej pilot, sytuacja na którą nie byłem przygotowany. Widzę te chore uszy, ranę na karku, słyszę mruczenie. Nie pozostało mi nic ponad warunkowe wymięknięcie. Pomyśleć, że to kot uczył mnie przebaczać! Niesamowite. Pomyślałem: - Dobrze, rannych i chorych się nie rusza. Konwencja z Genewy. Jutro przyjdę, pomyśli się co dalej. - Zadzwoniłem do mamy: - Mamo, kot w porządku. Ale te kwiatki coś nie bardzo są. Co? Aha! Trzeba było podlać? A...! No, to kot w porządku. Pa!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-08 10:43:42
KOT SAM W DOMU

Jestem w domu sam. Dzieci deprawuje system, a małżonka w pracy. Teoretycznie powinienem siedzieć teraz na rowerze, bo i piękna pogoda, i dużo wolnego czasu - ale pomyślałem, że coś popiszę. Tak się złożyło, że nie ma również mojej mamy, która wyjechała zostawiając klucz i zamkniętego w mieszkaniu kota. Nad jego zdrowiem i samopoczuciem mam czuwać ja. Kotkowi należy codziennie zaaplikować tableteczkę i maść do uszu. W tym właśnie celu udałem się wczoraj wieczorową porą z wizytą, by ulżyć zwierzęciu w samotności. Przywitał się bardzo ładnie, nawet za bardzo, bowiem nie łączą nas wzajemnie jakieś nad wyraz miłe wspomnienia. Kocina jest widać mocno zdesperowany i potrzebuje bratniej duszy. Kizi-mizi, dobry kotek, mru-mru - trzeba było jednak przejść do zadań uzasadniających posiadanie przeze mnie klucza. Na początek maść. Jedno ucho jakoś poszło. Przy drugim mój kompan się zaniepokoił i dał drapaka. Na szczęście wbiegł w miejsce bez wyjścia - i kto to mówił, że koty są mądre! Tam dokonałem na nim zabiegu, po czym pozwoliłem mu się oddalić. Teraz została mi już tylko tabletka. Wziąłem ją na łyżkę, zalałem wodą, i czekałem aż się rozpuści do mikstury, umożliwiającej załadowanie jej do strzykawki. Szło opornie, byłem rozczarowany czasem oczekiwania, próbowałem nawet jakoś rzecz przyspieszyć, dzióbiąc tabletkę widelcem. To mało aptekarskie narzędzie spowodowało jedynie wypadnięcie pigułki z łyżki i początek mojej irytacji, artykułowanej na razie jedynie werbalnie, ale już nie wróżącej niczego dobrego dla kota. Kiedy więc wreszcie udało się doprowadzić proces do końca, wciągnąłem zawiesinę do strzykawki, i zacząłem rozglądać się za pacjentem. Niecałe 60 metrów kwadratowych terenu do penetracji nie zapowiadało długich poszukiwań. Zresztą odrzuciłem od razu kuchnię, łazienkę i przedpokój. Zacząłem go wołać. Na kici-kici nie reagował. Normalnie thriller! Chodzi facet po pustej chacie, cisza grobowa, w rękach trzyma strzykawkę. Kamera z pozycji kocich oczu widzi tylko czubki jego butów i nogawki. Nikt więc nie wie, czy gość ma 180 cm., czy więcej, czy ma siekierę, czy tasak z Lidla. Po obejściu trzech pokoi nieco zmartwiałem. Ni żywej duszy! Od tego momentu uznałem, że żarty się skończyły. Zacząłem do niego mówić, jak do człowieka, choć przyznaję, że nieco kryminalnym językiem. Zszedłem więc do parteru i chodziłem na czworaka, zaglądając pod łóżka, szafki, fotele. Gadzina jest czarny, więc miałem utrudnione zadanie. Przydałaby się latarka. Aż tu nagle, spod jednej z szafek, wyjeżdża pociąg z tunelu! A, mam cię, durniu - trzeba było tymi gałami nie świecić! Wsuwam rękę w tę czeluść, już go dotykam, i... tyle go widziałem. Wyskoczył niczym rakieta! Zerwałem się do pościgu (A, babciu, stłukłem jakąś szklankę u dziadka - sorry!), widziałem tylko, jak ten przybłęda wyskakuje przez drzwi i mknie w stronę kuchni. Mam cię, chłopcze! - pomyślałem. Ale tam go nie było. Znowu na kolana, i znowu penetracja terenu. Wszystkie drogi odcięte drzwiami. Jeden pokój, jeden kot, jedna strzykawka, i jeden cel: wlać mu to do pyska, i iść wreszcie do domu! Pogodziłem się właśnie z myślą, że Nobla za działalność na rzecz zwierzątek z pewnością nigdy już nie dostanę. W tym momencie ja już nie chciałem go leczyć - ja chciałem z nim po prostu wygrać! Strzykawa wycelowana w głąb ostatniej wolnej przestrzeni i gotowa do strzału. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy nie wlazł do gniazdka z prądem, bo ponoć koty są cholernie zwinne! Zajrzałem do barku: nie dość, że zero kota, to jeszcze nic do picia. Za piątą próbą udało mi się zamknąć ten wredny mebelek, wciąż opadały drzwiczki, makabra! Teraz zniżyłem głowę pod stół. Brak jakichkolwiek śladów, ta niepokojąca cisza, zupełnie, jakby to on szykował na mnie zasadzkę. Powoli przebiegam wzrokiem po linii firanki nad podłogą, metodycznie, od lewej do prawej. Zatrzymuję się w okolicy kaloryfera. No tak! Rozczarował mnie jednak. Liczyłem, że stać go na więcej. Spod firanki w tym miejscu wystawał fragment czarnej kitki. W dodatku ruchomej. Dziadek też wyjechał, więc żadnych wątpliwości nie było. Tym razem postanowiłem jednak być bardziej stanowczy i szybszy. Huknąłem się wprawdzie w kaloryfer, ale kota schwytałem skutecznie, i to jedną ręką. Najpierw, z rozpędu, przystawiłem kotu strzykawkę do skroni. Zreflektowałem się jednak, szukając zaraz jego paszczy. Wyrywał się, drapał, przekręcał, nie mógł niestety uciec, bo wciskałem go w tę jego kryjówkę, żeberka gniotły mu żeberka, z tyłu ściana, a z przodu furiat z bronią. Nie mogłem się wstrzelić we wciąż ruchomy i szybki dziób. Kiedy wreszcie się udało, nacisnąłem tłoczek. Kot napiął się, zaczął niemiłosiernie kichać, kaszleć, część wypaliłem mu na wąsy, trochę chyba do nosa, czekałem tylko, kiedy mnie ugryzie. Zwolniłem uścisk. Kot ponownie wystrzelił jak z procy. Wróciłem do domu późno, wykończony i załamany perspektywą, że czeka mnie jeszcze co najmniej kilka takich pojedynków. Już sobie wyobrażam, co będzie się działo, kiedy dzisiaj tam pójdę. Kocina chyba zakopie się w kuwecie ze strachu! A jutro? Lepiej nie myśleć.

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-09-03 11:24:21
Z RANA

Od wczoraj w domu powróciły poranne kolejki i przepychanki pod drzwiami łazienki. Przedszkolak i uczniowie to straszą się, to znów próbują kłamliwie przekupić za obiecanki, których ani im w głowie potem spełnić. Bo skąd przedszkolak weźmie np. hulajnogę z napędem elektrycznym dla brata? Na szczęście ja mam wyjątkowo mocny pęcherz i nie podskakuję nerwowo pod drzwiami. Spokojnie szykuję kawę, słucham niesamowitych dialogów, czuwając nad kształtowaniem się młodych charakterów. Charakter małżonki - jako gruntownie ukształtowany - jest poza moim kręgiem zainteresowań i możliwościami oddziaływania. Uroczy jest brak niespodzianek z tej strony. Nic się nie wydarzy, o czym wcześniej bym nie mniemał przynajmniej. Dzisiaj towarzystwo zostało wyprowadzone do szkół, tudzież przedszkola, i zrobiło się pusto, cicho, zamek w łazienkowych drzwiach odetchnął z ulgą, małżonka przycupnęła w kuchni przy stoliczku, czytając romantyczną książkę. Ja miałem ochotę na bardziej realny aspekt życia. Nastroje nam jednak nie zagrały wspólnej melodii. Wziąłem się za naprawianie stroika do gitary. Chyba z czwarte podejście do zagadnienia. Zupełnie jałowa historia, nie wiem nawet od czego zacząć. Brak skupienia i mineralna na stoliku. Wyjąłem taśmę izolacyjną, cienkie druciki, nóż. Nie dałem rady. Myśli w kuchni, ręce w pokoju. Nieczęsto żałuję, że nie jestem w pracy. Tam przynajmniej przeżywamy pierwszy w naszej małej społeczności rozwód. Kolega się zwalnia, zwalnia też żonę i mieszkanie. W planie ma zajęcie jakiegoś mieszkania w Kanadzie i wypełnienie jego przestrzeni pewną tajemniczą panią, poznaną - jak to w takich sytuacjach bywa - w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Szczęśliwie przebrnęliśmy etap przyznania alimentów. Gość był twardy, ale wymiękł. Zachowuje się na sposób stratega, planującego po przegranej bitwie, wygrać wojnę. Na razie ponosi ciężkie straty - brakuje mu na fajki i chyba na żyletki. Ponoć ma się odkuć w odpowiednim momencie. I pomyśleć, że on mógłby mi tylko pozazdrościć takich poranków, jak mój dzisiejszy! Home, sweet home!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-08-21 17:49:22
ŚLADAMI JAGIEŁŁY

W lecie szkoda mi trochę czasu na gnicie przed komputerem, dlatego tak nieczęsto wpisuję swe dyrdymały. Bo też czy gorącej pory nie powinno się spędzać nad wodą, w szuwarach, względnie pod znacznych rozmiarów parasolem? Ubiegły weekend tak mi się właśnie spędził, w otoczeniu rodzinki swojej i rodzinek obcych, obok tatusiów i mamuś - niektórych mocno niepokojących. Dzieci wspólnie pluskały się w wodzie, prześcigając się w co oryginalniejszym wykorzystaniu 60 centymetrów głębokości. Jedne wyciągały lub topiły kamienie, inne nurzały glizdy, inne dopytywały się ojców, czy już, czy już wypili, bo puszka potrzebna, niektóre poszukiwały tajemnic w czeluściach swoich galotków, czyniąc to jakby w zwolnionym tempie. Ja część tego czasu spożytkowałem na uczestnictwo w kolejnym maratonie - jak się później dowiedziałem:śladami Władysława Jagiełły. Byłże on w naszych okolicach? - niech cię licho, nawet nie śmiałem przypuszczać! A jednak! Zacny ten mąż musiał swą stopą którąś z tych ścieżek wydeptać, i w IPN-ie muszą mieć na to kwity! Bo robić tak duży wyścig bez jakiejś mocnej podstawy, chyba nikomu w głowie by nie postało! Zatem śladami tymi ponad sześćdziesiąt kilometrów przegnałem, Puszczę Kozienicką w tę i z powrotem przeciąłem, ani jelenia, ani łosia, nawet tej słynnej już wiewiórki, niczego, co dziczą by zapachniało. Może nie zupełnie, bo dzicz porozrzucała jednak butelki i stożki gruzu po remontach swych szlacheckich domostw. Nie o to jednak stoi. Ducha Jagiełły wszak nie napotkałem. Trochę szkoda. Pogubiliśmy się trochę na trasie, taka ok. pięćdziesięcioosobowa grupa zawodników, w hełmach, na rumakach, choć bez broni. Wsadziliśmy sami sobie jakieś dziesięć minut. Do trzeciego miejsca zabrakło mi 50 sekund. Na mecie byłem mocno zły, tak zły, że ruszyłbym za Jagiełłą na Krzyżaka nawet w samym bidonie zamiast slipek! Przełknąłem tę gorzką pigułkę z honorem, ruszając ledwie do bufetu, uśmieżając swój egzystencjalny ból smakiem rurkowatego makaronu z sosem. Potem znowu udałem się na plażę. Niektóre z dzieci uzbierały już całkiem pokaźną kolekcję puszek. Populacja ojców znacznie się przerzedziła, co wytworzyło spore luki wokół niezagospodarowanych mam. Kolarz po maratonie budził w nich jakiś taki niemy zachwyt, jakiś szacun taki niewysłowiony, nawet ta sucha kolarska klata, lśniąca potem, umiała się przebić do ich świadomości i zamieszać nieco. Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że w kolarskim stroju wyglądam sexy. Osobiście nie lubię tego określenia, ale zastosowane wobec mnie kupiłem bez mrugnięcia okiem. Ale też ciekawe, że np. moja ukochana małżonka nigdy mi tego nie powiedziała. Ją chyba bardziej kręci etos pracowniczy - taka ciutka smaru na nieogolonej gębie, ale rączki, oczywiście, perfekcyjnie czyste! Nigdy jeszcze się nie przebierałem za robotnika w jej intymnej obecności; trochę się boję, bo gdybym jednak się mylił, to w jej lśniących oczach pozostanę już do końca życia niczym innym, jak tylko zwykłym zboczeńcem! Nie warto ryzykować. W sprawach uczuciowych również należę do długodystansowców, a nawet maratończyków. Dla jednej - wątpliwej zresztą - perwersyjki nie wystawię na szwank dorobku swego życia! Siedząc tak na plaży uświadamiam sobie zawsze trud tej postawy. Bo w czasie rozglądania jestem sprinterem nie gorszym niż Usain Bolt! Ale w takich nie do pozazdroszczenia przypadkach wchodzę sobie po prostu do zimnej wody... No bo takie jest życie, kurczę!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-08-13 14:02:59
SŁOWA Z GÓR PŁYNĄCE...

Przeglądając wszystkie moje wpisy można odnieść wrażenie, że ja nic nie robię innego ponad pedałowanie, że jem na siodełku, że pracuję na ramie, zjeżdżam, podjeżdżam, babram się w wyścigowym błocie, czasem hycnę małżonkę, czasem z dziećmi coś przeżyję lub zbuduję z klocków, że coś sobie zrobię w nogę, że czasami mam nie najświeższy poranek pełen zaklęć "że już nigdy więcej!", albo też w nie do końca jasny sposób poruszam się po mieście z gitarą. Kilka dni temu znowu wróciłem z gór. Na drogach wokół Zakopanego trenowałem z synkiem i jego kolegami z klubu, podjazdy i siłę charakteru. Objechaliśmy wszelkie możliwe góry, wszystkie warianty, w tę i w drugą stronę. Ilość samochodów skutecznie jednak odbierała nam przyjemność obcowania z pięknymi Tatrami. Turyści przemieszczają się tam samochodami nawet tylko o kilometr. Tatry umierają stojąc! Trochę się zniechęciłem do tych okolic. To tak jak jeździć rowerem po Głogowskiej - tyle, że bardziej stromo. A po słowackiej stronie zupełny spokój! Jeśli już spotykaliśmy samochody, to większość z nich pochodziła z Polski (tak jak Tyskie!). Z roweru było widać grzyby. Podobne do naszych, ale te zagraniczne to może trujaki? Nie wiem. W każdym razie ilość turystów u nas, a u nich, ma się jak 1:100. Górali prawie żadnych, po obu stronach. Owiec widziałem może ze dwadzieścia. A przecież biorąc pod uwagę ilość sprzedawanych oscypków, owce powinny biegać nawet po rozbiegu Dużej Krokwi! Strach pomyśleć z czego te oscypki są miętolone! Bo krów też mało. Po Krokwi, owszem, biegają jakieś stada, lecz mają tyle wspólnego z owcami, że zachowują się jak barany - wrzeszczą, popychają się, robią zdjęcia piędzi ziemi, po której stąpali Małysz, Morgenstern, Bachleda-Curuś i Kwaśniewski podczas Pucharu Świata w skokach. Przy willi Witkiewicza nie spotkałem nikogo. Może lepiej? Widok podrabianego górala sprzedającego w tym miejscu ampułki wiatru wiejącego tu przed wojną... Zszedłbym natychmiastowo. A tak schodzę powoli, równomiernie do znikających elementów mojego idealistycznego obrazu świata. I dobrze mi z tym, chociaż nie mogę sobie darować pięciu dyszek zgubionych gdzieś na góralskiej ziemi. No bo przyznaję, że jednak lepiej wydać na głupoty, niż zgubić i zafundować głupotę innym. Ale nie wiem, dlaczego lepiej? Ot, taka mała niedoskonałość... No właśnie, nic innego nie robię, tylko pedałuję i gubię różne rzeczy! Dobrze. Idę na rower.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-07-28 18:38:51
ARMSTRONG, PREZES, I LĘKI.

Czy ktoś z Państwa oglądał zmagania kolarzy w tegorocznym Tour de France? Czy widzieliście dziadka Armstronga, jak jechał po górach? Mnie raczej trudno by było tam wypatrzeć. Z Lancea Armstronga to ja mam tylko mniej więcej wzrost, wagę, wiek, i może jeszcze kowbojskie usposobienie. Cieszy mnie, że człowiek o podobnych do moich parametrach, jest w stanie wciąż zagrażać najlepszym. Jednocześnie smuci, że mój pracodawca nie jest moim sponsorem, i zamiast na wyścigi, posyła mnie do roboty. Widać "góra" w mojej firmie nie przejmuje się sportem. Choć rywalizacją - owszem! Bliższe jej filozofii są jednak całkiem inne dyscypliny - np. strzelectwo, łucznictwo, zapasy, cymbergaj, rzut młotem, pozoranctwo, wazeliniarstwo, i quizy, zawierające same złe odpowiedzi. Codziennie przejeżdżam pod prezesowskim oknem na rowerze, codziennie mnie widzi - nawet w zimie! - a nigdy mu nie przyszło do głowy, że ten pracownik, ten mały trybik, niewiele większy od trybiku w jego własnym rowerze, ten jadący od strony lasu człowieczyna; jestże on materiałem na profesjonalnego kolarza? Niech spożytkuje tę swoją energię inaczej, na chwałę firmy. Niech ten jego sztywny kolarski tyłek nie wygniata miękkiego fotela, a cierpi na równie sztywnym siodełku. Ale nie! On nigdy tak nie pomyślał! Miękkie fotele zamienił po prostu na twarde, rozdał niepiszące długopisy, każe drukować z dwóch stron, kupuje badziewiasty tusz, i żadnych dętek! Nic! Wszystko mam za swoje! A on oponki Michelin w służbowym autku, służbowa benzynka, telefonik. Marynara chyba też, bo coś kiepsko na nim leży i przypomina mi naszego ubiegłowiecznego prezesa. Właśnie, ciekawe co się dzieje z tamtym? Podobno interesował się nim jakiś PROkom? Czy może PROkurator? Kurczę, już nie pamiętam. Wiem, że wtedy był tylko czarny tusz, a teraz jest kolorowy. Słowem, PROgres! Do PROfesjonalizmu jednak wciąż daleko. Z rzeczy na "PRO", bliżej już raczej któremuś z nas do PROstaty. Mam nadzieję, że nie mnie! PROszę!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-07-27 20:51:49
FOTORADAR

Wróciłem właśnie z poczty. Wysłałem list polecony do Straży Gminnej z pewnej pomorskiej miejscowości. Utrzymuje ona, że w dniu 4 lipca tego roku, o godz. 16.14, nie powściągnąłem swej nogi w terenie zabudowanym. Fakt ów ma potwierdzać zdjęcie, na którym powiększono mi autko i ujęto w ramkę twarz jakiegoś faceta w okularach, trzymającego kierownicę. Xero jest słabej jakości, ale to pewnie ja, choć w tle nie widać absolutnie żadnych zabudowań. Chyba, że są tam gdzieś sprytnie ukryte w krzakach resztki konstrukcji słynnego Wału Pomorskiego budowanego podczas II wojny światowej przez Niemców. Radar też musiał być skrzętnie zamaskowany; może w kuble na śmieci, albo w butelce trzymanej przez manekina udającego menela i leżącego w rowie? Jak sobie teraz przypomnę, że tydzień później, w okolicach Rewala, przejechałem rowerem pomalutku pod takim mniej tajnym radarem, na lekko-półśrednim kacu, to się teraz zastanawiam, czy one aby również nie działają na chucha? Lepiej, żeby nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że to już koniec korespondencji z siłami pilnującymi powolnego i trzeźwego ruchu. Oby! Wszystkim życzę więcej szczęścia podczas przejazdów wakacyjnych. I proponuję jechać cały czas 40 km/h, bo wtedy jeśli już wpadniemy, to tylko w depresję!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-07-21 11:24:21
MORZE

Wróciłem. Ani mi lepiej, ani gorzej. Czyli wszystko prawidłowo. Jestem zadowolony, małżonka jest zadowolona, i dzieci są zadowolone. Dom przywitał nas zapachem lilii i świeżego ciasta. To teściowa. Znaczy nie ona tak pachniała, ukryta gdzieś w szafie za moją marynarką, tylko jej wyrób mączny, i kwiaty, które postawiła w pokoju, dla córeczki. Przyjąłem, że ciasto jest dla dzieci, a dla mnie blaszka, żebym musiał ją odnieść i usłyszeć, że znowu się nie opaliłem, że pewnie nic, tylko jeździłem na tym swoim rowerze. Tym razem jednak niespodzianka, bo słońce mnie naruszyło dosyć intensywnie. Taka środkowa faza kariery Michaela Jacksona. Rowerem zjeździłem istotną część Pomorza Środkowego, ale gospodarując umiejętnie czasem zdążyłem się również popluskać z dzieciaczkami, rozglądając się uważnie, czy aby jakaś plażowiczka nie potrzebuje pomocy. Plażowiczów pozostawiłem ratownikom. Niestety, moje chęci zdały się na nic, ratowałem jedynie przed zawaleniem dołki i zamki z piasku. Z wody wyjąłem tylko jedną stonkę i chyba dwie biedronki. To na prośbę dzieci. Osobiście przymykałem oko na ich niefortunne lądowania w morzu. Starałem się też nie zwracać uwagi na przesadną obecność języka niemieckiego na plaży; chociaż akurat na mnie, wychowanym na Hubalu i propagandówce o czołgu 102, wyrazy typu "schnelle", "achtung", do dzisiaj powodują gęsią skórkę. Dobrze, że Benedykt błogosławi po włosku. Wracając jednak do tematu, chcę powtórzyć, że urlop się udał. Zahaczyłem nawet o rozgrywany w niedalekim Połczynie Zdroju maraton. Lało z nieba wiadrami. Zniszczyłem koła i hamulce. Ale dojechałem drugi i w nagrodę otrzymałem weekendowy pobyt w SPA, dla dwóch osób. Jedną z nich jest żona. Podobno ja na SPA jestem za tępy, nie doceniam wartości lamp i kamieni parzących w tyłek. Może więc jakaś koleżanka? Może być. Ale jak żonka kochana zechce mamusię swą zabrać, i jej sterane ciało moją nagrodą nawilżać i pielęgnować? Cóż! Po chrześcijańsku powiem: "na zdrowie, mamusiu"! Tak więc wakacje w połowie. Jest dobrze. Pozdrawiam!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-07-02 11:20:05
WAKACJE

Piękna pogoda. Żyję nadzieją, że utrzyma się przez najbliższe trzy tygodnie, bo wyjeżdżam z ukochaną rodzinką na wakacje! Pobyt zorganizowaliśmy sobie nad morzem, więc brak słońca to tam wyjątkowo niesprzyjająca okoliczność. Nie chodzi oczywiście o mnie - zresztą ja wolę góry i na piachu leżę w głębszej depresji niż Żuławy - tylko o małżonkę, która bez przemiany w skwarka nie zalicza urlopów do udanych, co odbija się na psychice wszystkich pozostałych uczestników tych ewentualnie niefartownych wypraw. Łącznie z samochodem, który w drodze powrotnej z kanikuły lubił sobie czasem rozwalić rurę, uszkodzić mechanizm podnoszenia szyby, lub rozszczelnić układ chłodzenia. Człowiek kulturalny nie daje się jednak wyprowadzić z równowagi w podobnych sytuacjach, jeśli już, to bluzga tylko pod nosem, niszczy w ukryciu drobny bibelocik - np. rzucając o ziemię starym telefonem - i z uśmiechem zaprasza zestresowaną rodzinę na lody. Ponieważ przy drogach w Polsce na poziomie mamy tylko tirówki, stacje benzynowe i Mc.Donaldy, wybieramy te ostatnie. Tam, w przyzwoitych warunkach, myjemy rączki i pijemy niezłą kawę, nabywamy chińskie zabaweczki, siedzimy, i czekamy aż mamusia powie: daleko jeszcze? Bowiem jej głowa kombinuje już, że jeślibyśmy zdążyli przed dwudziestą, to ona zdąży jeszcze na piętnaście minut do solarium, włączą jej jakieś atomowe turbo-opalanie, i w konsekwencji nie będzie obciachu po powrocie do zeskwarkowanych koleżanek z pracy. Ale najważniejsze, żeby być szczęśliwym. Moja rowerowa pasja również jest czasem postrzegana jako drobna forma masochizmu. Bez roweru nie wyobrażam sobie takiego wyjazdu. Żebym z braku miejsca miał go ukryć nawet pod maską silnika, to i tak go zabiorę! Chociaż zawsze, kiedy znajdę wreszcie podczas urlopu jakąś fajną trasę, to mam trzy dni do wyjazdu. Tym razem, z pomocą internetu, wypatrzyłem w kalendarzu imprez dwa wyścigi w okolicy, które odbędą się akurat w trakcie naszych wczasów! Aż się we mnie zagotowało! O jednym powiedziałem żoneczce. Po jej reakcji, temat drugiego postanowiłem przemilczeć. Coś wymyślę na miejscu. Wymknę się może przez balkon, tak około czwartej nad ranem. Portier pewnie się zdziwi, że zamiast wracać, wychodzę. Trzeba będzie wejść z nim w porozumienie, żeby mnie nie zestrzelił z wiatrówki. Zwłaszcza, że on też około czwartej rano nie będzie najświeższy i będzie mógł łatwo pomylić mnie z albatrosem. Zresztą w ogóle nie wiem, czy do albatrosów się strzela, ale jeśli się strzela, to lepiej nie ryzykować. Do miejsca startu wyścigu mam z naszego nowego ośrodka nieco ponad sześćdziesiąt kilometrów. Dam radę! Telefon się wyłączy, by nie być niepokojonym przez zaniepokojoną małżonkę. Po powrocie powiem, że się upiłem z miejscowym rybakiem i spałem w jagodach śmierdzących dorszem. To łatwiej przejdzie. Bo pięć dyszek można przepić. Ale wydać na opłatę startową... O, chłopcze! Marnotrawstwo! Zatem zapowiada mi się bardzo atrakcyjny i emocjonujący pobyt. Chyba mam wprawdzie trochę za wąską klatę na plażę by budzić szacunek, i więksi mogą mi zasypywać dołki i burzyć babki. Nie powinno jednak być aż tak źle. Jak będzie słońce, żonka nie da nas skrzywdzić i przegoni największe nawet cienie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-06-17 11:47:19
SYNEK

W ubiegłą sobotę i niedzielę wybraliśmy się z synkiem na dwa wyścigi - jeden szosowy, a drugi w terenie. W sobotę spóźniłem się na start. Pierwszy raz w życiu chciałem pościgać się na szosie, i od razu taka plama! Lał zimny deszcz, wiatr wciskał wodę wszędzie. Samotnie ścigałem pierwszą grupę, gdzie załapał się mój syncio. Ale dystans był zbyt krótki żebym odrobił straty. Na mecie, pod parasolem, stał Rysio Szurkowski, dawny mistrz finiszu. Pewnie się zdziwił, że jakiś dzieciak przyjechał w grupie, która pogubiła w deszczu paru kolarzy i nie dała się schwytać wściekle gnającemu po kałużach ojcu. Nie wiem, może oni ze strachu tak zasuwali? Że jak ich dopadnę, to przewieszę przez ramę i spiorę po ojcowsku po mokrych tyłkach? Mogło tak być. Tak więc niepowodzenie. Ale na drugi dzień jechaliśmy w terenie. Czyli moja specjalność! Im gorsza trasa, tym łatwiej dla mnie. Tu kałuże były podszyte błotem. Wpadało się do połowy koła i moczyło białe przez chwilę skarpetki. Już po dwóch kilometrach udało nam się uciec reszcie brudasów. Synek dzielnie trzymał koło i przyjmował z obojętnością rozbryzgi spod mojego roweru. Niestety, po ok. dziesięciu kilometrach zgubiłem trasę. Zacząłem krążyć, cofać, kląć - żenujący przykład dla synka. Ciężko sapał i był cichy jak nieużywana pompka. W końcu nas dopadli. Najpierw dwóch, potem chyba pięciu. Pojechali po naszych śladach i nie byli wdzięczni. Zaraz okazało się, że pozostali mieli mniejsze klapki na oczach i skierowali się we właściwą stronę. Znowu dostałem amoku, rzuciłem się do przodu agresywnie jak ratlerek. Po kilku minutach drugi raz zostaliśmy sami. Na szczęście było trochę asfaltu i można było się rozpędzić. Tym razem jednak synek nieco kwilił i słyszałem cieniutkie: "tato!". Musiałem zwolnić, ale byłem pełen podziwu dla jego postawy. Na dziesięć kilometrów przed metą doholowałem go do prowadzącej trójki. Tu znów odpuściłem, bo syncio - choć dzielnie! - to jednak umierał. Nie było jednak zbyt wiele czasu. Metę usytuowano na asfalcie, więc w razie wspólnego finiszu wszystko mogło się zdarzyć. Trzeba było zatem uciekać. Na kolejnym błotnisto-gliniastym odcinku postanowiłem ruszyć. Martwiłem się o synka, ale świetnie sobie poradził. Udało nam się odjechać, ale synio ponownie zakwilił. Próbowałem dodawać mu otuchy, ale grzecznie poprosił żebym się na razie przymknął. Dwa kilometry przed metą zaczął się już asfalt. Rywale jeszcze w lesie. Zwolniliśmy. - Synku - mówię - dojechaliśmy! Wjeżdżasz pierwszy? - A ta moja kochana dziecina, mojego wzrostu, o większych stopach i dłoniach, ta dziecina, którą nosiłem na barana i bujałem czasem o trzeciej w nocy, ona to mówi do mnie: - Tato, to by było niesprawiedliwe. Jedź ty! - Rany, scena jak z Titanica, kiedy Leonardo puścił deskę! Wzruszyłem się na całego. Takiego człowieka zawsze chciałem wychować i mieć przy boku. Wjechałem pierwszy, ale nie z tego zwycięstwa się cieszę. Synek, jesteś wielki!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-06-11 09:07:16
PYK! PYK! PYK!

Ostatnio dziadek mnie zaskoczył. Na rodzinnym przyjęciu komunijnym, gdzie musiał się pocić przy obiedzie, bez kropli alkoholu, ale w przemiłym towarzystwie, udzielił takiej oto odpowiedzi na zadane pytanie z sali: " - No, słyszałem legendy o twoim destylacie. Robisz jeszcze?" - Nie, nie robię już. Czasem dla rodziny się zdarzy, ale rzadko. - A to skromniś! I jaki oddany rodzinie! Kurczę, czyżby niektórych ziomków podejrzewał o współpracę z organami? Ten wciąż nieuchwytny i nietuzinkowy treser drożdży, aktywny bojownik o swobody obywatelskie w zakresie dostępu ogółu społeczeństwa do technologii rektyfikacji i zasobów ryb w rzekach, człowiek, który po "literku" mówi, żeby jaj nie robić i wreszcie się czegoś napić; on mówi, że "czasem dla rodziny"! No to albo mu ta rodzina pęcznieje na tych samych drożdżach i przetrzymywana jest w piwnicy, albo ja czegoś nie wiem. A może on obawiał się, że lokal był na podsłuchu? Diabli przecież wiedzą co tam teraz siedzi w tych klimatyzacjach oprócz śmigiełek do nawiewu. Tak więc może miał rację zachowując elementarne reguły konspiry. Właśnie, ledwie minęła rocznica 4 czerwca i świeżo odhibernowany duch tamtych czasów mógł go skłonić do zaprezentowania takiej postawy. Konsekwentny gość - komuna padła, a on wciąż w opozycji, wciąż okoniem wobec nieżyciowych regulacji prawnych naszego Państwa. Zawsze gotowy do walki, z baterią granatów uśpionych na piwnicznych półkach, do których wystarczy włożyć po kawałku nasączonej szmatki i podpalić, by znów ruszyć na czołgi... Matko, że też ja wcześniej się nie domyśliłem! Bohater! Dziadku, żyj nam sto lat! I niech ci pyka!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-06-09 21:00:37
APEL

Obejrzałem właśnie potyczkę naszych piłkarzy z reprezentacją Iraku. Wynik remisowy chwały nam nie przynosi, zresztą i tak nie wiem po co się gra z takimi piłkarzami. Myślę, że i tym razem Leo miał pewien ukryty zamysł, np. taki, żeby chłopaków oswoić z dziewięćdziesięciominutowym stresem. Bo przecież nie wiadomo, czy w spodenkach któregoś z irakijskich piłkarzy nie dynda zastępczo jakaś spłonka od dynamitu, albo czy autokar nie jest wyłożony ładunkiem plastiku. Nie ma się więc co dziwić, że nasi poruszali się bez ładu i składu, szukając raczej bezpiecznego miejsca, niż podejrzanej piłki, w której również mogły ukrywać się gwoździe i kapiszony. Nuda. Gdyby nie czereśnie, nie wytrzymałbym przed telewizorem. A mogłem pójść z dziećmi na powietrze, schwytać im i zaprezentować chrabąszcza, mogliśmy gdzieś pojechać razem na rowerach. A tak to tylko brzuch mnie boli, straciłem cenny czas na podświadome oczekiwanie eksplozji pod naszą bramką. Przyglądając się jednak grze naszych poszczególnych zawodników odnosi się wrażenie, że to raczej oni mają skłonności samobójcze, bo to co wyprawiali pod własną bramką przechodzi ludzkie pojęcie! Leo przysypiał na ławce, od czasu do czasu coś bluźnił pod nosem. Ale co ma biedny zrobić? Nie wszędzie jest tak, jak w Merkurym, że ma się za darmo Mistrza Polski. Z kolei jednak naszym przynajmniej nikt nie żałuje koszulek, a nasz Mistrz musi jeździć we własnym, ściuchanym dresie i prawie na bosaka! No, lekko może przesadzam, ale wszystko ma swoje, i głupiej Merkurowej koszulki mu żałują! Kto tam jest szefem, jak pragnę zdrowia!? Ale wstyd! U nas, na Wschodzie, człek odda ci ostatnią koszulę - a tam? Nieswojej nawet nie chcą oddać. "Dziwny jest świat!" - powtórzę za Czesiem Niemenem.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-06-03 10:14:38
DRZEWO

Wczoraj mieliśmy piękną pogodę, pojechaliśmy więc na działkę mojego kolegi, zrywać czereśnie. Ja uwielbiam czereśnie, nad czym szczerze ubolewają moje dzieci. Niestety, nic nie poradzę. One zrywały najniżej rosnące owoce, a ja wgramoliłem się na drzewo. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że robiłem to wyjątkowo niezdarnie. Najpierw huknąłem się o pień głową, a zaraz potem w rozwidleniu gałęzi utknął mi but. Nie nadaję się już na szpaka. Co najwyżej na stracha. Na szczęście człowiek już dość dawno zszedł z drzewa i na co dzień nie musi się wykazywać małpimi sprawnościami. Do domu prowadzą schody, do sklepu można wejść drzwiami a nie wskakiwać przez dach, a w klatce siedzi się tylko za karę. Albo dla pieniędzy - jak w Big Brother. Praca nie polega już tylko na zdobywaniu bananów i walce o co atrakcyjniejsze samiczki. Wprawdzie jest podobnie, ale jednak się nie gryziemy na drzewach, tylko w sądach. Niewątpliwy postęp. No i mamy demokratyczne wybory. Jak ich wynik jest niewłaściwy, zawsze można je powtórzyć, aż do skutku. U małp nie do pomyślenia! Nie ma więc co się dziwić, że na czereśniowym drzewie czułem się niezbyt pewnie. Przywykłem do człowieczych standardów, jem z miski, potrafię czytać, myślę, więc jestem, sprzątam (czasem), nie walę partnerki od razu w łeb, drągiem, czy czym popadnie, piję z kieliszeczka, a nie z kokosowej łupinki - no, ogólnie jestem postępowy i mam jakieś zasady, wartości, priorytety. Tylko zastanawiam się właśnie, czy to przypadkiem nie ich ciężar zrzucił mnie z drzewa na ziemię? Może tak być. Małpka potrafi znieść cios bananem i upadek z gałęzi bez orzekania o czyjejś winie. Ja za to zawsze mam mnóstwo wytłumaczeń na swoje niepowodzenia. Kurczę, brnę za daleko. Zaraz pewnie powiem, że można uczyć się od małp tego i owego. Powiem? Nie. Przychodzi mi na myśl raczej coś innego, coś znane jeszcze ze szkoły: praca domowa! Codziennie, wieczorem, po sparingu z życiem, otworzyć szufladkę w mózgu i przejrzeć dzień. Rzeczy ważne zanotować, a resztę spalić. Tak więc na drzewo wchodzić, ale tylko po czereśnie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-06-01 12:50:29
MAMY MISTRZA!

Spieszę wszystkich zawiadomić, że brat mój Sławomir, uzasadnił wreszcie swój namiętny związek z rowerem i zdobył wczoraj Mistrzostwo Polski w kategorii dziennikarzy! W nagrodę otrzymał lśniący kask strażacki od samego naszego speca od gospodarki - Waldemara psl Pawlaka, uścisk dłoni legendy polskiego kolarstwa - Czesława Langa, oraz limitowany zegarek Festina. Czuło się na jednak w jego głosie jakiś niedosyt, zdaje się spowodowany zbyt małym emocjonalnym zaangażowaniem hostess w ceremonię dekoracji. Może liczył, że potem pomogą mu w przebiegu kontroli dopingowej? Że przytrzymają mu probówkę? A tu nic! Kurczę, trochę pech! Ale nic, może w przyszłym roku będzie inaczej. Przebieg wyścigu był zgodny z moimi przewidywaniami, tzn. błoto, błoto, a na końcu trochę błota. Fragmentami ledwo jechało się po płaskim terenie, bo zaklejały się koła. Cud, że nikt nie utonął. Moja pętla była trochę dłuższa, doszły więc jeszcze kałuże na asfalcie. I jak przypuszczałem, kolor skóry zawodników pozostał ukryty aż do pierwszych płukań w rzece, po przekroczeniu linii mety. Ja swojej małżonki na wszelki wypadek nie zapraszałem. Wyszła za białego i niech mnie takim zapamięta. Wystarczy, że czasem nie mogę ustać tak sztywno, jak niegdyś przy ołtarzu. Tego też przecież nie było w umowie. Ale wracajmy teraz do tematu dnia: SŁAWUŚ MISTRZEM POLSKI! Kochany Bracie, cóż powiedzieć!? Łza w mym oku!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-30 19:38:05
ABY DO METY!

Właśnie wróciłem z Nałęczowa, gdzie jutro będziemy wraz z bratem Sławomirem brać udział w zawodach. On w gronie dziennikarzy, a ja w towarzystwie podobnych sobie dewiantów. Błoto na trasie okrutne, ślisko wyjątkowo, bowiem lessowa glina to w zasadzie bardziej zaprawa klejowa niż zwykła ziemia. Przyczepia się do kół i zostaje na długo, niemiłosiernie utrudniając jazdę. Nie jest przyjemnie wieźć tę przyczepioną kupę kitu do mety, co i raz tracąc równowagę. Deszcz niestety pada cały czas, z małymi przerwami, będzie więc jutro jeszcze gorzej. Zastanawiam się, czy nie lepiej w takim razie byłoby wziąć po prostu samo koło, z chipem mierzącym czas, i nie przebiec się po trasie. Zawsze to lżej, niż dźwiganie całego roweru. A biec można bez butów, na bosaka, bo gołe stopy są dobre na zjazdach i nie niszczą się skarpety. Zresztą tam będzie taka breja, że chyba i tak nikt nie odróżni rowerowej ramy od zwykłego drąga, a zawodnika z Hondurasu od tego ze Skandynawii. Już widzę te dramatyczne pomyłki na mecie, kiedy wierne żony oczekujące swych dzielnych mężów mylą się, i odchodzą z nieswoimi małżonkami; ci zaś z kolei, niczego nieświadomi ze zmęczenia, oślepieni błotem i czystością tych kobiet, odchodzą z nimi do miejscowego SPA, gdzie dopiero w fazie wzajemnego szorowania pleców odkrywają swą tragiczną pomyłkę, lecz jest już za późno, bo one już teraz mają zamknięte i wilgotne oczy, i już tylko oczekują, już tylko pragną, by ten dzielny rycerz po błotnym boju zechciał się wreszcie zająć jakimś konkretnym elementem życia! A on przecież styrany jak koń po Wielkiej Pardubickiej, nie w głowie mu figle, i to obojętnie w jakiej konfiguracji. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Pozostaję jednakowoż w nadziei, że podobne zajścia pozostaną w sferze czysto hipotetycznej, i uda się wszystkim uczestnikom wyścigu szczęśliwie dotrzeć do mety, a za nią spotkać swoją ukochaną bez śladów brudnej łapy odbitej na jej pośladku przez szybszego współzawodnika. Oby, bo mimo zmęczenia dorwałbym takiego i nadgryzł boleśnie tchawicę, wcześniej defektując mu przerzutki. Hipotetycznie oczywiście!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-28 11:08:01
CZŁOWIEK SAM W DOMU

Obudziłem się dziś rano bez głosu. Normalnie piszczałem. Mówię jak menel. Jak kupowałem bułki, to widziałem odklejający się z wrażenia mak z pieczywa. Pani w przedszkolu zmusiła mnie do drobnej wymiany zdań i widziałem, że podejrzewała mnie o nadmierne sprzyjanie Barcelonie w dniu wczorajszym. Istotnie, oglądałem ten mecz, ale nie krzyczałem, ani nic z tych rzeczy. W końcu co mnie rusza zagraniczna piłka. Teraz mam fazę przechodzenia do nadzwyczaj niskich dźwięków. Piski mieszają się z basem rodem z "Tuba mirum" w Requiem Mozarta. Coś muszę z tym zrobić, bo w niedzielę ja i mój podopieczny Brat, mamy wyścig! Niech to! - przeziębić się w maju! Jak to mówią: niefart! Na dodatek małżonka wyczuła przez telefon wiśniówkę. Ta jej Nokia potrafi cuda! Oprócz wykrywacza min ma chyba wszystko. Dzisiaj mam wolne, więc chciałem trochę popodróżować rowerkiem, ale się boję, żeby nie pogorszyć sprawy. Ale ja sam w domu nie usiedzę! Chyba wyszoruję toaletę, może porozrzucam książki i z powrotem ułożę, albo zapoluję w piwnicy na szczura, którego nie ma. Pomógłbym sąsiadce znieść wózek, ale tak głupio iść teraz i zapytać, czy się przypadkiem nie wybiera na spacer. Pomyśli, że już całkiem zwariowałem. Szczególnie po tym, jak ostatnio chciałem do niej coś grzecznościowo zagadać w windzie, a zdołałem tylko puścić ślinianą bańkę. Zresztą chyba o tym wspominałem. A może nie? Rany, ale strzeliłem buraka! Do tej pory ciary mi przechodzą po plecach. No ale cóż - żyć trzeba! Właśnie - żyć! Wczoraj odwiedziłem w szpitalu kolegę. Jeździliśmy razem po górkach dwa dni temu, i on wziął się i wysforował przez kierownicę na zjeździe, trzasnął łbem w kant kuli ziemskiej, i tak został. Kilka minut kompletnej ciszy, zero reakcji, bezdech, jakaś ropa z nosa - kurczę, masakra! Kask się rozleciał, koła pogięły, jakieś żuki pomiażdżone. Zanim przyjechała karetka kolega odzyskał już przytomność. Rasowy typ, bo pierwsze pytanie brzmiało: gdzie rower? Ale nic nie kojarzył. Wiedział, że jest w kinie, ale nie wiedział na jakim filmie. Nawet o eurowyborach zapomniał. Niepojęte! Wszystko jednak już w porządku. Lekkie wstrząśnienie mózgu. Mówi, że w niedzielę chce startować. Jasne. Chociaż kiedy ja się kiedyś tak sponiewierałem, miałem podobne odczucia. Wsiąść i pojechać. Wszelkie pasje mają coś chyba z choroby umysłowej. Człowiek zachowuje się czasem zupełnie irracjonalnie. Wychodzi na rower kiedy pada, a wraca kiedy przestaje. Albo, jak jeden z "naszych", złamał żebro na wyścigu w Bielawie i nie powiedział żonie, bo by go nie puściła na maraton do Nałęczowa. Normalnie podstawówka! Tyle, że ja też bym się nie przyznał. Chociaż ta moja ukochana ma swoje sposoby, żeby sprawdzić mój aktualny stan zdrowia. Lubię te jej metody. Oj, lubię! :)))

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-26 10:19:23
DRUGA STRONA WISŁY

Niestety, mój sprzeczny z założeniami występ na wyścigu w Bielawie został uwieczniony wypowiedzią, którą wyemitowała TVP. Szkoda, że na debiut telewizyjny nie przyszła pora w minioną niedzielę, ponieważ właśnie teraz nareszcie dobrze pojechałem i do pudełka zabrakło mi z pięć minut. Jeździliśmy w okolicach Krosna w Beskidzie Małym. Mnóstwo błota, śliskie i szybkie zjazdy, po drodze kilkuminutowy grad i parę błyskawic strzelających gdzieś niedaleko. Silna motywacja, żeby dotrzeć na metę jak najszybciej - prawda? W nagrodę, obok dyplomu, otrzymałem sportowe skarpetki. Czyżby symbolicznie, że niby ten sport puści mnie w samych skarpetkach, jak wieszczył p. Wałęsa co poniektórym? Rzeczywiście, jeśli nie znajdę dodatkowych środków na tak dalekie wyjazdy, to moja ukochana pierwsza żona może spowodować, że będzie się trzeba rozejrzeć za czymś świeższym, mając do dyspozycji jedynie wystawioną przed drzwiami walizeczkę pełną rzeczonych skarpetek i dętek. Rowerem naprawdę można dotrzeć wszędzie - nawet do ruiny. Że też nad Wisłą jest tak mało imprez! Ani wyścigów, ani koncertów Michaela Jacksona, prezydent jak był, to tylko w toalecie i na sygnale, ba!, nawet spektakularne klęski żywiołowe nas omijają, ani ogień, ani woda, słynna puma też nas nie straszy, i chyba tylko ten nieszczęsny Palikot trzyma krajowy poziom ludowej adrenaliny, kojarząc Lubelszczyznę z gumowym penisem i pistoletami. A u nas przecież jest tak pięknie! Szkoda, że te nasze obrazki w blogach są tak malutkie, i robione przeze mnie zdjęcia skażone zezowatością. O, właśnie! Wpadłem na pomysł, żeby porobić troszkę zdjęć i pokazać co ciekawsze miejsca w moim mieście. Opowiem przy tym troszkę o historii, dorzucając nieco współczesnych historyjek. Np. jak w parku Czartoryskich, po imieninach, w wieku lat trzydziestu kilku, uciekałem z kolegami ścigany przez psy stróża, jak z gibkością jaszczurki sforsowałem w biegu dwuipółmetrowy mur. Dziś nie wlazłbym tam nawet po drabinie. No, chyba że po kolejnych imieninach, ale już raczej się tam w tych celach nie wybierzemy. Teraz jest raczej pomysł, żeby przywiązać się do nowego mostu, tak, żeby nie pospadać, i w ogóle jakichś głupstw nie narobić, a rano odciąć się harcerską finką, bądź otwieraczem do konserw. Ale to dopiero w październiku, będzie więc jeszcze czas o tym pogadać. Małżonka chce teraz się poopalać. Dobrze. Wsiadamy i jedziemy nad Wisłę. Pozdrawiam wszystkich!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-22 10:58:41
ŻYCIE TO ŚPIEW

Z gór powróciłem pełen wrażeń. W tamtym rejonie po raz pierwszy zostawiałem na ścieżkach swoje bieżnikowe ślady. Wyścig mi się skrócił, bo... a, takie tam - nieważne!:) Jak zwykle, niezapomniane widoki i piękne słońce. Pojechałem tam z grupą świeżo poznanych ludzi, skrzykniętych w amatorską grupę kolarską pod patronatem jednego z banków. Wszystko załatwili za mnie - transport, nocleg, wyżywienie. Miałem tylko jedno zadanie: nie chrapać w nocy. Chyba się udało, bo nie spałem całą noc i się pilnowałem. Nawet do toalety nie wstawałem, żeby nie zakłócić chrapania nowym kolegom. Rano, w odstępie kilku minut, wysłuchałem z dziesięć melodyjek z komórkowych budzików - od disco-polo, po sonatę Bethovena, przez coś na kształt piły tarczowej i wybuch granatu. Z zewnątrz wydawało mi się, że nasza leśniczówka ma nieco grubsze ściany, bo wyglądała na starą przedwojenną niemiecką robotę. Cóż, może to nasi myśliwi nie zawsze dotrzymywali reguł sztuki łowieckiej, lub puszczały im nerwy w dyskusjach o wielkości nieubitego zwierza, co mogło skutkować nietrafieniem w adwersarza i uszczupleniem ilości tynku na ścianie. Dziwne uczucie jeść i spać w pomieszczeniach, gdzie beznamiętnie spogląda ci w oczy muflon, zredukowany do rogów, szyi, oraz szklanych oczu. Całą noc czułem na sobie wzrok takiego jednego. Na desce widniał podpis: "Tadek - kwiecień 2006". Nie ustaliłem, czy Tadek to ten muflon, czy ten muflon, który ubił Tadka? W każdym razie ilość poroża pozwoliłaby obsłużyć niejedno niesforne małżeństwo. Pani "leśnicza" bardzo też starała się od strony kulinarnej, nie szczędząc dziczyzny i innych frykasów. W diecie kolarza pasztet z dzika to wyrzut sumienia, ale na szczęście nie trzeba się z tego spowiadać. Do obiadu za każdym razem podawano ciasto i jeszcze jakiś deser, by po pierwszym odgazowaniu poczęstować gości przepyszną naleweczką. Nie wiem, czy również z dzika. Trąciła myszą, ale taką szlachetną, z Red Wall. Oczywiście tylko po kieliszeczku! Nie prowadzę roweru po alkoholu. Tzn. chciałem powiedzieć, że właśnie prowadzę, tylko że nie jadę. A po samym wyścigu spotkałem się z moim ukochanym Bratem S. Napasłem go wstępnie wyścigową kiełbasą, przysługującą każdemu uczestnikowi maratonu, i sobie poopowiadaliśmy o wrażeniach z górskich podjazdów. Przejechaliśmy się razem troszeczkę, bo jakiś niedojechany byłem po zawodach i musiałem się "wypalić". Pojechaliśmy do leśniczówki, gdzie zapoznał moich nowych kolegów. Nadszedł w końcu moment, kiedy poczuliśmy "jedność". Wtedy czule się pożegnaliśmy, dziękując sobie i Panu Bogu za spotkanie. On pojechał do Poznania, a ja sparzyłem się pod prysznicem i użyłem wszystkich dostępnych mi werbalnych środków wyrażających mój aktualny stan ducha. Życie i tak jest jednak piękne; wystarczy czasem zacisnąć wargi, lub w samotności upuścić nieco pary. Nie wszyscy przecież muszą wiedzieć, że mamy pół tubki maści witaminowej wsiąkającej tylko po części w bokserki. I choć w drodze powrotnej siedziałem jak na niedogaszonym grillu, to jednak żywo reagowałem na kolejne frazy śpiewane przez chór w "Kniaziu Igorze" Borodina. Tak się bowiem złożyło, że jeden z kolegów, po niejednym piwie, objawił się jako miłośnik rosyjskiej klasyki! No czegóż chcieć więcej!? No, może chłodnego kompresu...:)

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-15 14:12:51
T. ATTACK!

Wygląda na to, że wirus został pokonany. Widocznie zniechęcił go mój tryb życia i perspektywa cierpienia niewygody w żołądku wstrząsanym na rowerowych szlakach. Jutro wreszcie jadę w góry, mając nadzieję, że nie zabieram go tam ze sobą. Chciałbym, żeby utrzymała się słoneczna pogoda. Nikt chyba nie lubi niszczyć się w błocie. Prognozy już nie słucham, bo meteorolodzy zapowiadają deszcze - tak za abonament, jak i z prywatnej inicjatywy. Na szczęście dość często się mylą. Co najmniej tak często, jak lekarze. I jedni i drudzy bez żadnych konsekwencji - dla siebie, oczywiście. A jeśli już jestem w temacie służby zdrowia; właśnie nadszedł termin zabiegów fizjoterapeutycznych na mój mięsień nogi, który uszkodziłem w grudniu zeszłego roku, i nie pamiętam już która to była noga. Chyba wyślę im pocztówkę z sielankowym obrazkiem słonecznych Sudetów i podpiszę się nogą. Taka drobna aluzyjka do powitania p. Kwaśniewskiego przez p. Wałęsę, przed wyborami na prezydenta. Ale nie, ja nie jestem złośliwy. Wyżywam się gdzie indziej. Np. na próbach nowego zespołu. Szarpię struny z pasją małpy obierającej banan. Zresztą próbkę naszych możliwości synek umieścił na portalu myspace.com. Tam, pod nazwą T. ATTACK!, jest nasz profil i dwa - na razie domowej jakości - kawałki. Cóż, tymczasem tyle. Odezwę się po powrocie z gór. Miłego odpoczynku!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-13 08:47:34
NOŁ MOR!

W domu kolejna ofiara epidemii. Jeszcze nie ja. Jeszcze zipię i chowam się w szafie. Nie dosłownie, ale wlazłbym tam, gdybym nie bał się ciasnych i ciemnych pomieszczeń, typu trumna lub korytarze ZUS. Wychodząc na rower sprawdzam, czy wirus nie czepił mi się siodełka, czy z moją pomocą nie planuje zdziesiątkować pobliskich wiosek i wyprodukować czarnej legendy o kolorowym jeźdźcu na białym rumaku, który swym zmęczonym spojrzeniem rozsiewał plagi, mknąc na oślep po gminnych asfaltach, zarażając przy okazji kury, indyki, krowy i koty. Gołębie na balkonie już chyba uległy tej zarazie, bo barierka przypomina teraz najlepsze z dokonań Jackson'a Pollock'a. Na szczęście kolejni domownicy, dotknięci owym morem, przechodzą wszystko lżej i krócej. Istnieje więc uzasadniona nadzieja, że kiedy choróbsko wreszcie mnie dopadnie, po prostu sobie dwa razy kichnę, i po sprawie. Po co zakładać od razu czarny scenariusz, że całą noc spędzę na..., no po co? Lepiej założyć sobie, że, dajmy na to, całą noc spędzę w objęciach małżonki. Któraś z tych scen jest mniej realistyczna. Ciekawe która, prawda? Ale pozostanę optymistą do końca. Noszę ze sobą do pracy taki mały pakiet bezpieczeństwa - proszki, tabletki. W razie czego i tak są skuteczne i przydatne, jak np. spadochron, ale lepiej je mieć, niż nie mieć. Tymczasem spokojnie sobie odkurzę mieszkanko, potem wyjdę na dwie godzinki, a potem... Nie, nie ma co planować. Dwie godziny to w tym przypadku zbyt odległa przyszłość. Widziałem ostatnio Prezydenta, i tak sobie myślę... Właśnie, nawet on z takiego powodu musiał zmienić plany.

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-12 10:34:59
W SKRÓCIE

Tydzień zapowiada się interesująco. Ponownie na trasę wyruszył wyścig Giro d'Italia, kibicujemy też naszym tegorocznym maturzystom dążącym do dorosłości obarczeni wiedzą z zakresu teorii tańca; a w moim domu zagościła grypa, i to ta bardzo świńska pod względem objawów. Zaczęła od najmłodszej latorośli. Teraz penetruje układ wewnątrz mego synka. Wytrwale i pandemicznie zbliża się w moim kierunku. Czy zdąży przed niedzielnym wyścigiem? Zobaczymy. W tę niedzielę zakończyły się hokejowe mistrzostwa świata, dając radość zwycięstwa naszym odwiecznym przyjaciołom ze wschodu. Na drodze próbowali im stanąć Kanadyjczycy, wcześniej Amerykanie i Szwedzi. I nic. Wyglądało to podobnie, jakby przeciwnikom w jakiś dziwny sposób odcinali gaz. W każdym razie Rosjanie drugi raz z rzędu okazali się najlepsi, drugi raz z rzędu lekko mnie zasmucając. Tak jak część z Was, również i ja spędziłem część niedzieli na rowerze. I u mnie emocje były nie najgorsze, ponieważ napadły mnie chmury rżnące deszczem i piorunami. Tradycyjnie na kilometr przed domem wszystko się uspokoiło i małżonka ze zdziwieniem pytała: - Gdzie żeś się tak utytłał? - No tak wyszło, wpadłem do Wisły, zabiłem suma, poleżałem na piachu i sobie przyjechałem. Nie ma o czym mówić. Echa wizyty Pana Prezydenta RP są niewielkie. Podobno zwracał się do naszego Prezydenta miasta per Burmistrzu. Przyczepiał szpilkami jakieś blaszki na kokardkach, ale ponoć pasowały tylko do garniturów PiS. Nasz prezydencko-burmistrzowski szaraczek, o przeszłości reżimowo-chorągiewkowej, aktualnie występuje w innej opcji, więc nie otrzymał nawet wiekopomnego uścisku dłoni. Przynajmniej czekoladki na prezydialnym stole były wspólne, i mogli pić wodę z jednej butelki. Zawsze może powiedzieć bez kłamstwa, że pił z Prezydentem. I jeszcze na koniec tej telegraficznej notki, spytam: co ci Niemcy zrobili z naszym Kubicą!? Jaki on chudy! Mam jak najgorsze skojarzenia co do miejsca, w którym go przetrzymują i każą jeździć. I to czym!? Jakimś złomem, co to nawet nie może dogonić samochodu bezpieczeństwa na torze! Robuś, kombinuj jakąś łopatę, może być z tego przedniego skrzydła bolidu, wyrwij dechę w swoim baraku i kop! Za drutami kieruj się na wschód. Tam cię kochają i dadzą robotę. Na początku w stoczni, ale potem będzie lepiej. Może w drogówce?

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-07 10:30:44
PANIE PREZYDENCIE!

Wczoraj, wracając z roweru od strony Lublina, kilkaset metrów od tablicy informującej o początku mojej miejscowości, poczułem na plecach jakby stado wściekłych psów miało mnie zaraz pożreć. Niesamowite wycie wielu syren zbliżające się z prędkością nieosiągalną dla mnie w tym sezonie, ba! - w ogóle dla białego i czarnego człowieka na rowerze - goniło mnie, idąc całą ławą, bez ładu i składu. Obejrzałem się z pewnym niepokojem, patrzę, a tu wprost na mnie, po pasie bezpieczeństwa, gna wielkie czarne auto mrugające jak świąteczna choinka. W lot przypomniałem sobie o nawiedzeniu Puław przez Pana Prezydenta, i że to miało być właśnie wczoraj. Zrozumiałem natychmiast, że ów pas bezpieczeństwa jest dla bezpieczeństwa Pana Prezydenta, a nie mojego. Zjechać na pobocze już za bardzo się nie dało, spojrzałem bezradnie w tamtym kierunku, ale same wertepy i kuszące objęcia Dody w samych króciutkich spodenkach na jej pięciometrowych nóżkach, z reklamy Big Star. Chciałem więc przyjaźnie pomachać tej szalonej kawalkadzie, jak zwykły obywatel, nawet przypadkowo ubrany w spodenki z biało-czerwoną flagą i nierozszyfrowanym napisem MIKOMAX. Znów się obejrzałem. Szli jak burza. Kwacha bym się może nawet przestraszył, bo mógłby jechać po pijaku, no, i krętacz. Rozjechałby mnie, a potem wszystkim wmawiał, że zespół goleni prawej i pomroczności jasnej, uniemożliwił mu hamowanie. Tak jak nie wyhamował w porę w Charkowie. Ale tuż za mną nie jechała karykatura męża stanu, tylko ledwie o dwa centymetry niższy przyjaciel prawdziwych Polaków (sprawdziłem, naprawdę!), i nie mieściło mi się w głowie, że pozwoliłby mnie skrzywdzić. W końcu dopadli mnie. BOR-owska maszyna szpanerskim łukiem, w ostatniej chwili, wyprzedziła mnie, trąbiąc dodatkowo. Na czternastu metrach szerokości było im tak ciasno, że trzeba było zdmuchnąć mój rower w papierowe cycki Dody! Panie Prezydencie, jasna cholera, dlaczego jedzie Pan po kraju, jak mafiozo po flaszkę w centrum Moskwy!? Sądzę, że bezpieczniej byłoby podróżować skromnym autkiem Telepizzy. Nikt by Pana nie rozpoznał, gwarantuję! Stanąłby Pan sobie wygodnie w lesie, na parkingu, przy jakimś toi-toi, i nie musiałby Pan gnać na złamanie karku do najbliższego miasta wojewódzkiego na sygnale, tylko po to, żeby skorzystać z toalety! Bo chyba w tym rzecz, prawda? Cóż, następnym razem zapraszam po prostu do mnie. Właśnie wymieniłem zaworek w kompakcie i już nie cieknie. Papier gratis.

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-06 09:55:12
PRZETRWAĆ, CZY PRZEŻYĆ?

Czuję się dzisiaj wreszcie wypoczęty. Mam wolne, więc wiadomo co zaraz zrobię - wsiądę na rower. Trzydniowa przerwa była mi niezbędna. Przy okazji ostatniego wyścigu ominęły mnie imieniny dziadka. Świadomie wybrałem rower. Zresztą czego bym nie wybrał i tak byłbym wykończony przez trzy dni. Jadąc na wyścig postawiłem chyba tylko na nieco zdrowszą formę utraty zdrowia, niż imieninowe dyskusje o świńskiej grypie do wtóru z "no, to po jednym", "żeby nam się", "rybka lubi pływać", "synek, widziałem, nie kombinuj, pij po całym", itd. Rany, ile ja wyścigów przerżnąłem przez te treningi z dziadkiem! To dobry trener, ale dla sprinterów, a nie wytrzymałościowców. A i drożdże słuchają go jak mało kogo. Cóż, w tym sezonie będę niestety unikał jego eliksirów, ponieważ postanowiłem - dość nieoczekiwanie zresztą - znacznie zwiększyć swój kilometraż treningowo-wyścigowy, że szkodą dla litrażu. Jak rzekłem wcześniej, jest to zdrowsza forma utraty zdrowia. A za oknem zimniej coś dzisiaj. Widzę przez okno sąsiadkę z pieskiem. Wczoraj była w bluzeczce, dzisiaj jej eksplodujące jestestwo skrywa sweterek. Piesek jak zwykle na golasa, i tu bez zmian. Ona zawsze staje tyłem do naszych okien. Ciekawe dlaczego? Przepraszam bardzo, ale ona przecież wyjątkowo nie ma się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie! Chyba, że w tym czasie pali papierosa. Ale co z dymem? Byłoby go widać. Połyka? E, chyba nie! Może więc robi głupie miny? To już bardziej. Ale w jakim celu? Widocznie każdy ma jakieś swoje oryginalne, lub mniej, skrzywienia. Ja mam takie, ów inne. Gdybym teraz szybko się ubrał i zszedł, może spotkałbym ją przy windzie. I spytał. Nie, nie dałbym rady. Znowu pewnie bym się zabełkotał i po raz pięćdziesiąty szósty w swej karierze sąsiada, powiedział: - śliczny piesek! - W mordę, ale żenada! Normalnie "człowiek dżungla"! Dwadzieścia osobowości w jednym ciele, z czego dziewiętnaście niekontrolowanych zbyt ściśle. Dobrze, że kiedyś kupiłem sobie rower, a nie lornetkę i peryskop. Idę. Póki nie pada. Dwa, trzy podjazdy, i zapomnę o tych zawiłościach porannej duszy. Potem wrócę do domu - żonka, dzieci - tak, dla nich warto żyć!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-05-03 18:45:00
CIAŁO I DUCH!

Jest dobrze! Duch Puszczy Białowieskiej przywrócił mi moc. Wprawdzie na ostatnich czterdziestu kilometrach co i raz podrzucał mi zza jakichś gęstych krzaczorów wiązanki skurczów mięśni, dbając w ten sposób, żeby mi nie było zbyt przyjemnie. Zsiadałem z roweru, podbiegałem, czyniłem przeróżne rozluźniające wygibasy i traciłem mnóstwo czasu. Szczęściem nie przechadzał się tamtędy żaden wygłodniały żubr, bo byłby się zadziwił tym nieco orgiastycznym tańcem z rowerem, lub nawet zachęcił się do ataku. Dojechałem jednakowoż cało. Dziś boli mnie wszystko. W połowie drogi pomiędzy głową a stopami boli mnie szczególnie nieprzyjemnie. Trudno wręcz usiedzieć. Poleżeć nie można, bo kobieta w domu. Ona nie znosi tego nieuzasadnionego lenistwa. Można nic nie robić, ale na stojąco, siedząco, stojąco na rękach, leżąco i grzebiąco pod syfonem zlewu, itd. Nigdy nie miała takiego bólu w tych okolicach. Jednak miała. Pyta: a kto urodził? No, dobrze, zgoda - ale to chyba przecież nie od siodełka, prawda? Wracając do wyprawy w białowieskie ostępy, zajechaliśmy z córeczką najpierw do zwierzyńca, by z bezpiecznej odległości pooglądać żubry, wilki, dziki i rysia. Towarzystwo spało, lub snuło się półprzytomne. Nie chciało uruchomić klatki w aparacie ustawionej na "uśmiech". Potraktowaliśmy je zoomem. Nie wiem po co. Rozbawiły nas ogromnie, ganiające się beztrosko maleńkie paskowane dzicze prosiaczki. Ciągle, jakby celowo, zderzały się swoimi tarczowatymi noskami. Kwiczały chyba w miejscowej gwarze, w każdym razie niezbyt wyraźnie. Z tego przyjemnego miejsca wyruszyliśmy do oddalonej stąd o kilkadziesiąt kilometrów Grabarki - świętego miejsca polskiego prawosławia. W maleńkiej cerkwi akurat odprawiało się nabożeństwo. Weszliśmy z córeczką do środka i ulegliśmy niezwykłej atmosferze. Nieprzerwany śpiew, zapach kadzidła i świec, nastrój skupienia i modlitwy - poczucie wzniosłej obecności Ducha Świętego. Niezapomniane chwile. Wokół tego wzgórza pielgrzymi latami umieszczają przyniesione ze sobą krzyże. Są ich tutaj setki, a może nawet tysiące. Jedne już zupełnie spróchniałe, inne ze świeżym jeszcze lakierem. Gęsto, jeden obok drugiego. Niektóre osiągają wysokość kilku metrów, inne są zupełnie maleńkie, splecione zupełnie tak, jak losy ludzi, którzy od pokoleń przychodzą tutaj aby dawać świadectwo swojej duchowej przynależności. Wizyta tam to prawdziwa PODRÓŻ NA WSCHÓD. Życzę wszystkim wielu takich dni, jak ten mój wczorajszy - z rodziną, ze sobą, z Bogiem. Trzymajcie się!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-30 19:31:03
ŻUBROWNIA

O wyścigu w Chodzieży w zasadzie nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Pomyliłem trasę na rozjeździe dystansów, i wpakowałem się na najdłuższą pętlę. Kiedy się zorientowałem, było za późno na powrót. Ale, co tam! - czasem trzeba dać plamę. Choćby dla wprawy. Zresztą mam nadzieję, że zanim świńska grypa mnie zabije, zdążę się choć częściowo zrehabilitować. Najbliższa okazja już w sobotę, w ulubionych okolicach Ażuczka, czyli w Puszczy Białowieskiej. Tam spróbuję, tym razem świadomie, pojechać najdłuższy dystans i trochę się pościgać. Trochę boję się żubrów, że wyskoczy mi toto na drogę i się "skarambolujemy". Jest ich tam podobno mnóstwo, niczym psów w Poznaniu. Po nich też nikt nie sprząta, więc może być "ekskremalnie" na trasie. Trzeba będzie uważać. Ciekawe też, czy żubr jest szybki, i czy gania rowery? Podobno żywi się głównie roślinnością, dostojnie spaceruje grzecznie skubiąc trawę. Ale czy jest łagodny? Teraz takich świństw do tej trawy dodają, że każdemu może się we łbie pomieszać, nawet jeśli ma się tak potężną czachę i rogi jak żubr. Zobaczymy. W Chodzieży największym zagrożeniem niby były tylko wiewiórki, a i tak było ciężko. Pozostaję więc cały czas czujnym. Podczas wyścigu będę uważnie przyglądał się kniei i zerkał, czy aby z boku nie czyha jakieś niebezpieczeństwo - oprócz konkurentów na rowerach, oczywiście! Ich rogi bywają zresztą równie niebezpieczne. Dwukrotnie ugodziłem w ten sposób przypadkowych jeźdźców, ale i sam razu pewnego zostałem ugodzony. Było trochę kwiku, nie powiem! Czekam zatem na tę puszczańską przygodę z radością, ale i lekkim niepokojem. Może dzięki temu będę tym razem nieco szybszy? Oby!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-23 09:49:46
PYKACZ

Nie mogłem dziś porządnie zasnąć. Przysypiałem tylko, a po głowie chodziły mi przeróżne chochliki podpowiadające jakie dobrać opony na wyścig, albo który wielotryb zastosować. Żaden mnie nie przekonał, wręcz przeciwnie - zamieszali mi w głowie, że hej! Jeden nawet mnie dusił, obudziłem się gwałtownie i okazało się, że to tylko zatkało mi nos mazią z głupich myśli. Kompletne wariactwo - ja, stary chłop, wiercę się w łóżku jak młody niewprawny żonkoś podczas nocy poślubnej. Identyczne chochliki, choć obznajomione w innym temacie, te same siódme poty i nerwówka, i te same nonsensowne pytania, a pierwsze z nich: czy się uda? Mogę powiedzieć, bez fałszywej skromności, że wtedy się udało, chociaż do końca nie wiedziałem, że to, to tylko to. Teraz jednakże będzie chyba trudniej. Przeszkody zdają się być większe, doliny głębsze, a wzgórki znacznie trudniejsze do pokonania. Tym bardziej, że zestaw narzędzi jest bardziej skomplikowany technicznie, niż poprzednio. Tym razem przynajmniej nie mam za wiele do stracenia. Wtedy mogłem stracić chyba nawet wszystko - chwałę, godność i nazwisko! - (przepraszam za ten drętwy rym). Zatem linki napięte, ciśnienie w kołach sprawdzone. Ale które z tych kół założyć. Te szybkościowe, czy te do brnięcia? Z nerwów co chwilę przyciskam spację nosem. Nic nie pomaga. Żonka jest w domu. Włączyła pralkę. Pyta, co w niej tak pyka? - (znów rym bezwiedny!). Nie odpowiadam, bo nie wiem. Zresztą, jasna cholera, nie teraz! Ja dobieram bieżnik, a jej pyka. Wczoraj też pykało? No to niech sobie popyka jeszcze ze trzy dni, może dojdę do siebie i coś poradzę. W końcu nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać! W żołądku czuję wczorajszą kaszankę od babci. Miałem nie jeść, ale ją kocham i nie miałem serca jej odmówić. Teraz bulgoczą mi jakieś kwasy i odczuwam ostre wiraże. Kawa spotęgowała moje napięcie i fizjologiczne objawy. Z kuchni padło pytanie, czy wyjąłem łyżwy z bagażnika. Przypominam sobie tę pierwszą wspomnianą noc i zadaję sobie pytanie, czy naprawdę aż tak wiele bym stracił? Łyżew nie wyjąłem, fakt. W pobliskim Nałęczowie mają lodowisko teflonowe, ale nie chce mi się dyskutować i objaśniać, jak można po tym jeździć. - Słyszysz jak pyka? - Słyszę, jak pragnę zdrowia, naprawdę słyszę, kochanie! A ty nie wiesz może jaki bieżnik? Nie wiesz? Zdziwiona, że to na oponie to bieżnik. Myślała, że klocki. Chyba lego! I podobno ja to kiedyś powiedziałem. Mogło tak być, nie przeczę, ale po jakimś śródleśnym kolarskim ognisku integracyjno-taktycznym. No dobrze, kończę już. Muszę sobie znaleźć jakąś robotę i zaistnieć w obowiązkach domowych. Na początek zapytam małżonki, czy może jednak wcześniej byśmy... - O, widzisz? Znowu pyka! - Poddaję się. Zajmę się pykaczem.

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-20 20:54:40
AZJA MTB

Szykując się do wyścigu w Chodzieży (26 kwietnia), zmniejszyłem znacznie intensywność treningową, jak i ilość doznań pobocznych. Do końca sezonu tylko produkty węglowodanowe i dyscyplina towarzyska. Używki jedynie te wynikające z małżeńskiego kontraktu. Nie bez przyjemności, oczywiście! Lampka czerwonego, owszem, w doborowym towarzystwie. No, w każdym razie ławeczka i krzaki odpadają, co najmniej do jesieni. Po wyścigu szybciutko jadę do Poznania i spotykam się z miłymi memu sercu osobami (już one wiedzą o kogo chodzi!). Dla nich jestem jednak gotów złamać swoje wewnętrzne przepisy, i pójść spać ok. drugiej w nocy. Poproszę tylko o dzban wody na rano, bo jakoś mam tak nietypowo, że zasysam o brzasku jak kwiatek rosę. Forma chyba jest, chociaż podejrzewam, że konkurenci jeszcze mocniejsi niż w poprzednich sezonach. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest poczucie wspólnoty, ten jednoczesny ciąg na bramkę setek podobnych mojemu serc. Kurzymy się, chlapiemy błotem, przepychamy, wywracamy, niszczymy sprzęt i rozcinamy do krwi. Ale za to na mecie nie ma przegranych. Ubożsi o połowę wargi i ząb, o drogą oponę, bądź ramę - jednakże zawsze szczęśliwi. A może ktoś da się namówić na start w tym maratonie? Poczuć słoną krew w ustach, posymulować zasłabnięcie w obliczu uroczych pielęgniarek w harcerskim namiocie? Ech, uwielbiam te wyścigi!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-18 17:21:53
STRZAŁY Z DYSTANSU

Spacerując po obiedzie z rodzinką i widząc dzieciaki kopiące piłkę, przypomniałem sobie mojego dawnego trenera, z czasów kiedy biegałem w klubie za futbolówką. Facet posługiwał się ciętym językiem, na poczekaniu wymyślał jakieś aforyzmy, potrafił niesamowicie celnie kwitować nasze nieporadne czasem zagrania. Kiedy w czasie jakiegoś sparingu jeden z naszych potężnym zamachem nie trafił w piłkę, lecz w piszczel kolegi, pan trener zawołał: - Chłopcze, to jest bardzo dobre uderzenie! Ale przypominam, że gramy w piłkę! - Innym razem ćwiczyliśmy rzuty wolne z linii szesnastu metrów. Boisko było strasznie nierówne. Czasem zdarzyło się przy kopnięciu zaryć butem w ziemię, wzbijając mały tuman kurzu. Trener wołał wtedy: - Kolego, zostaw to biedne ślepe zwierzątko w spokoju! Dziś kopiemy w tę skórzaną kulkę! - A kiedy człowiek trochę się zakiwał i nie bardzo już wiedział w którym kierunku jest czyja bramka, on w mig dostrzegał ten charakterystyczny chaos w oczach zawodnika i drwił: - Nie wiesz co zrobić? Weź sobie tę chorągiewkę z rogu i zapieprzaj do matki, niech da parę złotych dla trenera, bo go na trzeźwo szlag zaraz trafi! - Miałem wówczas z szesnaście, siedemnaście lat, jego teksty robiły więc na mnie spore wrażenie. Nikt nie chciał być tematem jego docinek. Teraz się śmieję, ale kiedy powiedział do mnie kiedyś, żebym się choć raz tak zaangażował w mecz jak się angażuję w nocne trzymanie rąk pod kołdrą - nie, wtedy to mi stanowczo nie było do śmiechu. Zwłaszcza, że tych rąk wcale tam nie trzymałem! Już prędzej spałem z popsutym misiem. Ale to naprawdę wszystko! Te wspomnienia uświadamiają mi zawsze, jak z czasem nabieramy do siebie dystansu, jak tego dystansu potrzebujemy na co dzień. W pracy, w domu, wszędzie, gdzie podlegamy jakimś mniej lub bardziej sprawiedliwym - ale zawsze przecież tylko subiektywnym - ocenom. Warto, i trzeba, dbać o swój wizerunek, ale nie za cenę konfliktu z tym, co nam rzeczywiście w duszy gra - bo z tego będziemy się rozliczać - najpierw tylko przed sobą. Potem może być jednak trudniej...

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-17 21:21:51
ZEZEM

Święta upłynęły błogo i spokojnie. Byłem grzeczny, nie przejadłem się i nie przepiłem. Za to wczoraj troszeczkę się skotłowałem i z dzisiejszego treningu nici. Na ciele nie bolały mnie chyba tylko włosy. Suszenie umiarkowane, ale i tak nie było po co wsiadać na rower, bo serduszko by chyba tego nie zniosło. Snułem się więc cały dzień, z trudem przełykając powietrze. Przytakiwałem na wszystko, nie mając siły na dyskusje. Dzieci miały przez to luz i brzuchy pełne słodyczy. Na szczęście moja ukochana małżonka uznała mój stan psycho-fizyczny za wystarczającą karę i nie próbowała mnie dobić. Chociaż był moment, kiedy szczerze tego żałowałem. Ale trzeba o tym jak najszybciej zapomnieć. Jutro będzie pora na wnioski i należy coś postanowić. Postanowienie musi być mocne. Bez przesady jednak, żeby się przypadkiem za bardzo nie skrzywdzić. Na początek odmówiłem sobie udziału w dzisiejszym kolarskim ognisku. Te ogniska kojarzą mi się zresztą bardziej z morderczymi podjazdami na Tour de France, niż z wypoczynkiem. W dzisiejszym stanie nie była to więc dla mnie jakaś szczególnie trudna decyzja. Na wszelki wypadek wyłączyłem jednak telefon, by co poniektórzy kolarze w chwilach kiełbasianego uniesienia nie zechcieli mnie budzić około drugiej w nocy, pytając: - Kurde, chłopuś, czego cię nie ma? - A teraz, na wieczór, trzeba dzieciom coś poczytać - jak zawsze, zresztą. Chyba weźmiemy Puchatka. Dzisiaj wyjątkowo pasuje do mnie ta postać, bo ma identyczną sieczkę w głowie jak ja obecnie. Tyle, że on permanentnie, a ja okresowo - jak mniemam! Gębę ogolę rano. I od jutra NOWE ŻYCIE!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-08 16:35:48
KRZESEŁKO BE!

Wiosny ciąg dalszy. Chyba pora wreszcie uwierzyć, że nie huknie nam już zza węgła mokrym śniegiem. Pojawiają się bluzeczki na ramiączkach i bermudy, na małych placykach przed barami wyrastają parasole, pod nimi stoliki, przy tych stolikach harcerze i lud wszelkich zawodów - od bankowców po szalbierzy - choć to prawie to samo:) Chociaż dostrzega się wyraźne ożywienie w społeczeństwie, to jednak nie wydaje mi się, żeby miało to jakiś związek z nadchodzącymi Świętami. Raczej bardziej szuka się wolnych krzeseł by usiąść, niż myśli o próbie zmuszenia się do wytrwałego marszu. Człowiek taki jest - albo mu za zimno, albo za gorąco. Zawsze "nieoczekiwanie" pojawiają się na drodze jakieś przeszkody. Oczywiście nie do przeskoczenia, za wysokie, za niskie (czyli niegodne "człowieczego" wysiłku). Co mamy na Święta? Umyty samochód? Czyste okna? Koszyk na pisanki? Ok! A co jeszcze? Krzesełko? Na szczęście jest jeszcze parę dni. Znajdźmy "sobie" i "w sobie" jakąś robotę - z korzyścią dla wszystkich. Bo wielkanocna babka jest wprawdzie pyszna i potrzebna, ale pyszniejsza jest zwykła dobroć i zawsze niezwykła MIŁOŚĆ! I tu z bratem mym śmy się chyba zazębiliśmy, jakkolwiek zgrzytliwie i nie po polsku to brzmi.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-04-06 18:04:10
BEGINNING

Wczorajszy dzień (Niedziela Palmowa) prawdopodobnie przejdzie do historii r'n'rolla. Zagraliśmy pierwszą próbę z synkiem (na basie) i moim kolegą perkusistą. Jako stary lis w tej branży stwierdzam, że skład jest rokujący i groźny. Zagraliśmy trzy utwory, wcześniej ostro męczone z automatem perkusyjnym podłączonym do radiowego wzmacniacza. Jak za komuny. W przerwach pomiędzy kawałkami ja - czyli tata - degustowałem malinówkę wspierając się w tym przedsięwzięciu kolegą o dźwięcznym pseudonimie "Marian". Musieliśmy się "po bożemu" zintegrować, a to najprostsza i najstarsza bodaj metoda. Kolega jest zdecydowanie pełnoletni i wolno mu. Trochę ostatnimi laty wyłysiał, ale ogląd świata ma wciąż młodzieńczy. Synek miał za zadanie w tym czasie ćwiczyć gamę i za dużo nie gadać. Za każde pięćdziesiąt gram naszej malinówki otrzymywał dwie krówki, co daje razem krówek dwadzieścia. Następnym razem oczywiście nie będziemy spożywać żadnych płynnych owoców i wszyscy pozostaniemy na krówkach. To było pierwsze spotkanie w tym składzie i trochę nas rzeczywiście poniosło przy dziecku. Nie powinniśmy, przyznaję! Jednak wraz ze spadkiem poziomu w znormalizowanej buteleczce wzrastał poziom wykonawczy zespołu, co tyczy się również krówek uwalniających pokłady glukozy, to z kolei przekładało się na zwiększenie prędkości wykonywanych utworów - aż do kulminacji, kiedy to pękła nam na werblu pałka. Ale zespół w końcu i tak poczuł się bardzo szczęśliwy, począł nawet zacięcie dywagować na temat zatrudnienia wokalistki w charakterze tancerki, matki i koleżanki jednocześnie. Krówkowa część zespołu zachowała znacznie więcej powściągliwości i przyjmowała malinowe fantazje z wyraźnym zażenowaniem, mówiąc jedynie: - Tato! - Zaczerwieniony (chyba z wysiłku, lub od malin) skład umówił się w końcu na wtorek. W drodze powrotnej najmłodszy członek zespołu zmuszony był wysłuchać wykładu na temat degeneracji w świecie muzycznym, a jako przykłady wymieniono zespoły Rolling Stones, The Who, Guns'n'Roses, oraz chór z parafii Wniebowzięcia (szczególnie w składzie tym z przełomu lat osiemdziesiątych). W domu wykładu wysłuchał natomiast tata. Mniej więcej w tym samym temacie...

PS. BabaJago, nie rób tak więcej! Pozdrawiam!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-31 20:11:00
ROCZNICOWO

Powrót na blogi mojego Brata ukontentował mnie niezwykle! Nie jest to wprawdzie jedyne forum naszych kontaktów, ale świadomość, że działamy razem na pewnym terytorium daje mi poczucie satysfakcji. Nie wiadomo ile tutaj razem wytrwamy i kto pierwszy znowu wpadnie w czarną dziurę - tym bardziej cieszę się ze wspólnej gościny na radiowej glebie. Zresztą dotyczy to wszystkich obecnych na tych stronach - tak piszących, jak i wytrwale czytających, bo w końcu kiedyś umilkną ci pierwsi, a drudzy przestaną czytać. Jak by dalej nie potoczyły się dalej nasze losy, pamiętajmy jedno - dostarczyliśmy sobie wielu miłych wrażeń i warto je gdzieś tam przechować na lepsze lub gorsze czasy. Miejmy nadzieję, że za życia jednak prądu nam nie odetną, a światło zgaśnie dopiero w trumnie. Złotówka słaba, giełda leży, autostrad nie ma - ale my jesteśmy! W butach, czy bez butów, wciąż mamy te same około dwa kilogramy mózgu, tę samą odpowiedzialność przed sobą i innymi. Bierzmy od siebie wzajemnie co najlepsze. Najgorsze darujmy, lub miłosiernie przemilczmy. Śmiejmy się, płaczmy kiedy trzeba. No i nie róbmy za dużo i za często kaszany! Nawet tak na wszelki wypadek warto...

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-29 21:34:10
NIEDZIELA BĘDZIE DLA NAS!

Za długo dzisiaj jeździłem. Nie zdążyłem odpocząć przed wyruszeniem do kościoła i efekty były łatwe do przewidzenia. Galopada myśli ze średnią szosową 33 km/h, całkowity brak koncentracji, w dodatku występowała młodzieżowa schola. Szczęśliwie się złożyło, że zdziesiątkowała ich grypa, tak więc "emitowali" znacznie ciszej i czyściej niż zwykle. Słyszałem tam wprawdzie jakiś marny pojedynczy głosik, niestety nie mogłem ustalić do kogo należał. Brzmiał dziewczęco, co oczywiście niczego nie przesądza w obecnych czasach. Pozostaję w nadziei, że jednak grypa okaże się bardziej czujna ode mnie i jeszcze przed świętami wytnie tę czarną owcę z chóru, tak żeby Pan Jezus nie musiał zmartwychwstawać pośród bezładnego kwiku. Im dalej w mszę, tym wcale nie było lepiej. Przyciągnęła mnie gablota z plakatem biura pielgrzymkowego. We łbie zagościł Szatan, podsuwając projekt gry komputerowej "Wirtualna Pielgrzymka". Po drodze pielgrzym napotykał przeróżne przeszkody, utrudnienia, niemiłosierne pokusy w postaci sióstr i tanich papierosów od Ukraińców. W lasach czyhały groźne watahy psów mogących nawet zabić. Ale spokojnie, bo wyposażyłem naszego pielgrzyma w trzy życia, metalową pałkę i zestaw świeckich zaklęć. Wiedziony na pokuszenie, przed Credo, w momencie kiedy już ksiądz skończył kazanie a tłumaczył się zawile dlaczego powiedział to co powiedział - ogarnęła mnie wizja nagrody w postaci wirtualnego cudu; mogła to być dodatkowa noga, miejsce na trumnę w krypcie na Wawelu, Windows Vista sprawnie działający, wyhodowanie kokosów na rondzie Waszyngtona, wymiana scholi na tancerki, nawrócenie się stałe i nieodwracalne, itp. Wstyd mi się do tego przyznawać, niemniej proszę potraktować mój przypadek jako ostrzeżenie przed miksowaniem regeneracji po wysiłku z regeneracją duchową. To nie może się udać! A jeszcze jak mi na koniec Mszy te zdekompletowane acz sympatyczne dziewczątka wyśpiewały: "Nic - nie musisz mówić nic - odpocznij we mnie - czuj się bezpiecznie", wówczas nastąpił moment kulminacyjny i zdekoncentrowałem się już na całego. Kiedy jednak, do tej w kółko, transowo powtarzanej frazy, dołączył nieco barani głos pana organisty, poczułem się jeszcze bardziej nieswojo. Chór też zdaję się poczuł, bo już po dwóch coraz niewyraźniejszych razach zmilczał definitywnie, tonąc w zakłopotanej ciszy wytworzonej przez pozostałych współwyznawców. Nerwowo poszukiwałem bilonu w kieszeniach, brzęczałem kluczami. Szatan powoli odstępował, ale robił to opieszale i jak zwykle za późno. Do Świąt jednak się wzmocnię i nie pójdzie już mu tak łatwo. Chyba, że znowu będzie próbował posiłkować się scholą. Ale czy Szatan jest mocniejszy od grypy? Wątpię! Sursum corda!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-28 20:11:42
GRUBY

Zakończyłem oglądanie pojedynku piłkarskiego pomiędzy Irlandią a Polską, przed czasem. Przesądził o tym niezwykły gol przepuszczony przez Artura Boruca. Zawsze kibicuję do końca, ale coś mnie brzuch rozbolał. Słucham właśnie Merkurego w internecie. Trwa lista przebojów. Brat Sławomir doradza słusznie trenerowi Leo, w międzyczasie zapowiadając kolejne pieśni w większości zagranicznych i czarnych szansonistów. Na jutro rano mam ambitny plan pojeździć ze cztery godziny. Jeśli utrzyma się taka pogoda jak dzisiaj, będzie cudownie. Ptaszki głośno będą świergotać, słoneczko wygrzeje plecy i nerki. Pojadę w nasze górki. Tam zawsze świetnie się czuję. Kiedyś zgubiłem tam licznik rowerowy, z pięć lat temu, i odruchowo szukam go nadal. Ale to nie ma nic wspólnego z dobrym samopoczuciem. Natomiast schudłem nieco, a to już znacząco owo samopoczucie polepsza. Kiedyś nosiłem pseudonim "Gruby". Nie pamiętam z jakiego powodu. Ważyłem wtedy może z dwadzieścia kilo i miałem jakieś cztery lata. Kradłem w przedszkolu kotlety i uchodziło mi to na sucho. Teraz niczego już nie kradnę. Może dlatego schudłem? Za miesiąc mam wyścig więc niższa waga mi się przyda. Zajadę po drodze do Poznania, by odwiedzić tych, których zaniedbałem ostatnio. Znowu będę zamulony jak poprzednim razem, za to chudszy. Nie wiem co to niby może zmienić, ale zawsze warto być chudszym niż grubszym. Ma się wtedy lżejsze spodnie, marynarkę i łatwiej przejść przez płot. Przy ewentualnym upadku powoduje się też znacznie mniejszy łoskot i zachodzi większe prawdopodobieństwo, że nie nazwą nas "grubą świnią", gdy przypadkowo wpadniemy w autobusie w objęcia jakiejś przerażonej panienki. Idę zaraz do sklepu kupić sobie coś do picia i dzieciom po niespodziance. Przynieść coś komuś? Nie? No to na razie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-26 13:37:18
COŚ CHCIAŁEM, ALE...

Jak się okazało zbyt pochopnie postanowiliśmy z rodzinką zanieść sanki i narty do piwnicy, gdzie kazaliśmy im - obok nieużywanych opon zimowych - oczekiwać następnej zimy. Pagórki gęsto przysypane, samochody utyły pod śniegiem o pół rozmiaru, przed ostrymi knajpami ostro posypano solą, ulice pełne brei i kryzysowych przechodniów, którym marcowa klasyka w ogóle nie pasuje. Szczęśliwy nie jestem, ale dziś ten śnieg rozbłysnął w słoneczku i nie mogę powiedzieć nic innego ponad: "kurczę, no pięknie jest!". Sąsiad właśnie zaczął wiercić w ścianie. Robi to w taki sposób jakby chciał odreagować swoje pogodowe frustracje. Słyszę tę biedną wiertarkę jak wyje pod naporem wielkich łapsk spoconego kloca, jak zmuszona wgryzać się w beton popiskuje i dławi się pyłem. A on pewnie nic nie słyszy. Może syn dostał pałę z matmy, może małżonka nie kupiła gazety z programem, może w jego pracy straszą redukcją, a on ma tę redukcję przeprowadzić, torując drogę do zredukowania w następnej kolejności jego samego. W każdym razie powietrze w bloku drga nienawiścią. Pora obiadowa, a tu metalowa łyżka z zupą przenosi ci wibracje na szczękę. Nic się nie da zrobić! Przerywam pisanie. Może wrócę tu wieczorem. Chyba, że do wieczora sąsiad nie skończy. Co jest możliwe! Rany, może on oszalał i dzierga sobie dziurkę na haczyk? Do tego haczyka pasek od spodni... Nie, no wychodzę i koniec!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-19 19:31:46
ŚNIEŻNA ETIUDA

Trzeci dzień śnieżyc. Wieje na potęgę. Wczoraj próbowałem biegać, ale z trudem trafiałem w chodnik. Podmuchy zrzucały mi trampki z wyznaczonej marszruty. Płatki śniegu sklejały się w locie i dosięgały ziemi pod postacią małych poduszeczek. Zupełnie bawełniany krajobraz! Wystarczał jeden jedyny płatek by zakleić całe oko. Truchtałem zygzakami mając na nosie okulary. Posiadam standardową wersję bez wycieraczek, więc straciłem widoczność momentalnie. Przecieranie rękawicą tylko pogarszało sprawę. Zdjąłem w takim razie te zdawałoby się nieprzydatne szybki, ale jeszcze szybciej włożyłem je z powrotem. Te półkilogramowe płaty śniegu po prostu biły po oczach. Wybrałem zatem los niewidomego sportsmena jako lżejszy do zniesienia od losu biegacza z podbitymi oczami. Dzisiaj śnieżek również raczył popadać, przynajmniej jednak wichury wyraźnie spuściły z tonu. Zatem wybór padł na rower. Sam się czasami zastanawiam skąd przychodzi mi do głowy ochota na tłuczenie się po dziurawych drogach, i to w taką pogodę? W domu jestem kochany, a i ja nie mogę bez tego składu osobowego wytrzymać zbyt długo. W przypadku gdybym stosował wobec siebie jeszcze jakąś dodatkową porcję tortur, jakiś biczyk, pejczyk, marchewę, rzucanie dynią w samego siebie - wtedy znałbym odpowiedź. Ale po stokroć tak nie jest! Może nie ma co wnikać. Po co znać odpowiedzi na każde pytanie? Potem je przerabiać, modyfikować w miarę potrzeb i z upływem czasu. Tłumaczyć innym, że wprawdzie tak, owszem, ale zaszły nowe okoliczności, wiecie jak jest, czasy się zmieniają... Dlatego unikam pewnych rzeczy. Innych próbuję unikać - ze zmiennym szczęściem. Są takie, których nie sposób uniknąć i walimy w nie głową jak taranem. Ale to nie są odpowiedzi - to pytania właśnie...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-14 14:15:37
GRILL FANTASY

Powolutku zbliża się pierwsza rocznica działalności merkurowego Hyde Parku jakim są te oto strony. Wszyscy jesteśmy o rok starsi, bardziej doświadczeni, niektórzy podprostowani, inni znowu podgięci, jedni mądrzejsi o ten czas, drudzy znowu jakby na wstecznym. Jakieś wnioski dla mnie z tego okresu? Chyba nie, bo nie lubię niczego podsumowywać. W ogóle staram się mieć jak najmniej emocjonalny stosunek do własnej przeszłości. W szczegółach nie jestem aż tak radykalny, ale nie czas i miejsce na kilkugodzinne wynurzenia. Zaraz bym się usprawiedliwiał, motał, coś nadmiernie eksponował, a o czymś zupełnie przemilczał. Miałbym trochę racji, a trochę nie. Pewnie jak każdy z nas, kto swojej życiowej siły nie buduje wyłącznie na sztangach i hantlach. Szkoda, że ode mnie jest tak daleko do Poznania. Wprawdzie w tamtym roku pokonałem tę odległość za jednym razem na rowerze, ale droga przez to ani trochę nie stała się krótsza. A moglibyśmy zorganizować leciutki pikniczek. Szybki grill na parkingu przy Berwińskiego i kiełbaska w towarzystwie zdaje się nowego Prezesa. Dostalibyśmy po kaszkieciku i reklamówce, zaprosiliby nas do studia na krótką rozmowę. Mój drogi Brat jako pierwsze pytanie zadałby nam kalambur i tyle byśmy sobie pogadali. Potem zebralibyśmy się w kółka tematyczne, jedno czy dwupłciowe, dobralibyśmy się pod względem temperamentów, wzrostu, może też wagi, odporności na stres, itp. Część wyruszyłaby w miasto, część by zdezerterowała, jedni wracaliby jeszcze wieczorem, następni już rano. Pozamienialibyśmy się czapeczkami na pamiątkę, wymienili adresy i niedojedzone bułki z kieszeni. Umówilibyśmy się na spotkanie znowu za rok, w tym samym miejscu, być może pod kolejnym Prezesem i tym razem przy kaszance. Albo właściwie to od razu się umówmy! Pozdrawiam!

  Komentarze (5)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-12 09:57:58
PAX

W Puławach znowu śnieżek. Dawno nie padał. Chyba ze dwa dni. Znowu breja! W Wiśle powoli zaczyna brakować miejsca na wodę. Nadwyżkę rzeka upuszcza już uszami podtapiając najbliższe jej łąki, pomniejszą rzeczną infrastrukturę i sięga już pierwszych gospodarstw domowych położonych najbliżej wody, w okolicach portu. Jeszcze do niedawana była tam izba wytrzeźwień. Pomysł był dobry, bo nie ma to jak zimna woda na otrzeźwienie. Nie udało mi się skorzystać z usług tej zacnej placówki, zanim władze miasta postanowiły ją zlikwidować z powodów zdaje się ekonomicznych. W ocenie miejskich kacyków tutejsi podatnicy widocznie za mało piją. Teraz wykorzystuje ten budynek policja wodna, a zabudowania obok kryją w sobie wypożyczalnię kajaków. Obie placówki jak znalazł na powódź! To się nazywa urzędnicza intuicja. Jeśli już wywołałem temat intuicji, przypomniałem sobie historyjkę z wakacji opowiedzianą przez mojego kolegę. Pobłądził z dwoma podobnymi jemu włóczęgami w lasach pomiędzy Poroninem a Zakopanem. Gatunek nizinny ma słabą orientację w górach, nawet z mapą. Zaczęło się ściemniać a oni wciąż nie wiadomo dokładnie gdzie. Cały dzień w drodze, dawno skończyło się jedzenie i picie, robiło się wietrznie i zimno. Trafili wreszcie na jakąś oświetloną w środku bacówkę. Wiało już nieźle. Zastukali mocno w okno. Po paru razach wyjrzała w końcu potworna maska górala. - Nima piwa! - krzyknął ze środka. - Ale my nie po piwo. Zgubiliśmy się! - odkrzyknęli chłopaki. - Chcemy tylko... - Janosik nie dał im skończyć: - Mówię, że nima! - Zasłonił okno jakąś szmatą i tyle. Przesiedzieli jednak pod chałupinką całą noc. Piwo chyba jednak było, bo rano zmiętolony góral wyszedł przed drzwi, spojrzał na nich mocno zdziwiony i spytał: - A kto wyśta? - To jednak jest przykład nietrafionej intuicji zwanej "góralską". Polega ona najczęściej na tym, że zakłada coś w stylu: cepry to dutki, dutki to szczęście i piwo znacznie powyżej poziomu morza. Wszystko przez Witkacego. I Papieża. Pierwszy ich rozpuścił a drugi dowartościował. Ganiają nas teraz po górach jak chcą, niczym stada baranów. Tych prawdziwych już chyba nawet nie hodują. Stawiają tylko płoty w poprzek dróg i szlaków, przecinają w poprzek nartostrady i mówią, że własność jest "świnta"! Z drugiej strony zupełnie nie pojmuję, dlaczego akurat dzisiaj czepiłem się góralstwa. Przecież ja góry kocham! Najlepiej gdyby dzisiaj była pogoda. Siedziałbym teraz na siodełku, a nie na krześle, rozmyślałbym o miłości, jak wytrzymywać coś nie do wytrzymania, jak poprawić coś schrzanionego, itd. A tu buduję i utwierdzam antagonizmy! O, nieładnie dzisiaj się spisałem! Koniec tego. "Pax między chrześcijany!" - jak mówił Wielki Mistrz Zakonu w powieści naszego noblisty.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-10 20:13:59
DZIEŃ KOLARZA

Kiedy zobaczyłem dzisiaj Adasia na podium poczułem się bardzo szczęśliwy. Nie mogę znieść tych wrednych wpisów na forach po jego nieudanych ostatnio występach. Facet jest w światowej czołówce, a lud znający sport w większości tylko z gier komputerowych radzi mu żeby dał sobie spokój. Szkoda klawiatury na kopanie się z koniem! Po pracy zaś obejrzałem sobie etap wyścigu Paryż - Nicea. W elicie zawodowców pokazał się wreszcie kolejny Polak. Dzisiaj szedł w mocnej ucieczce, ale widocznie posłuchał polskich kibiców i dał sobie spokój na jakieś czterdzieści kilometrów przed metą. W generalce jednak nadal jest wysoko. Oglądałem ten wyścig polegując na kanapie i odmawiając sobie stojącego naprzeciw ciasteczka. Ćwiczę się w ascezie. Niedobry to czas jeśli chodzi o powściąganie się. Wiadomo - wiosna! :) Ciasteczka z trudem nie pożarłem, a już leżąca w tym samym miejscu małżonka miałaby minimalne szanse pozostać nie nadgryzioną. Tak więc leżałem na boku w pozycji próżniaczej, tępiąc wzrok. Pod stolikiem moja najmniejsza dzidzia bawiła się w jakieś takie coś, że wciąż miała focha, albo inne pretensje do wytworzonej w swojej wyobraźni publiczności. W końcu jednak i mi się dostało. Nie wiem czym podpadłem, w każdym razie powiedziała mi nagle, że jak tak dalej będę (nie wiem niestety, co?) to pójdę za karę do maluchów. Ciastka nie tknąłem, żony nie naruszyłem, telewizor brzęczał cichutko - nic z rzeczy mogących kogoś sprowokować. Spytałem o co chodzi, ale tylko wyszła na chwilę, a kiedy wróciła dorzuciła jeszcze: zobaczysz! Wcale nie chciałem iść do maluchów, wstałem więc i wyprodukowałem kawę w ekspresie. Trochę lura. Wypiłem jednak i odtąd na wszelki wypadek patrzyłem w telewizor zezem. Zez niestety tak mnie wykończył fizycznie, aż po prostu zasnąłem. Ocknąłem się już po przejechaniu linii mety. Wziąłem więc swój prawdziwy rower i szybciutko, przed skokami w Kuopio, objechałem rundę. Asfalt tylko trochę był wilgotny. Zawsze to lepsze niż kara u maluchów! Teraz małżonka samotnie się kąpie. A ja nadal ćwiczę się w ascezie. Próbowałem przegryźć klamkę w łazience - nie dało rady! Kurczę, jeszcze miesiąc tej mordęgi - chyba mnie wcześniej krew zaleje!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-09 21:54:46
CZEKAJĄC NA JUTRO

U nas od kilku dni znowu pada śnieg. Stary jeszcze nie całkowicie zdążył się rozpuścić, a już świeży maskuje wszystko co poprzedni odsłonił. Na chodnikach niestety solankowo-błotna breja. Może i zdatna żeby się w niej leczniczo ubabrać, ale biorąc pod uwagę temperaturę powietrza raczej nikt się nie zdecyduje. Mnie smuci jedynie brak możliwości wyjścia na rower w sposób nie budzący ubolewania sąsiadów. Z łatwością znoszą pełzających po schodach sobotnią nocą małżonków, synów i konkubentów, lekko przyjmują rozczochrane córy w połamanych obcasach i wytrwale przypalające w windzie papierosy przy pomocy szminki. Ale kolarza umorusanego błotem, zbroczonego deszczową łzą, nie mogą jakoś przetrawić. Chyba, żeby ciągnął za sobą, oprócz roweru, zapach co najmniej półtora promila. Są i tacy. Ja tam poniżej dwóch to sobie nawet d... nie zawracam! Nie o to jednak chodzi ile kto może, i czego. Każdy powinien przecież znać swoją miarkę we wszystkich dziedzinach życia. Chociażby po to, aby po każdym wejściu mógł wyjść; po każdym skoku wylądować; po starcie dotrzeć do mety, itd. Tak więc dzisiaj mimo niesprzyjających warunków wsiadłem jednak na rower - choć pod osłoną zmroku. Miejskie ścieżki rowerowe przemienione zostały w hałdy śniegu, co zmusiło mnie do uczestnictwa w miejskim i podmiejskim ruchu. Udało mi się przez godzinę i piętnaście minut kluczyć pomiędzy śmiercią od spychacza a tą zadawaną przez TIR-y, dawałem się pokornie ochlapywać przez tak nikczemne pojazdy jak seicento i żuk pogotowia gazowego, przemknąłem zuchwale na pomarańczowym ledwie unikając zderzenia z jakąś furgonetką będącą chyba na "pomarańczowszym". Trening więc zaliczony. Wracając trafiłem na sąsiada idącego ze spaceru z psem. Wsiedliśmy razem do windy. Nie wiadomo kto był tam bardziej nie na miejscu - ja i mój upaprany po pachy rower, czy pies pochlapany od siurka po czubek nosa? Dojechaliśmy w ciszy. Pies chyba bąknął "dobranoc", ale nie jestem pewien. Ja na pewno powiedziałem, okraszając ten grzecznościowy zwrot małą bańką ze śliny charakterystyczną dla zmęczonych sportowców. I meneli takoż. Chyba więc w porządku. W domu dorwałem się z gwałtownością kryzysu do butelki wody "Cisowianka". Po kilku łykach przeczytałem jakiś nowy napis, który pojawił się na nalepce, tuż pod nazwą: "0,33 l. wody = 5 l. wody dla Sudanu". I wszystko to bez mydła! Świat idzie do przodu. Ja ze swej strony proponuję: "2 złote = 33 dolary dla Polski". I żeby zdrowie było. Ustawowo. Dla wszystkich. Bo niby dlaczego mam się ciągle przeziębiać na rowerze?! "Jedno koło = 33 rowery dla Polski"!

PS. Niebieski klapek.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-03-04 09:48:48
ŁADNIE JEST!

Zachodzi bardzo wysokie prawdopodobieństwo nadejścia wiosny w naszej okolicy. Wprawdzie nasze trzy okoliczne stoki narciarskie są wciąż jeszcze czynne (tak przy okazji mówię Państwu, że tutaj naprawdę nie ma już wilków i pozostałości UPA, i warto odwiedzać te strony o każdej porze roku), to jednak pewne oznaki przesilenia dają się już zauważyć. Np. jeden z sąsiadów już drugi dzień próbuje odpalić swoje zimowane auto. Jak dotąd bez powodzenia. Może po prostu nie ma wachy. Sąsiadki coraz ładniejsze (nawet te teoretycznie za stare, by o nich choćby teoretyzować). Śnieżny dywan po zwinięciu ukazał do czego zdolne są pieski. Na drzewach pod naszymi oknami zaczynają świergotać jakieś ptaszki, z pewnością mniejsze od wron, bo ich nie mogę dostrzec. W każdym razie na pewno nie są to czaple. Koledzy z pracy planują już tzw. "otwarcie lasu", czyli imprezę plenerową łączącą w sobie elementy survivalu i libacji. Chyba dwa lata temu jeden z "naszych" dość trwale zawieruszył się w pewnym wiejskim sklepie (dokąd został wysłany - jako najmłodszy - po uzupełnienie zapasów). Spotkaliśmy się dopiero nazajutrz, a on twierdził uparcie, że spotkał tam wyjątkowo przychylną mu sprzedawczynię. Zresztą już kiedyś o nim pisałem. To człowiek, który planuje ślub miej więcej trzy do czterech razy w roku. Z innych oznak wiosny warto chyba wspomnieć o słońcu i je pochwalić. Tam gdzie sięga promieniami ziemia zaczyna pachnieć (z wyjątkiem wymienionych wcześniej trawników). Drogi schną bardzo szybko, co szczególnie mnie cieszy, bowiem z całym zapamiętaniem będę się mógł wreszcie bez żadnych oporów oddać swemu zboczeniu, któremu na imię KOLARSTWO MANIAKALNO-REKREACYJNE. W tym roku zamierzam pojeździć też trochę na rowerze szosowym. Już czuję tę prędkość, już widzę te tęskne spojrzenia tirówek stojących samotnie przy drodze krajowej Lublin - Warszawa, już mnie kręgosłup boli, czuję jak każda grudka asfaltowo-podobnej masy trwale podkopuje mą psychikę i złorzeczę drogowcom, kibicując jednocześnie premierowi, żeby choć ze dwa kilometry autostrady zbudował sobie za swej kadencji zanim kryzys wciągnie go nosem! Jedźmy, idźmy - cokolwiek! Nie siedzieć i nie mędzić o przyszłości! Tu i teraz, a nie tam i z powrotem!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-02-26 10:34:08
NA POST

Na początku chciałbym wyjaśnić, że moje tak długie milczenie nie było spowodowane brakiem opłat abonamentowych, kryzysem walutowym, awarią komputera, czy moim kolejnym wypadkiem. W grę nie wchodzi również lenistwo, roztargnienie, melancholia, hulaszczy tryb życia, depresja, ogólna niemoc. Cóż więc stanęło mi na przeszkodzie? No właśnie, o to chodzi, że sam nie wiem. Nie, nie - jaki tam brak czasu?! Praca, sanki z dziećmi, łyżwy z dziećmi, rowery i biegi przełajowe, narciarstwo mniej lub bardziej klasyczne, gitarowe amoki, spotkania z przyjaciółmi, uzdatnianie tego cholernego peceta, bo kaszlał, wieszał się i rozsiewał podłe wirusy. Czy tak żyje człowiek nie mający czasu? Przyczynę więc pozostawiam jako nierozpoznaną i w końcu mało istotną. Przez ten czas, oprócz prawdziwej zimy, nic szczególnego nie zaszło. I dobrze, bo rzecz nie polega przecież na nieustannej kumulacji doznań, grożącej zakończeniem się skali, a na utrzymaniu się w pionie podczas porannego spojrzenia w lustro. Niby mało... Sypnąłem nieco popiołu na mój łeb amplitudowego grzesznika, z nadzieją o jego skuteczniejszym działaniu od pyralginy. Cóż, na cud trzeba sobie jednak zapracować. Gromadzić wiadomości o sobie samym, być na bieżąco ze sprawami swojego ducha i nie wciskać mu kitu. Naprawdę można nie wiedzieć o bardzo istotnych sprawach typu opcje, kursy, walka o, walka z. Tak jak ci dwaj spotkani przeze mnie - na oko siedmioletni - chłopcy. Rzucali śnieżkami w ogarnięte już rozwojem starsze koleżanki. Przebiegałem właśnie obok nich, kiedy usłyszałem jedną z dziewczyn kończącą zdanie słowami: -...a WACKA to ty może masz! - Chłopcy mocno się zaperzyli. Byłem właśnie na wykroku podparty kontuzjowaną niedawno nogą i obawiałem się najgorszego. Jak nic będę musiał interweniować. Nie dość, że jako ekspert, to jeszcze wychowawca. Albo odwrotnie. - A ty masz... ten... eee.... Matko, ta chwila trwała wieczność. Jakbym zawisł w powietrzu ze swoimi wszystkimi dotychczasowymi kontuzjami i bólami. Walnie jej koleś taki tekst, że mi język z buta wyjdzie paszczą, i zawiśnie na klacie. - ...masz tam, yyy..., ten..., eee..., SAME WŁOSY! - Przygięło mnie w kolanie i zarzuciło z wrażenia. Genialne! Takiego stanu wiedzy o świecie człowiek potrzebuje! Wszystko proste jak budowa cepa! Wystarczy spojrzeć prostym okiem i żyć, jak gdyby nigdy nic! Bo czy to właśnie nie wtedy, kiedy zaczynamy dzielić włos na czworo, kiedy kradniemy sobie i innym czas na pierdoły giełdowe, znajdując tysiące usprawiedliwień na samozagładę; czy to właśnie nie wtedy, kiedy mimo wszystko brniemy dalej, by odkryć, że jeszcze oprócz tych włosów jednak coś tam jest; czy to właśnie nie wtedy przychodzi na nas klęska? Rany!, ja nie mogę! Dwadzieścia minut temu nawet o tym nie pomyślałem! Niech to licho! Ale sobie gwoździa zabiłem!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-02-03 12:35:56
MAMY CZAS

W naszej strefie edukacyjnej właśnie rozpoczęły się ferie. W związku z tym przyszła odwilż i potrwa planowo równe dwa tygodnie. Potem znowu spadnie śnieg i poleży do Wielkanocy. W Alpy raczej nie pojadę, bo nie lubię przy dzieciach gadać w obcych językach. Zresztą okazują się one również najczęściej obce dla tych, do których się zwracam, więc zdarzało mi się kupić np. coś, czego akurat nie potrzebowałem, albo w ilości niezgodnej z pierwotną intencją. Pozostają więc gry i zabawy domowe, sztuczne lodowisko, pompowanie kółek na stacji benzynowej (dzieci to uwielbiają), wieczorna modlitwa o śnieg w nocy i słońce z przymrozkiem w dzień. Swoją drogą ciekawe, dlaczego akurat w Alpach jest wysłuchiwana, a u nas, w całościowo katolickim kraju, nie? Czyżby modlitwa w języku Goethego brzmiała dla nieba tak groźnie niczym frazy Wagnera dla Słowian, i tak groźnie, że chmury aż dostają dreszczy i sypią się ze strachu? Nic to! Człowiek kulturalny nigdy się nie nudzi. W ekstremalnych przypadkach może się ostatecznie przymroczyć pochodnymi destylacji jakichś piwniczno-komórkowych fermentów, albo też wspomóc nimi swoją życiową inwencję i nabrać wigoru. Nie polecam i nie zachęcam jednak. Zwłaszcza w okresie ferii. Musimy wszyscy, rodzice i opiekunowie, z pełną odpowiedzialnością zorganizować czas naszym pociechom. Musimy kłaść się spać wcześniej, najwyżej dwie - trzy godziny po północy, tak, żeby rano mieć w głowie jeszcze jakieś inne cele niż szklanka wody. Po kawie ubieramy dzieci i wysyłamy do sklepu po bułki. Ruch na świeżym powietrzu to podstawa zdrowia młodego człowieka. My w tym czasie próbujemy ogarnąć wyobraźnią przyszłość i sprawdzamy, czy partnerka (jeśli jest w domu) ma ten sam błysk w oku, który my mamy dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Jeśli tak, to... A jeśli nie, pobieramy kolejną szklankę wody, i w czapeczce pirata od karnawałowego stroju chowamy się za drzwiami, żeby zaskoczyć powracające za jakiś czas dzieci. Na szczęście łatwo je rozśmieszyć. Co najmniej tak łatwo, jak mnie rozczarować. Po śniadaniu opracowujemy taktykę, którą drogą wyjechać z parkingu i gdzie skręcić na światłach. Wysiadamy gdzieś, gdzie można porządnie zmarznąć. Hartowanie to podstawa zdrowia młodego człowieka. Wybieramy widok na dolinę Wisły. Wiejący wiatr wyrywa sznurówki z butów i kolczyki z uszu. Dzieci zabezpieczamy linką do holowania i trójkątem odblaskowym. Po sześciokrotnie powtórzonym i niesłyszalnym dla nikogo okrzyku: - Ależ tu ładnie! - próbujemy wrócić do auta, tak manewrując linką, by dzieci nie wpadły nam w krzaki tarniny, a my sami żebyśmy nie trzasnęli np. w sosnę. W upojnej ciszy wracamy na obiad. Dzieci nie za bardzo chcą jeść, ponieważ paraliżuje je obawa przed pomysłami ojca na drugi dzień. Wolą już iść do babci i cztery razy dziennie odkurzać i wyrzucać śmieci. Wieczorem lekcja gry na instrumentach. Nie wiem co na to sąsiedzi. Lepiej dla nich, żeby wyjechali. Na kolejny dzień planujemy (planuję) następne widoki. Pada pytanie: kiedy nareszcie do szkoły?! W tym domu nikt już nie jest sobą. Ale walczymy. Człowiek kulturalny nigdy się nie nudzi. Przebywanie w miłej domowej atmosferze to podstawa zdrowia młodego człowieka!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-02-01 09:40:17
UCHHHH!

Uczestniczyłem właśnie, prestiżowo przymuszony, w trzydziestych urodzinach kolegi. Pozostaję na podwyższonym ciśnieniu, jakieś dziwne huki igrają mi w czaszce, błędnik rozgoryczony niechętnie walczy o pion, a w oddechu mam coś takiego, że sąsiadka wysiadła z windy o dwa piętra za wcześnie. Ponieważ wczorajsze niszczące produkty wykonała niezależna manufaktura dziadka, nie zanosi się na zbyt szybkie odrodzenie i powrót sił witalnych. Klawiatura strasznie hałasuje. Ekran podejrzanie jasno i jaskrawo świeci. Nie do wytrzymania! Muszę kończyć. Dłużej już nie dam rady. Bez wniosków. Kropka.

PS. Na zdjęciu Tomek Sikora. Też zmęczony.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-01-29 21:43:10
NA ZDROWIE!

No dobrze, na razie wystarczy tego chorowania! Dawno nie dokonałem żadnych napisów. Nawet sam się dziwię, dlaczego? Ale nieważne! Trzeba znowu zacząć się ruszać na powietrzu, bo przyjdzie wiosna, człowiek jak zwykle zgłupieje, a przecież dobra forma to wówczas podstawa. Silne serce i mocne nerwy jako jedyne gwarantują, że proces wybudzenia ze snu zimowego nie skończy się śmiercią lub kalectwem, lub choćby tylko psychiczną porażką. Spotkałem właśnie kolegę z którym wielokrotnie podróżowaliśmy niegdyś z koncertami po kraju. Temat wspólnych przeżyć wyzwolił w nas tamtą atmosferę, pachnącą czasem - niestety! - zbyt intensywnie królestwem Bachusa, przeróżnym dymem kadzidlano-używkowym, nie naszymi perfumami, bzdetnymi rozmowami o rzeczach ważnych i poważnymi rozmowami o bzdetach. To były dziwne, choć ekscytujące czasy. Zwiedziliśmy z zespołem prawie całą Polskę, wypadałoby się więc tylko cieszyć, ale kiedy teraz Państwu powiem, że zanim np. we Wrocławiu dopiero za którymś razem zobaczyłem katedrę, bo wcześniej zwiedzałem chyba tylko same kible (bo pamiętam ich ze dwadzieścia), to pewnie się zdziwicie - prawda? Przepraszam, że tak z grubej rury, ale prawda czasem musi boleć. Do niczego nie jest mi potrzebne opowiadanie, że było inaczej. Niemniej w końcu poznałem to, jak i wiele innych, cudownych polskich miast. Ale już np. na poznańskiej Śródce znalazłem się dość nietypowo, bo jeszcze przed kiblem. Tak więc potencjał na człowieka zawsze gdzieś tam jednak się kołatał. Siedzieliśmy zatem z kolegą; on soczek, ja cola - nie żebyśmy zdewocieli, czy powariowali! - Nie mamy w zwyczaju podniecać się polityką, choć pewne konteksty raczymy komentować. Samcze dewiacje mamy wciąż takie same, więc bez trudu się porozumiewamy. Różnimy się jednak specjalnościami; otóż ja robię wszystko, żeby niczego głupiego nie zrobić. On zaś również zrobi wszystko - tyle, że w zupełnie odwrotnym kierunku. Mówi, że to kwestia świadomości. No jasne! I wciąż go lubię. Ma chłopak zdrowie!


  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-01-13 10:33:29
POKÓJ W GAZIE - GAZ POKOJU

Parę dni temu zdarzyło mi się dość zdecydowanie przecenić możliwości swojego organizmu i po porannych figlach :), późniejszej jeździe rowerem, a potem jeszcze na łyżwach - wieczorem wybrałem się z synkiem pograć na hali w piłkę. Oszczędzałem wprawdzie siebie, jak i przeciwnika (ledwie dwa strzały: jeden w słupek z odległości metra, drugi mniej więcej w światło bramki...). To jednak nie zdołało mnie uchronić przed karą za głupotę, jaką jest niewątpliwie trenowanie kilka razy dziennie. Po półgodzinnym kaleczeniu piłkarskiego rzemiosła i stopniowym dewaluowaniu się mojej legendy "ojca-piłkarza" w oczach mojego syna (cóż, ostatnio grałem przecież ze cztery lata temu!), jeden z mięśni lewego uda powiedział: dość! Czy to zniesmaczony poziomem gry, czy też może po prostu zły za nadgodziny za które od lat mu nie płacę, wziął się napiął ponad miarę i strzelił, sadzając mnie na ławce stałych rezerwowych, mających w torbach zamiast butów do biegania, po trzy puszeczki. Wg. opinii lekarza posiedzę teraz z nimi około czterech tygodni. Nie jest chyba tak źle, zważywszy, że np. taki Jerzy Dudek w Realu siedzi zdaje się już ze dwa lata. Rywin to chyba nawet ze trzy, ale akurat nie w Realu, tylko bodaj w kryminale. Jego już raczej nie wpuszczą do gry? Nie wiadomo. Nigdy nic nie wiadomo! Pewne jest jedno: Chrystus prawdziwie ZMARTWYCHWSTAŁ! Chociaż znam taką jedną krainę, w której dotąd czekają aż ON się narodzi. Ostatnio, niestety, znowu zamiast Zbawiciela pojawił się tam jakiś Hamas. Nie za bardzo nawet wiem cóż to takiego. Wg. niektórych opinii jestże ów organizacją o charakterze dobroczynnym, specjalizującą się w kopaniu kilometrowych tuneli za pomocą samych łyżeczek do herbaty. Inni jednak twierdzą, że to tylko zgraja typów spod ciemnej gwiazdy, która z odkurzaczy i spinek do mankietów buduje pociski rakietowe. No dobrze, ale skąd biorą do nich paliwo? Czyżby to był ten sam "gaz pokoju", który właśnie był się i skończył w paru krajach Europy, ku zatroskaniu i szczeremu bólowi mieszkańców Kremla i okolic? Być może. Mówiłem: nigdy nic nie wiadomo! Nie wiem też, jak z całą tą sytuacją poradzi sobie Super Express, który "wojną" nazwał niedawno przepychanki o rządowy samolot. Będzie chyba musiał zamydlić ludziom oczy jakąś pornograficzną zdrapką, lub archiwami IPN drukowanymi w odcinkach po dwie teczki. Zresztą to nie moja sprawa. Moja jest tylko noga, która lekko kuleje niczym słynna kończyna niesławnej pamięci prezydenta Kwaśniewskiego. O, proszę! - mówiłem przecież, jak trudno jest ogarnąć świat w kilku sensownych i lakonicznych zdaniach; mówiłem że w zasadzie nie ma nawet takiej możliwości! Nie mówiłem tego? Naprawdę? Chyba rzeczywiście; bo zacząłem coś o nodze, o figlach z małżonką, a potem znowu poniosło mnie w krzaki i jak zwykle zdryfowałem. Cóż, chyba taka moja specyfika. Na starcie jeszcze spokojny, lecz na trasie... szaleństwo i obłęd, szukanie skrawka przestrzeni, gdzie można by wcisnąć koło, lekkie faule z nadzieją, że sędzia nie zauważy bądź odpuści, i tak do samej mety, a tam... zdążam jedynie zmienić skarpetki i znowu na start! I tak w kółko, do tej ostatniej kreski zbudowanej z grobowej dechy! Ale tam już bez zmiany skarpetek, więc nie wiem czy uleżę... :)


ps. Prawda, że ładnie u nas nad Wisłą?

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2009-01-06 11:38:30
AUTO-FOCH

Żarty się skończyły, mróz przycisnął i już szuka sobie jakiejś rury, którą mógłby efektownie rozerwać. Przyczaił się za oknem i myśli, że go nie widzę i że wyjdę z rowerem. Głupek! Może i wyjdę, ale nie dam się zaskoczyć jak w tamtym roku, kiedy to do siodełka przymarzła mi... znaczy ten... no, nastąpiło bolesne zespolenie mojego, że się tak wyrażę: "sprzętu" ze sprzętem. Potem w wannie długo i z przerażeniem czekałem, czy wreszcie coś się ukaże tam, gdzie dopuszczam tylko mydło (no może jeszcze z jedną osobę, ale to naprawdę w wyjątkowych warunkach i nie tak często jakbym sobie tego życzył). Rozważam niepostrzeżenie wychynąć przez piwnicę. Nie wiem co to niby da, ale chyba warto spróbować. Do siodełka w celu ocieplenia przyczepię małego pluszowego Kubusia Puchatka. Wtedy mróz będzie miał ograniczone pole manewru. Wykrzywi mi tę moją wschodnią gębę, ale "termostatu" nie sięgnie. Potem szybko przeskoczę do lasu, będę jeździł po piskliwie skrzypiącym śniegu, spotkam sarenki, jakiegoś dzięcioła, może duży piesek mi się trafi i będzie okazja potrenować sprinty. Piękna zima nam się zrobiła. Może przy okazji zajadę na stok popatrzeć na jakieś fajne wywrotki? Nie, chyba jednak nie. Pójdę raczej na łyżwy. Zresztą najchętniej nigdzie bym nie wychodził. Tyle, że ja strasznie energetyczny jestem! Taka dorosła wersja ADHD. Nie, no nie żebym wrzeszczał i trząsł się bez sensu, albo ciągnął za włosy małżonkę i straszył ją pozwoleniami od psychiatry - co to to nie! Ale jak tak teraz siedzę sam, żona w pracy, dzieci w trybach systemu, za oknem ten cholerny mróz, to mam, kurczę, taką jakąś ochotę złapać monitor i spuścić go przez okno. Dziwne, prawda? Trochę sobie poczytałem, ale dziś wyraźnie nie jest ten dzień, kiedy mi coś wchodzi. Raczej - jak rzekłem - mam dzisiaj usposobienie destrukcyjne. Chyba wytnę sobie z tektury jakiegoś ministra i go zleję za kompletny chaos w jego resorcie. Albo może koleżankę jakąś? No tak, ale o czym ja będę gadał z tekturą? Założyłaby nogę na nogę i cały czas milczała. Chyba by mnie szlag trafił! Dobrze, nie ma co - wyjdę i dam się wychłostać mroźnym wichrom. Dla zwiększenia emocji założę cienkie spodnie. Niestety, nie widzę innego wyjścia.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-12-18 09:44:10
LECH, LECH, LECH!

Cieszę się ogromnie z wczorajszego zwycięstwa i awansu Lecha. Wprawdzie nie o tego Lecha wczoraj mi chodziło, ale Lech to Lech - nie będę wybrzydzał! Kolejooooorz!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-12-17 11:22:37
LECH

Przeczytałem osławioną już książkę IPN o naszym Lechu. Nie szukałem w niej sensacji, pamiętam przecież, że Lechu o pewnych rzeczach mówił sam i to publicznie. Fakty są więc oczywiste i znane nie od dzisiaj. Natomiast przygnębiająca jest w tej książce historia jakimi sposobami i retorycznymi chwytami posługiwali się ludzie odpowiedzialni za praworządność w Polsce, byle tylko udało się uciąć wszelkie dyskusje na ten temat. Kiedy czyta się uzasadnienia wydane przez Sądy w rzeczonej sprawie (w w o l n e j już Polsce!), aż włos się jeży na głowie. Wybiórczość w doborze dokumentacji, stronniczość we wsłuchiwaniu się w zeznania świadków. Tak jakby losy świata i pokoju w Ojczyźnie zależały od moralności pana Wałęsy! Zabrakło tylko jednego magicznego słowa "przepraszam", by tej niewiarygodnej histerii obrońców czci nie wiadomo czyjej (bo chyba nie Autorytetu i Ostoi Mądrości) można było uniknąć. Wciąż czekam na ten ludzki odruch, na dowód, że wszyscy jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Po cóż komu ta maska nigdy niepokonanego, komu ją ofiarować, czemu ona ma służyć? Pan Lech ma wspaniałą okazję dać nam wszystkim lekcję pokory, pokazać prawdziwą siłę człowieka jaką jest prawda. Nie taka prawda z pieczątką przestraszonego i nierzetelnego Sądu RP o niewinności z powodu braku dowodów (które, tak przy okazji, Lechu jako Prezydent, był łaskaw sobie "wypożyczać" i przy nich majstrować - co też jest wyjaśnione już dawno, a konsekwencji choćby za to nie poniósł żadnych!). Cholernie szkoda mi tej legendy, która wciąż jest do naprawienia. Niech ten wielki człowiek stanie się w końcu mały. Wtedy naprawdę stanie się Wielki! Serce boli, kiedy trzeba wspierać tę jego wciąż trwającą porażkę postacią np. Dalajlamy, kiedy słucha się, że ludzie wierzący w człowieka - a nie w mity - są "moralnymi karłami". Pomieszanie z poplątaniem! Ale jestem spokojny. Nie oceniam i czekam...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-12-11 20:09:42
ŚLADY ŚWIĘTOKRZYSKIE

We wtorek ruszyłem w Góry Świętokrzyskie; w bagażniku rower, w plecaku kanapeczki, dużo picia typu "alcohol free", aparat oraz buty na zmianę, żeby wygodnie móc prowadzić auto, a potem zgrabnie przemieszczać się po świętokrzyskich gołoborzach usianych gęsto ogromnymi i kanciastymi jak telewizory kamieniami. Kanapki razem z butami od początku trochę mi się gryzły estetycznie, mimo zastosowania wielu warstw izolujących. Przełknąłem jednak tę drobną niewłaściwość z braku innych technicznych możliwości. Przecież lepiej chyba trzymać buty w plecaku niż w zębach, prawda? Mogłem wprawdzie zjeść np. kanapki zanim je ukryłem w plecaku, ale czynem tym mógłbym podważyć nieco sens ich sporządzenia, niechybnie czyniąc się przy okazji rasowym durniem.
Już wychodząc z domu zechciałem skrócić sobie drogę do parkingu przechodząc przez wąski pasek trawnika. Kara była natychmiastowa i przybrała postać ubabrania podeszwy buta lewego firmy Aspent wieńczącego moją skromnych rozmiarów stopę, kalając dodatkowo w ilościach śladowych oponę przednią mego krosowca. Nastąpiłem mianowicie na odchód psa, wyraźnie indoktrynowanego przez swych państwa i TV reklamą Chappi. Wstrząs! Nijak wsiąść do samochodu, cichy jęk rozpaczy, bezradność jak przy kolejnym porodzie współmałżonki. "Dlaczego ja?!" kłębiło się w głowie. Pobieżne i nerwowe działania odniosły ledwie mierzalny skutek. Ale nie od dziś wiem, że kolarstwo jest nierozerwalnie, niestety, połączone z psim podstępem, psią agresją, psimi sztuczkami by cichcem podskoczyć znienacka, by pochwycić człeka, byle jak, byle gdzie, za byle co. One nas zębami, to my je kopniaczkiem; one nas kupką, to my je kartofelkiem lub patisonem, trrach! I tę niedogodność zostałem również zmuszony przełknąć. Wsiadłem więc, pojechałem, złożyłem rower u stóp gór, wykręciłem nim 94 kilometry, ujechałem się na jakieś 127 procent, zaznałem uroku romańskich budowli w Wąchocku, doświadczyłem mrozu i śniegu na szczycie Łysicy (612npm.) targając na plecach po jej zboczach swój bicykl, ponieważ jazda na rowerze jest zabroniona na terenie przynależącym do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Piękna, niezapomniana i ekscytująca wycieczka - szczególnie kiedy uciekałem ze szczytu gnany zapadającą mroźną ciemnością nocy; kiedy bez świateł gnałem po nierównym poboczu wzdłuż drogi na Ostrowiec i kierowcy trąbili na mnie, a ja dostrzegłem cień bobra; kiedy obok urzędu skarbowego w Starachowicach pogonił mnie duży burek; kiedy na koniec przymarzła mi uszczelka w drzwiach samochodu pozostawionego nad zalewem w Krynkach, i szlag ostateczny już nadchodził by mnie trafić; kiedy z niejasnych przyczyn zawiesił mi się telefon i nie mogłem objaśnić swojego trzygodzinnego spóźnienia małżonce i dziatwie swej; kiedy utknąłem w korku przed samymi Puławami, bo jakiś pan nie wyhamował na nawierzchni suchej, wjechał w drugiego pana, bo pewnie obaj mięli opony zimowe zamiast - jak ja! - letnich. Kiedy wreszcie dotarłem do domu również i w nim panowała atmosfera raczej letnia... Kolacja już była, w telewizorze kłamał OBOP, z buta Aspent wciąż zalatywało, a padające pytanie "która jest godzina i co to tak śmierdzi?" wcale nie było pytaniem. Wszystko przez te psy! To piąta kolumna w naszych domach! Podstęp i perfidia wyssane z kości i wraz z mlekiem suczki! Teraz zepsuły mi wyjazd i powrót. No dobrze, kundelki - pora na mój ruch! Co powiecie na czarcią zapadkę w miejscu, gdzie podłożyłyście mi minę pod Aspenta i rower? Żarty się skończyły, panowie!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-12-03 11:39:51
DON KICHOT

Nigdy bym nie przypuszczał, że nadejdzie taki dzień, kiedy widok choinki wcale mnie nie wprawi w dobry nastrój, że wiszące na słupach kolorowe światełka, mrugające gwiazdki udające gwiazdki, płaskie bombki udające bombki grube, jakiś brodacz udający Mikołaja, i inne tandetne pseudo-świąteczne ozdoby - że wszystko to razem wzięte doprowadzi mnie do klawiatury i zmusi do wyrażenia swego wkurzenia! Całą ta maskarada toczy się własnym życiem abstrahując od swej istoty, staje się kompletnie bezduszną maszynką do robienia ludziom wody z mózgu, sprzedaje mak w puszkach, zapachy w aerozolu, rozdaje sztuczne uśmiechy i pierdoły rękami wynajętych Mikołajów chodzących czasem w rajstopach. Jak ja teraz dziecku wytłumaczę czy prawdziwy jest ten w Tesco, czy ten w Carrefour? Nawet sobie brody nie umieją porządnie przykleić! Nic profesjonalizmu, kompletne zero, nawet udawać nie potrafią porządnie! Tylko patrzeć, kiedy Jezuska położą w markecie na holenderskim sianku w pampersie Proctle & Gamble, Maryja pochyli się nad nim nie całkowicie okryta desusami firmy Triumph, a Józef będzie robił za cieślę-twadziela wymachując piłą łańcuchową Stihl mówiąc z ukrytego w ustach głośniczka: "utnę każdy stereotyp". Ersatz wszystkiego co jeszcze w nas żywe chcą nam wcisnąć na chama, do plastikowych świecidełek chcą nam dorzucić plastikowe życie, plastikowe szczęście, a wszystko to w biegu, wprost na ulicy czy sklepie, dwie sekundy uprzejmości na obywatela przy wręczaniu kolejnej ulotki, dwie sekundy naszej radości przy jej wyrzucaniu do kosza. Tony lakierowanego papieru gniją potem na wysypiskach, podczas gdy jednocześnie nie dają nam reklamówek na zakupy. Galimatias nie z tej planety, wariactwo ponadnormatywne! To już nawet nie jest głupota - bo i tej starej i wdzięcznej sztuki zapomniano - to ersatz głupoty!
Kończę, bo się wykończę... Ale mnie poniosło! Pada, ale idę na rower, żeby się opanować. Za karę nic od NICH dzisiaj nie kupię! Wiem, że to nic nie zmieni - jestem jak rycerz z la Manchy. Cóż poradzić, przecież walczyć trzeba! Dzisiaj jedna bułeczka, jutro dwie, i tak powoli puknę ich na parę groszy. Widzę jakiś wiatrak... to chyba wentylator... nienawidzę wentylatorów!

PS. Parę dni temu walczyłem z tym rozjuszonym stadem groźnych kóz. Uciekły na widok Nokii. Nic nie rozumiem...

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-11-27 11:10:19
CZYŚCIEC

Po moim niedawnym upadku na lodowisku nie pozostał już żaden ślad. Mały siniaczek na pupce wchłonął się w cielesną otchłań; przyczai się tam, by przy kolejnej okazji wypłynąć znowu, w jeszcze bardziej okazałej postaci. Zapewne długo nie będzie musiał czekać! Wczoraj jeździłem - dla odmiany - tylko do tyłu. Przebrany za samego siebie, w ciemnych okularach i polarowej niebieskiej czapce, wkotłowałem się - raz jedyny! - w bandę. Bez żadnych konsekwencji. Jeździło ze mną może kilkanaście osób. Znaczy, byli w łyżwach. W jednej z chybotliwych postaci rozpoznałem mojego ulubionego księdza z parafii św. Rodziny. Maskował się wysokim golfem, ale ostatecznie zdradził go leciutko zwietrzały zapach mszalnego wina. Przyglądałem mu się, chcąc nawiązać kontakt wzrokowy, niezbędny w celu wymiany chrześcijańskiego pozdrowienia. Jego zaangażowanie w walkę z grawitacją było jednak tak silne, że nawet hip-hopowe bluzgi dobiegające z głośników nie zdołały oderwać jego oczu od lodu. Rzeczywiście - w porównaniu z finezją reprezentowaną na ołtarzu, tutaj szło mu znacznie gorzej. Po jego ruchach, słusznie można było podejrzewać, że przybył tu, aby w mojej obecności, potwierdzić słuszność tez, jakie postawił dwie niedziele temu, względem plusów i minusów czyśćca. Ewidentnie pion zawdzięczał bardziej swej wierze, niż umiejętnościom, i wodził się na pokuszenie. Z czystej sympatii zastanawiałem się nawet, czy mu w końcu nie pomóc w przewrotce - podjechać i go po prostu skosić. Po przemyśleniu uznałem, że to w końcu nie moja sprawa, i jak już, to niech sobie lepiej wyrżnie na własną rękę, i bada ten czyściec bez mojego udziału. I kiedy już zaczął się nieźle krzywić, będąc o włos od realizacji swego pierwotnego zamiaru, nagle - ni stąd ni zowąd - przerwał swe ryzykowne akrobacje. Okazało się, że jakieś dwie, za przeproszeniem "rozmemłane lafiryndy" (absolutnie nie wyglądające na czyjekolwiek parafianki) zaczęły się z niego podśmiewać. Chyba, że miał jeszcze inny, nieznany mi powód. W każdym razie zszedł zaraz z lodu, nie doczekawszy końcowego gwizdka - ale, być może, wzbogacony o materiał na kolejne kazanie, w którym opowie o zuchwałym chłopcu w ciemnych okularach, który gnał tyłem przez życie, na oślep, nie zważając po drodze na żadne świętości. Wspomni też o dwóch "siostrach", również mających świętości za nic, i które z parafią łączyła jedynie terytorialna przynależność pewnego lodowiska. Mam tylko nadzieję, że mnie przypadkiem nie rozpoznał, a potem nie dostrzegł, przy wyjściu, letnich opon w moim samochodzie. Mógłby później wlepić mi za to z dziesięć godzin robót przy budowie parafialnej dzwonnicy. A mnie nie wolno dźwigać! Z kolei, odmawiać nie potrafię, a w tej sytuacji nawet bym nie mógł. Byłbym zatem w kropce (nad "i"). Kurczę, chyba trzeba było go jednak ciąć! Zwłaszcza, że bez czyśćca i tak prawdopodobnie się nie obejdzie! Mówię za siebie, rzecz jasna.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-11-25 17:05:58
ANTI - DEPRESANTI!

Dziś szybciutki wpisik "antydepresyjny"; kilka domowych sposobów na radzenie sobie z przydługimi, jesienno-zimowymi wieczorami. Są to sposoby dalekie od ścisłości analiz autorytetów z dziedziny psychologii i psychiatrii. Moim metodom bliżej raczej do stylu reprezentatywnego dla książek kucharskich, etykiet z produktów mlecznych, miodów pszczelich, instrukcji montażowych połączeń gwintowanych, itp. Czyli krótko, zwięźle i konkretnie. Przynajmniej, w razie nieskuteczności poniższych zabiegów, łatwiej będzie sobie wybaczyć tę pięciominutową lekturę, niż żmudne studiowanie opasłych fachowych podręczników, z których i tak nie dowiemy się niczego więcej ponad to, że pijemy np. przez ojca, zdradzamy przez matkę, kombinujemy przez dziadka, będącego niegdyś wziętym młynarzem. Dlaczego jednak jesteśmy zdolni - czasami, ale to zawsze coś! - czynić dobro? - tego, ni cholery, nikt nie opisuje! W sumie wygodne i zachęcające rozwiązanie, by pośmiertnie obarczyć dziadka dodatkowym worem na plecach, wypchanym, oprócz mąki, naszymi powszednimi "przewałkami". Bo skoro, tak naprawdę, nikt sam za siebie nie odpowiada... kurczę, to ja w tym momencie biorę gitarę i jadę w Polskę! Zanim jednak wyruszę - oto obiecane metody na walkę z depresją:

METODA I

Wypożyczyć baletowy strój łabędzia, przebrać się i wyruszyć tramwajem do centrum. Tu, przy dźwiękach mp3 emitowanych z telefonu, podrygiwać do rytmu i śpiewać refreny (przykładowo, z Grechuty: "...ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..."). Metoda, przyznaję, dosyć kontrowersyjna, ale posiada tę zaletę, że jeśli nawet nie pomoże nam, to może chociaż wspomóc innych. A więc warto!

METODA II

Idziemy na basen. Należy zanurkować, bez odpowiedniego zapasu powietrza w płucach, na głębokość 3,80 m. Tam szybciutko zaczyna się deficyt tlenowy. Rozpaczliwie zaczynamy więc wymachiwać rękami, ruszając chaotycznie z powrotem, w kierunku jaśniejącej wysoko nad naszą głową, tafli wody. Dusimy się, zaczynamy dramatycznie walczyć o życie (to samo, które jeszcze kilka minut wcześniej uważaliśmy za kompletnie schrzanione!). Po kilku łykach chlorowanej bryndzy, wypadamy wreszcie, z efektownym pluskiem, na powierzchnię. Żyjemy! Świat znowu jest cudowny! Całujemy namiętnie, zaskoczonego pana ratownika (dziewczynki), lub idziemy od razu pod prysznic (chłopcy).
PS. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach (przecież, w razie niepowodzenia, ktoś może nam z szatni ukraść komórkę!).

METODA III

Przed wejściem do supermarketu założyć rolki. Rozpędzić się, odepchnąć agenta ochrony, i wjechać z całym impetem w stoisko z cytrusami, taranując misternie ułożoną piramidę z pomarańczy. Po zakończeniu akcji, leżąc pod ciężarem sprzedawczyni, św. Mikołaja, oraz trzech innych ochroniarzy, plując pomarańczowym błotem i słuchając sączących się kolęd - uświadamiamy sobie, że ogarnia nas... jeszcze większa deprecha! Ale w zamian, na zawsze, zyskujemy istotne przekonanie, że nie warto w życiu robić więcej takich głupot!

METODA IV

Upić się. Skądinąd, nie polecam mężczyznom żonatym. Kilka godzin względnego szczęścia, nie jest warte trzydniowego gderania.

METODA V

Rzucić wszystko i przyjechać do Puław! Parę dni wcześniej odstawić wszystkie leki, przebadać się (EKG, mocz i morfologia). Na miejscu zobaczymy, co da się zrobić...;)

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-11-20 16:16:44
MIŁOŚĆ W CZASACH KRYZYSOWYCH

Obiecałem sobie, w swojej komentatorskiej loży, nie poruszać już nigdy więcej tematu piłki. Jako, że jednak najmniej słownym bywam wobec samego siebie właśnie, tak i bez większego zażenowania ulegnę tymczasem pokusie wyartykułowania swej umiarkowanej radości (po wczorajszym zwycięstwie nad Irlandią, w stosunku trzy do dwóch), w postaci króciutkiego: hura! Mam jednocześnie nadzieję, że lato w polskiej piłeczce potrwa nieco dłużej, niż Lato na stanowisku jej szefa. Bo o ile "Słoneczko" strzelał niegdyś, ważne dla mas robotniczo-chłopskich, bramki, o tyle huknął nam tym razem parszywego samobója. Wolałbym już, tym razem, zobaczyć na jego stanowisku kobietę. I najlepiej, żeby kompletnie nie znała się na piłce (co chyba jet możliwe?). Ja mam taką małą perwersyjkę, i lubię być czasami oszukiwany przez kobiety; zniósłbym nawet najbardziej nieprawdopodobny kit, byle wstawiony z wdziękiem i z gracją, z uśmiechem i głębokim westchnieniem, najlepiej poparty jeszcze "małą czarną", za ciasną o - powiedzmy - dwa rozmiary. Oczywiście, że nie każda z pań się nadaje! Aż taki naiwny, to nie jestem (choć bywam, niestety!). Nie nadaje się, np. pewna pani dziennikarka, która pyta w wywiadzie przeprowadzanym z siedemdziesięcioletnim kardiochirurgiem: "jak pan opanowuje drżenie rąk przed tak poważnymi zabiegami?". Chyba by się nie sprawdziła. Wśród rodzimych tzw. "gwiazd" i "artystek", również nie widzę tłumu poważnych kandydatek. I to do tego stopnia, że ich niejednokrotnie niezaprzeczalne "walory" wcale mnie nie przekonują, wobec bezmiaru ich intelektualnej komy. Zastanawiałem się też nad kandydaturą pani prof. Jadwigi Staniszkis (nie kłamie wprawdzie, ale czasami zdarza jej się zgrabnie nieco pogubić w swych wyjątkowych diagnozach), lecz, po pierwsze - musiałaby się najpierw zgodzić; po drugie - jakieś trzydzieści lat temu. Jest tego typu kobietą, w jakiej z łatwością bym się w tamtych latach zakochał. Problem w tym, że wówczas cała sfera mojej erotyki ograniczała się do ledwie - mniej, lub bardziej świadomego - napełniania białego nocniczka. Nie byłbym więc dla niej zbytnio atrakcyjnym partnerem, i - co za tym idzie - sam mógłbym przy niej odczuwać przez to pewien dyskomfort. Z drugiej strony rzecz ujmując, pani Profesor wciąż pozostaje osobą samotną - co może sugerować, że te trzydzieści lat temu mogłem jednak wobec niej żywić jakieś uzasadnione nadzieje. Tyle, że - jak wspomniałem - w łóżku potrafiłem przytulić, co najwyżej, włochatego misia, ewentualnie blaszany model radzieckiej straży pożarnej, lub rakiety nuklearnej SS-20. O kobietach miałem pojęcie mniej więcej takie, że dają papu, sadzą kwiatki, i czasem chowają się w łazience, z tatusiem. Na głębokie wody porwała mnie dopiero moja pierwsza żona. Tzn. pierwsza i jednocześnie ostatnia! - co spieszę niezwłocznie wyjaśnić:), bo prędzej bym skłamał przy wypełnianiu druku PIT-0, niżbym miał nie dochować przysięgi małżeńskiej. Nieoczekiwane przepoczwarzenie mnie niegdyś z punkowca, w poczytalnego idiotę, należy bezwzględnie uznać jej za plus. I w tej właśnie chwili dochodzę do wniosku, że skoro powiodła jej się tego rodzaju reforma, dokonana bez szkód, na żywym (moim) organizmie, poradziłaby sobie z pewnością w oczyszczeniu atmosfery wokół PZPN. Z jej reformatorską żyłką, gra mogłaby być warta świeczki! Ona znakomicie zarządza, np. finansami (nawet nie do końca swoimi :)), wie, że na boisku, po odcięciu nogi przeciwnikowi, sędzia ma prawo pokazać zawodnikowi kartkę (ale nie musi!). Z radością wzbogaciłaby monotonię zielonej, krótko strzyżonej murawy, kopiąc kilka grządek bratków, i budując skalniaczek, z fontanną na środku boiska. Bramkarzy wyposażyłaby w krzesełka i kącik czytelniczy, by podczas - nieuchronnych, niestety, w przyszłości! - meczów z, np. reprezentacjami homoseksualistów, policjantów, pingwinów, Krystyn i Marii, Henryków, Jacków, ministrów, golasów, stoczniowców z Laosu, czy też wcześniej anglikańskich biskupek - nie musieli się nudzić przebiegiem spotkania. Publiczność otrzymałaby prawo przyznawania swoim drużynom punktów za dobre wrażenie na boisku, oraz możliwość wymiany sędziego w dowolnej chwili. Na chuliganów, po prostu, by nakrzyczała - i już! A na pytania o sens tak sformułowanych reform, strzeliłaby sobie nagłego focha. Poza tym, co najważniejsze, ona jest piękna; niech mnie szlag natychmiast trafi, jeśli łżę w tym momencie! Szkopuł w jej przypadku polega jednak na tym, że prezesura domowa zupełnie jej wystarcza; nie marzy o kolacji z Bońkiem, czy Platinim; nie chce zarabiać dwustu tysięcy złotych rocznie; nie lubi wdzięczyć się do obiektywów; robi wspaniałe kopytka, nie pije (to chyba jedyna jej wada!), kocha mnie i nasze dzieci. Po raz więc któryś zapytam: czegóż chcieć więcej?! Do diabła z tą piłką i badziewiastym kryzysem!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-11-16 14:33:08
HOKEISTA

Wczoraj zainaugurowałem sezon zimowy, odwiedziwszy przyjazną taflę naszego legendarnego lodowiska, rozmieszczonego na dachu "Galerii Zielonej". Dziwię się w tym miejscu, dlaczego jeszcze nigdy dotąd nie wspomniałem o swoim dodatkowym i ciekawym zboczeniu, jakim jest jazda na łyżwach. W zasadzie chyba od zawsze chciałem być hokeistą. Bardziej może tylko kolarzem - no, może jeszcze marynarzem, ale takim zwykłym, śródlądowym, niemarzącym o zapachach, urokach, i namiętnościach Rio, ale raczej, co najwyżej, o rejsach górną Odrą, np. w okolicach Kędzierzyna-Koźla. Na okoliczność wody nadal miewam ataki romantycznej histerii, jakiegoś niedookreślonego kwiku duszy, ciągu w dół, lub w górę rzeki, jak łosoś, w szerz, lub wzdłuż bezkresnych wód bałtyckich, jak pewien nasz rodak, który podczas stanu wojennego ponoć rzucił się przez morze, w kierunku Bornholmu, a jego Arką był nadmuchiwany materac, kupiony na talony za wyniki w pracy. Podobnego romantyzmu doszukiwałem się onegdaj w hokeju - choć już dzisiaj nie umiem powiedzieć na jakiej podstawie. Być może chodziło zwyczajnie o wodę, "martwą", silnie zmrożoną, przecinaną, rozszarpywaną, roztrzaskiwaną w drobne kryształki płozami łyżew amatorów i zawodowców, będącą niemym świadkiem prawdziwie męskich pojedynków, podczas których zdobycie bramki nie zawsze bywa priorytetem; liczy się przede wszystkim szybkość, zwinność, płynność i finezja, z jaką... wali się przeciwnika kijem pod żebro, łokciem w ogacone wełną mineralną nery, pięścią w ucho, żeby spadł kask, by zaraz potem łatwiej było zarzucić rywalowi jego własną koszulkę i na środku boiska wbić go ostatecznie w przerębel, pełen miedzianych rurek wypełnionych ekologicznym gazem chłodniczym. Ja, do podobnych triumfów, jestem, niestety, zbyt cherlawy. W swoim pokojowym usposobieniu unikam nawet konfrontacji z wieczorno-sobotnimi troglodytami, grasującymi po naszych miastach, w oparach chmielu i tytoniu, w towarzystwie wypacykowanych panien o przeróżnej proweniencji. Jeśli zaś w samym sobie miałbym się doszukiwać jakichś atawizmów, jakiejś dzikości serca, to - owszem! - mam czasami ochotę, np. zjeść (bądź nadgryźć choć nieco) którąś z podmroczonych partnerek, wijących się wokół tych wyłysiałych w wyniku intelektualnej sepsy, umięśnionych fagasów w adidasach. One ładnie czasem pachną, i chociaż może już i jestem leciuchno ślepawy, to jednak nos posiadam wciąż zdecydowanie pięciogwiazdkowy - nie tak może szlachetny i błyskawiczny jak Roberta Kubicy, ale wciąż niezłomnie niezawodny. Tak więc, kiedy czasami wracam do domu w ciemnościach, po pracy, pociągam z powietrza dwa "snify", i już wiem, gdzie się udać; w głowie natychmiast rozpala mi się potężnych rozmiarów ognisko, żar bucha niepowstrzymanie, a ciepło (wbrew prawom fizyki!) ucieka w dół, miast piąć się do góry, w kierunku komina; ach! ten przecudaczny twór, jakim jest mężczyzna, dlaczegóż on wbrew logice ma komin nie w tym miejscu, dlaczegóż klucze, papiery, pozwolenia, atesty i szyberek, posiada kobieta, w której ognisko to niejednokrotnie zaledwie blady płomyk kaganka! Łatwiej, wobec tego, zrozumieć teraz ganiających się po lodzie facetów, poprzebieranych we współcześnie pancerne stroje, którzy są gotowi pożreć nawet krążek, byle tylko ukochana dostrzegła z trybun ich heroizm, a potem, wieczorem, szepnęła pod prysznicem: - Widziałam wszystko, mój ty mały brutalu... się boję troszeczkę ciebie... wiesz?
Pewnie, że wie! I ja wiem! Darmo jednak wdarłem się wczoraj na lód, z impetem sztyletu nocnego asasyna, bowiem wśród gawiedzi zebranej wokół nie było mojej najdroższej, dla której warto by było stoczyć dłuższy i zacięty pojedynek o utrzymanie równowagi, oraz uniknięcie zderzenia z ofiarą radykalnego zmniejszenia ilości godzin lekcji wuefu w latach ubiegłych. W rytmach, które sam wybrałem (mam oddanych znajomych w obsłudze lodowiska) ruszyłem zatem gwałtownie, w kierunku prawo skos, i już po kilku ślizgach zechciałem się obrócić; pod nogami spora warstwa wody (było wyjątkowo ciepło!), z przeciwka fizyka pchała w moim kierunku bezwładne, już niemal zezowate od obłędu, ciało jednego z tych niepokonanych na suchym lądzie herosów, łysych chłopaczków. Chciałem mu śmignąć przed nosem, żeby go zaraz tym samym nosem wciągnąć, ale... niespodziewanie sam kopnąłem się w piętę, wystrzeliłem do góry z rozpaczliwie rozpostartymi ramionami, ze wzrokiem pełnym okrutnej trwogi, z poczuciem niepohamowanego wstydu i hańby - oto i kara! - deprymując ostatecznie dresiarza, gnającego już teraz nieodwołalnie w bandę z prześmiewczym napisem: KIERUNEK JAZDY. Po chwilowym opuszczeniu ziemi, lądowałem najpierw na prawym łokciu i dłoni, następnie boleśnie przyziemiłem prawy pośladek, by zaraz potem, w efektownych wodnych rozbryzgach, runąć pozostałą częścią swojego samczego mięcha. Wilgoć natychmiast wdarła się wszędzie - nawet do komina... Dres, rozlany pod bandą, próbował długotrwałego szpagatu - bez przyjemności, jak sądzę. I ten... No, tak... No, to se, kurde, pojeździłem... Jak ta mucha... se pojeździła, kurde!...

PS. Strasznie mnie boli pośladek. Zna ktoś może jakieś naturalne metody, okłady? Najlepiej coś mniej skomplikowanego i lżejszego, niż ciało niewieście:) No bo, ileż tego można, jak pragnę zdrowia?! No ile?! No?! No... Nie... No, ale tak z drugiej strony... właściwie, to czemu nie?... po co zaraz tak radykalnie... Zwłaszcza, jeśli zamiast łba ma się chronicznie czajnik z gwizdkiem... :)

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-11-15 16:22:26
ĆWICZEBNE POZDROWIENIE

Ten wpis jest tekstem ćwiczebnym, pisanym na nowej klawiaturze, po awarii starej (klawiatury, oczywiście!), powstałej w wyniku wylania "się" ponoć paru zaledwie łyżeczek zupy, kiedy nie było mnie w domu - co uratowało niechybnie czyjeś życie - winnych nie ustalono, zgodnie się kryją i zeznają fałszywie, mieszając w sprawę żółwie z akwarium i marnej jakości blat biurka, po seriach podchwytliwych pytań gubią się w zeznaniach i zmieniają temat, opowiadają o sukcesach w szkole i o braku w łazience mydła w kolorze różowym, co może być faktem, bo na łazienkowe kolory reaguję nieszczególnie gwałtownie, natomiast miewam tam inne wrażenia, komponując np. czasami muzykę, obmyślając nowe taktyki na pomniejsze wyścigi, prowadząc przegrane wcześniej dialogi, itp., natomiast nie jestem przecież potworem, kiedy więc ustalę winnych awaryjnego przestoju w kontaktach z cyberświatem zabronię jedynie spożywania ogórkowej w strefie dwóch metrów kwadratowych wokół komputera, co może nie za szybko nastąpić, gdyż nie chcę stosować odpowiedzialności zbiorowej - zwłaszcza, że poprzednią klawiaturę załatwiłem osobiście przy pomocy rosołu i szczątków zmiksowanego z marchewką kurczaka. Jestem zatem znowu z Wami, z niektórymi zaś chcę być teraz szczególnie w trudnych dla nich chwilach. Pamiętam i jestem z Wami! Pozdrowienia!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-31 22:44:24
IMIENINOWE REMINISCENCJE

Przełożyłem sobie swoje imieniny na dzień wcześniejszy, a to z uwagi na możliwość zrealizowania się tzw. czarnego scenariusza, mogącego spowodować moją absencję w pracy, w dniu następnym. Przylgnęło do mnie zatem przedwczoraj pięciu rozczochranych przyjaciół z dawnych czasów, mocno doświadczonych w podobnych "aranżacjach", z gatunku takich co to przez kratkę ściekową, szyb wentylacyjny, bądź jakikolwiek inny otwór w ścianie zawsze skutecznie dotrą z powrotem do domu - bez czapki, buta, pieniędzy, w nieswoich spodniach - ale zawsze! Bywało, że zagrałem w tym składzie jakiś znaczący epizodzik, niemniej stare to dzieje i zdążyłem już chyba wszystko pozamiatać i wyrzucić do kosza. Tymczasem ruszyłem z nimi szlakiem barowym, z elementami pleneru - chłód na szczęście szybko i skutecznie zniwelował nasze menelicze zapędy! - by już po dwóch godzinach utwierdzić się w przekonaniu o słuszności wieszczych myśli na temat samorealizacji czarnego scenariusza. Wprawdzie w domu żółta kartka mi nie groziła (przebywałem w terenie zupełnie legalnie), ale nie czułem się w formie, a kompania w tym dniu sygnalizowała wyjątkowo wysokie możliwości w zakresie ilości jak i dynamiki spożycia. Moje drobne oszustwa na niewiele się zdały; po ich zdemaskowaniu tylko immunitet solenizanta uchronił mnie przed linczem. Walczyłem więc dzielnie dalej, ale kolarski żołądeczek to już niestety nie te możliwości co onegdaj! Podjąłem jeszcze jakąś desperacką i zaskakującą polemikę z Crowley'em, ale poległem na frytkach, soląc własną głowę. Rano, w domu, odkryłem kilka prezentów, które - ponoć z uśmiechem podmąconym nutką rozrzewnienia - wniosłem godziną okołoporanną do przedpokoju, gdzie ogłosiłem koniec trasy i zjazd do bazy. Przyglądając się jednak dzisiaj tym rzeczom, nabrawszy już nieco dystansu, zaczynam się zastanawiać, czy aby nie napadłem po drodze na jakiś sklep? Trzy koszulki i dwie bluzy z kapturem... Kurczę, a może zlałem jakiegoś dresiarza?! Matko moja, chyba faktycznie mi szkodzi to świństwo, te płyny wszystkie, te wina czerwone i białe, te piwska, ten chłam monopolowy, a ONA - żonka moja ukochana! - ma rację?! No tak, ale jeśli nie ma racji, to co to niby zmienia? Uchhhh!, jak zwykle na końcu znowu się wkopałem!

PS. Na zdjęciu nasz nowy most. Jeszcze pod nim nie byłem... ;)

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-27 15:34:12
SŁOWO NA WTOREK

Chciałem gdzieś się zaszczepić od skutków kryzysu ekonomicznego, ale ogólnodostępne szczepionki uwzględniają tylko grypę - zresztą za wyjątkiem tej najgroźniejszej - żołądkowej. Cóż, dobre i to! Zaszczepię się. Lepiej przecież pójść z torbami zdrowym, niż chorym. Dzisiaj w nocy rozmawiałem z kolegą w pracy na ten temat. Snuliśmy różne wizje, jak przetrwać w warunkach ogólnoświatowej deprechy. Przy pomocy Window's'owskiego kalkulatorka prowadziliśmy jakieś niesamowite pomiary rat w różnych walutach. Zawiesiliśmy tym wszystkim firmowy komputer. Nawet on nie wytrzymał naszych profetycznych wyliczeń. Kolega jest po ekonomii, reaguje histerycznie na spadające indeksy, śledzi uciekające kapitały, dzieląc je na spekulacyjne, zagraniczne i żydowskie. Nie wiem gdzie posiadł te zdolności rozpoznawania pochodzenia pieniądza. W każdym razie rządzą ONI. Ciekawe, czy również ONI odpowiadają za jego kolejne w tym sezonie niepowodzenie w kontaktach z kobietami? Właśnie się wyprowadziła ta, o której jeszcze niedawno opowiadał - cytuję:"Nie, no stary, teraz to już na sto procent! Wiesz jaka lacha?! Wprowadza się do mnie. Idę w czwartek do dentysty. Znasz jakiegoś? Kurczę, stary, wymiękłbyś! Ma takie... a tam ci będę gadał! A ten... sorry, pożyczyłbyś stówkę na parę dni? Muszę kupić deskę do kibla. Wiesz, pamiętasz Ankę? No jak to którą?! Ta co przy niej, po pijaku, wylazłem z wanny i chciałem udawać grecką rzeźbę, stanąłem na muszlę, potem... Dobra, nieważne! Pożyczysz?". Pożyczyłem. Teraz żałuję, że nie we frankach. Dzisiaj byłem chwilę w lesie, widziałem sarnę. Nie orze, nie sieje, a zbiera! Żadnych śladów kryzysu. Bo jak widać - kryzys można sobie stworzyć samemu i nie umieć potem bez niego żyć. Skoro go jednak można stworzyć, można go tak samo próbować uniknąć... Powodzenia!

PS. Na zdj. Zawracanie wody kijem.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-23 10:37:07
MIŁOŚĆ POD DĘBEM, Z TUSKIEM W TLE

Korzystając wczoraj z przepięknej pogody popołudnie postanowiłem spędzić z moją ukochaną żoną (ostatnio pomówiła mnie o czarny pijar na blogu w stosunku do jej osoby - co uznałem za dalece niesłuszny wniosek!) i pojechaliśmy do Nałęczowa. Dzieci wolały iść na plac, lecz spacyfikowałem te nie na miejscu roszczenia, i wpakowałem je na atestowane foteliki w aucie, gdzie zostały skrępowane tzw. pasami bezpieczeństwa. Najstarszy synek wykazał się nie lada sprytem, wyprowadził niepostrzeżenie rower i zwyczajnie uciekł. Byłem bez rozgrzewki, więc o pościgu nie mogło być mowy! Uwięziona reszta mocno go dopingowała, dlatego też całkowicie mu darowałem, wsiadając w końcu do samochodu. Atmosfera była napięta, z tylnych siedzeń zalatywało fochem i dało się słyszeć pomruki niezadowolenia. Ktoś kopał mnie przez fotel w plecy. Żona na przednim fotelu sprawdzała stan naładowania baterii i zasięg. Cóż, bywało gorzej! Kiedyś uciekli mi wszyscy! Po uruchomieniu silnika padły pierwsze strzały: - Gdzie jedziemy? - pytał uwięziony głos. - Do Nałęczowa - odpowiadałem. - A po co? - drążył głos. - Na wycieczkę - odpowiadałem jeszcze bez zeza. - A będą koniki? - znów głos. - ...!? - ja na to. Ale głos już mnie w tej chwili namierzył, przerodził się w chórek, jeszcze cichy, lecz coraz śmielszy. Na pierwszych światłach jedna część chóru chciała już pić, a druga siku. Ja miażdżyłem kierownicę i przymierzałem się do odpalenia poduszki powietrznej. U żonki było coś nie tak z paznokciami. Gdy udało mi się wyprowadzić auto na prostą, wraz z nim sam się wyprowadziłem z równowagi, łamałem przepisy, i otrąbiłem panią, która słupek fotoradaru utożsamiała ze znakiem STOP. W połowie drogi ruch zmalał, powróciła też przytomność. Tył niespodziewanie zasnął. Na miejscu trzeba było ten skład obudzić. Znowu jęki i złorzeczenia na ojca. Resztką sił człowieczych dobrnąłem z nimi do placu zabaw przy SPA w nałęczowskim sanatorium. Zjeżdżalnia natychmiast opanowała serca najmłodszych kobiet w moim otoczeniu, a pośród pisków i innych nieartykułowanych dźwięków co i raz padało: "kochany tatuś!". Najstarsza (stażem! - żeby znowu nie było, że czarny pijar!) z kobiet w moim otoczeniu myślała chyba o niespodziance w postaci karneciku, słusznie uznając zjeżdżalnię za miejsce dla siebie nieodpowiednie. Przyznaję, że niestety musiałem ją rozczarować, będąc prostym chłopem osadzonym w tradycjach początku XX wieku. Nie przyszło mi do głowy, że turban na głowie i gorące kamienie na nagich ramionach mogą ją aż tak ekscytować. Kiedy więc wychodziłem z budynku SPA, niosąc jedynie tackę z espresso i ciasteczkiem, zauważyłem, że znowu utkwiło jej coś pod paznokciami. Przy stoliczku pod parasolem i opadającym z liści dębem, po przegryzieniu ciasteczka, po paru łyczkach kawy, zajrzała mi wreszcie w moje proste oczy i z uśmiechem powiedziała: - Fajnie tu. - Dotknęła mojej dłoni i szepnęła: - Kocham Cię! - Trochę jak w telenoweli. Jest deklaracja, nie ma konsumpcji. No, ale karneciku też nie było, więc "remisik". Martwi mnie rzecz jedna; otóż, czy powyższa opowieść nie oznacza, że jeszcze kiedyś będziemy dziękować premierowi, że nas tak na chama ciągnie do strefy euro? Stawiam tylko, że któraś z tych historii nie jest prawdziwa i szczera. Obawiam się, że nie moja, panie Tusk!

PS. Po drodze zajechaliśmy do Kazimierza. Piękny spacerek!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-20 18:58:14
ECHA RAJDOWE

Wasze wpisy świadczą, że ostatni "Merkurowy" rajd rowerowy należy uznać za udany. Z wpisu Brata wnioskuję, że mógł prowadzić przez buraczane wertepy - bo gdzie indziej w okolicy przydałaby mu się technika jazdy nabyta w górach? Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń koleżanka Dezaba napisała, że pogubiła tropy gdzieś koło Mosiny. (Parę lat temu, mój znajomy po weselu, właśnie w burakach najpierw zgubił tropy, a zaraz potem buty). Nie było więc łatwo, zwłaszcza, że podobno grasują tam potężne łosie, a GPS głupieje pokazując ruch jednokierunkowy. My z synkiem również uczestniczyliśmy w niedzielę w rajdzie rowerowym, którego organizatorem był nasz miejscowy MOSiR. Znaleźliśmy cztery kanie, kilo jabłek, i... drogę na skróty do domu, bo prędkość średnia wrzynała nam się w siedzenia i spowodowała zakwasy! Uciekliśmy po angielsku. Przystanki co pięćset metrów aby zrobić zdjęcie, zerwać grzyba, strzelić z purchawki, kraść maliny, zjeść kanapkę, dać się użądlić ostatniej o tej porze roku osie w Polsce, spojrzeć na mapę do góry nogami, nastraszyć płeć piękną dzikami chadzającymi tu w nocy, i jeszcze to, i jeszcze tamto... Krew w niespiesznym tempie mnie zalewała i z relacji synka wiem, że zaczynałem wyglądać nie najlepiej. Tak więc gratuluję Wam wszystkim udziału w udanym Rajdzie z Merkurym. Nawet, jeśli Brat S. posłał Was czasem w buraki, by zmylić tropy...

PS.
Kradzież malin w okolicach Puław. 19 października 2008.

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-19 21:17:37
ZMIANY...

Sobotni wieczór spożytkowałem z umiarem. Nie doszło do niczego o czym chciałbym zapomnieć. Spotkałem też kolegę ze szkoły, którego nie widziałem kilkanaście lat! Z przebiegu naszego niezwykłego i zaskakującego spotkania powziąłem jednak przypuszczenie, że nie zanotował tego wydarzenia i wróci do swojej Kanady zubożony o tę informację. Być może i inne braki powiezie do swej nowej ojczyzny, bowiem wychodząc z klubu przypadkowo zamachnął się na swoje zdrowie spadając z końcówki schodów. Kompilacja przekleństw, jakich użył po upadku, dowodzi na szczęście wielkiego przywiązania do rodzimej tradycji i kultury. Także w dalszym ciągu nie wiem co u niego słychać, a on wciąż nie ma dowodów, że ja w ogóle żyję. A w niedzielę poszliśmy z dziećmi na grzyby. Znaleźliśmy mnóstwo niejadalnych i kilka prawdopodobnie zjadliwych. Na wszelki wypadek zrobiliśmy prezent teściowej. Nie, żebym coś ukrywał w swym sercu - nigdy w życiu! I tak do niej szliśmy, świętować zaległe urodziny dziadzia. Ponieważ dziadzio jest świeżo po udanej operacji kręgosłupa, nie może jeszcze korzystać w pełni z możliwości wytwarzanego przez siebie eliksiru młodości. Na moje zdziwione pytanie, czy ów złoty środek przestał pomagać na kręgosłup, zwiesił tylko głowę, a odpowiedzi (negatywnej) udzieliła babcia. Zorientowałem się o co chodzi i nie drążyłem dalej. W sumie dobrze, bo nie lubię potem zsuwać się po schodach z czwartego piętra, a potem brnąć u siebie pod górę przez te kilka marnych stopni od windy. Na podstawie zeznań świadków wiem, że ten manewr może trwać nawet godzinę. Nie wierzę, ale rzeczywiście, nie wszystkie w życiu kursy windą pamiętam, więc zakładam możebność zaistnienia podobnych zdarzeń. Ale to stare dzieje. Teraz, jeśli już coś utrudnia mi wdrapywanie się po schodach, to może to być tylko rower, lub - jak ostatnio - komoda. A więc wciąż zmiany, zmiany, zmiany... Nowe życie, nowe meble, nowy kręgosłup dziadka. Oby nie tak mocny jak dotąd...

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-17 21:25:21
SKOMODOWANY

Cały dzień polowałem dzisiaj na jakąś szerszą dziurę w niebie, która umożliwiłaby wyprowadzenie na spacer roweru. Nie udało się. Deszcz padał, robiąc sobie ledwie kilkunastominutowe przerwy. Dwa razy dałem się mocniej podpuścić i zacząłem przebierać w rowerowe wdzianko. O czternastej definitywnie odpuściłem. Przy takiej pogodzie, w rozmowach w cztery oczy prowadzonych w kuchni pod nieobecność dzieci, powracają często porzucone i niedokończone tematy rozmów. Tym razem pech chciał, że wysypały się z szafki dokumenty, powodując tym samym powrót tematu "komody". Byłem niekompletnie ubrany, właściwie raczej goły (w spodenkach kolarskich tylko), tracąc tym samym sporo na pewności siebie i na możliwościach negocjacyjnych. Mam taką konstrukcję psychiczną, że najpewniej czuję się w wełnianym płaszczu i ciężkich butach. Trudno jednakowoż zasiadać tak z małżonką do rozmów w kuchni. Ponieważ ona wspaniale zna te moje słabsze strony, zawsze stara się szybko reagować. Co oczywiście nie powinno dziwić, zważywszy, że ja na jej niekompletne stroje reaguję również zdecydowanie i błyskawicznie. Nie pora jednak była! Ale do rzeczy. Oczywiście uległem jej rzeczowym argumentom i pozbierałem z podłogi rozsypane papiery, przepisy, rachunki, umowy, świadectwa. Przytuliła mnie, poszeptała słodko do uszka, że jak mnie dorwie, to tak i tak będzie, malutki, zobaczysz! Jednocześnie dowiedziałem się, że gdyby była komódka, nie musiałbym teraz zbierać wszystkiego z podłogi, bo po prostu nic by nie wypadło i mielibyśmy czas tylko dla siebie. No jasne! Ale kupiłem i to. Wytargowałem przynajmniej na jutro wolny wieczorek. Jeszcze nie wiem po co. Albo może udaję, że nie wiem? Sam już nie wiem.

PS. Komódka w domu.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-16 19:00:03
ŁASKA

No i w sporcie bywa również i tak... Leo był parę dniu temu podrzucany do góry, ale nie dał się zwieść i na konferencji po meczu z Czechami powiedział: "Przez ostanie trzy miesiące czułem się nieszczególnie. Nie jestem bowiem ani kawałkiem gówna, ani bogiem". Po meczu ze Słowacją znowu się spotkał z dziennikarzami. Ciekawe, jak pozwolili mu poczuć się tym razem... Łaska pańska na pstrym koniu jedzie! Uczestnicząc w teleturnieju, czy strzelając bramkę, zostajesz gwiazdą. Gdy policja znajdzie cię w krzakach, lub wpuścisz szmatę - już cię nie kochają. Nasza reprezentacja stanowi żywy przykład ofiary tego rodzaju obłudy. Nie kibicujemy jej, tylko naszemu egoizmowi. Nie szanuje się ludzi, tylko nasze o nich wyobrażenie. Już sobie wyobrażam tak uwarunkowaną miłość w moim małżeństwie... A gdyby ONA pokochała mnie kiedyś tylko za bieganie setki poniżej 12 sekund i pokręcone włosy? Już teraz biegam znacznie wolniej, a za paręnaście lat być może wyłysieję. To co; sprzeda mnie na Allegro na wagę? Wymieni na cieplejszy włoski klimat? Odda z powrotem matce? Przekaże siostrze? Dosypie polonu? No dobrze, z tą siostrą to może mnie aż tak bardzo nie przeraża, ale licytacja... Chyba jej nie stać... Nie, niemożliwe! Chociaż... Jasna cholera, znowu sobie w głowie namieszałem!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-14 09:49:08
DZIEŃ NAUCZYCIELA

Wszystkim nauczycielom, wychowawcom, mentorom, autorytetom, wszystkim, którzy w jakiś sposób uczestniczą w procesie edukacyjnym naszego Narodu - czy to ucząc, czy nawet tylko strajkując - będącym gośćmi na tych stronach, składam serdeczne życzenia wytrwałości w wykonywaniu tego niewdzięcznego zawodu. By przedszkolaki nie zadawały zbyt dociekliwych pytań natury osobistej, by uczniowie podstawówek zauważali czasem Waszą obecność w klasie, by gimnazjaliści nie czaili się za każdym rogiem z kubłem na śmieci i procą, by licealiści nie spoufalali się z Wami w knajpie, by studenci wreszcie błysnęli jakąś wiedzą na jakikolwiek temat, by Naród zechciał też w końcu korzystać z Waszej mądrości i doświadczeń. Drodzy Państwo! Zazdroszczę Wam długich wakacji i możliwości korzystania z sali gimnastycznej, oraz basenu. Gdybym jednak miał na zebraniu z rodzicami siedzieć po Waszej stronie, słuchać absurdalnych żali, czytać zarządzenia dyrektora i stopnie... Wolę kamieniołom! Szczęść Wam Boże!

PS. Takie gustowne koszulki widziałem w sklepie w Słowacji. Oby uczniowie nie ubrali Was w takie mundurki!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-13 10:07:59
TEMPELARIUSZE NAD WISŁĄ

To był piękny przerywnik w tygodniowym młynie. Wspaniała pogoda, piłkarze wygrali, Robert tym swoim "beemwickim" złomem wywalczył drugie miejsce, wszystko układało się zupełnie jakby nie "po Polsku". Tylko politycy utrzymali swój zwykły poziom i w świetnych humorach rezerwują sobie bilety lotnicze na ten sam samolot, te same miejsca i tę samą datę i godzinę. Pewnie chcą się na własnej skórze przekonać jak to jest, np. w Intercity, kiedy na jedną miejscówkę kasa sprzeda dwa bilety. My (rodzina B.) tymczasem upchaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do Kazimierza pospacerować, pooddychać, powystawiać się na pokusy (dzieci inne, rodzice inne). Ja proponowałem wprawdzie inne miejsce, ale w mniej istotnych sprawach gorliwie spełniam oczekiwania małżonki. Poćwiczyliśmy więc sobie slalom chodnikowy, nawdychaliśmy dymu zapiekankowo-grillowego, przepłaciliśmy za jakąś lurę, poszukaliśmy winnych tego niefortunnego pomysłu (to jeden z jaśniejszych punktów tej wycieczki), wysłuchaliśmy przy stoliku (i wszyscy w promieniu pięćdziesięciu metrów) portretów psychologicznych pewnej Rebeki i Freda - lekarzy prowadzących wyjazdowe szkolenia. Fred okazał się inteligentną (ale jednak!) świnią, a Rebeka wykorzystywała pieniądze z grantu w sposób nie do końca klarowny. Dzieci na szczęście szybko wypiły czekoladę, można więc było umknąć z kawiarni zanim wzięli się za badanie wszystkich pacjentów wokół. Spacer w tłumie promenadą nad Wisłą okazał się walką o utrzymanie ze sobą kontaktu wzrokowego. Ponieważ - jak w typowej rodzinie - jesteśmy wzrostowo zróżnicowani, ja robiłem za latarnię a dzieci za pogubione w sztormie kutry. Żona nie robiła za nic i po prostu nieobecna dryfowała. Zabrałem ich w końcu stamtąd i zawiozłem nad maleńką rzeczkę płynącą pośród kolorowych teraz pagórków. Jeden krok w błocie sprawił im więcej radości, niż cała wiedza o tej świni Fredzie! Rozmawialiśmy jeszcze mniej niż w Kazimierzu, ale od razu pojawiły się uśmiechy. Jakby było trochę cieplej, to chyba wygrzebałbym zaraz jakąś norę w ziemi, ułożył kocyk, dzieci czymś zajął... To tylko tak hipotetycznie, bo bariera psychologiczna drugiej połowy jest czasem trudna do sforsowania nawet w bardziej komfortowych warunkach. Chodzi mi w każdym razie o oddanie poziomu zaistniałych pozytywnych wibracji, których próżno szukaliśmy w przyjaznym, zdawałoby się, miejscu. Pięknie kiedyś mówili, że: "Tam skarb twój, gdzie serce twoje".

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-10-10 12:15:45
BESKIDZKIE ECHO

Dwa tygodnie nic tu nie napisałem! Trzeba nadrobić zaległości, tyle się przecież w świecie wydarzyło, że nie wypada nie zareagować. Reaguję więc na ruch bezwizowy Litwa - USA, Rewolucję Październikową w Sejmie, spadek indeksów na giełdach, reaguję i reaguję, i ... dalej nie wiem o co chodzi! Z tego wszystkiego kupiłem sobie buty. Po prostu nie wiedziałem jak inaczej zareagować; idę przez Galerię, patrzę, a tu stoją w promocji, pomyślałem więc, że jakoś przecież trzeba zareagować na to wszystko co się wokół dzieje. A później się spakowałem i ze łzami w oczach (bo nie lubię zostawiać rodzinki) wyjechałem z Bratem w góry. Tam oddawaliśmy się leśnym harcom, klucząc po beskidzkich górskich ścieżkach w poszukiwaniu swobód obywatelskich i bardziej metafizycznych form wolności człowieczej. Stawaliśmy zjednoczeni wobec bezkresnego piękna gór, czasem w euforii i uniesieniu, przyglądaliśmy się górom widząc też siebie i sobie dziękując za najzwyklejsze drobiazgi. Wiele z tych doznań jest nie do opisania, nie ma takich słów, które by nie profanowały uczuć, jakie rodzą się w szczęśliwym człowieku - bo też i te doznania rodzą się w ciszy a nie z pomocą słów. Teraz, naładowany tą energią, wróciłem na niziny i z radością wspominam tydzień spędzony ze Sławciem w górach. Starczy mi prądu na długo; np. światowy kryzys mnie nie przeraża i reaguję spokojnym zakupem linki do hamulca. A za to, że nie pisałem tak długo ukarałem się czekoladą nadziewaną truskawkami. Czy jest po co wstawać rano nie zależy tylko od tego, czy mamy jakieś obowiązki; ważne, by odnaleźć w tym całym zgiełku odpowiednie proporcje, nie marnować chwil, które mogą być tylko nasze. Nie w sensie, że innych odsuwamy na bok, ale wręcz przeciwnie: dajemy siebie wtedy, kiedy nie musimy. Trudna to sztuczka i na stałe nie do opanowania. Bądźmy wdzięczni, kiedy puszczają nas w drzwiach - mogli nas przecież zdeptać; dziękujmy za przetartą na skrzyżowaniu szybę - mogli ją stłuc; odpowiedzmy uśmiechem na uśmiech w autobusie - mogli przecież żądać od nas biletu. Wczoraj pewnemu panu zajechałem rowerem drogę - mógł mnie zastrzelić, a tylko zbluzgał. Miałem mu nawet powiedzieć, że go kocham, ale "miłość" to trudne słowo...

PS. Tą dróżką codziennie wyruszaliśmy w góry.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-25 12:07:24
ŚWIATŁO ŚWIEĆ!

Jak kraj długi i szeroki wschodzi słońce kończąc okres "wielkiej smuty" zniechęcającej naród do pracy, aktywności psycho-fizycznej (jeśli bowiem jakieś pary miały się ostatnio ku sobie, to chyba raczej z nudów niż z afektu), wyzwalającej stany depresyjne i inne niekontrolowane zachowania. Każdy dzień w pracy rozpoczynały prognozy pogody - pytano ile dni Noe budował Arkę?, gdzie w czasie deszczu siedzą wrony?, kto z kim przestaje i jakim się staje?, dlaczego Lechu Wałęsa już nas nie kocha?, jak uniknąć parowania szyb samochodowych i szkiełek w okularach tak, żeby nasza pani Agnieszka docierała do pracy mniej rozdygotana po sforsowaniu czterech skrzyżowań?, czy człowiek może zacząć gnić przy wilgotności 99%?, czy wypada ściągać kalosze w kościele?, kto gwizdnął kierownikowi kubek?, dlaczego Bajew cały czas jeździ rowerem i afiszuje się tą swoją uśmiechniętą schlapaną błotem gębą?, po co płacić abonament? co tu robić do południa? no i kiedy wreszcie ta podwyżka!? Widok tarczy słonecznej niezmiernie mnie ucieszył. Mam nadzieję, że pogoda wytrzyma tak przynajmniej ze dwa tygodnie, przynajmniej na czas naszego wspólnego z bratem wyjazdu w góry. Zawsze to przecież lepiej wyłożyć się na zjeździe w obliczu sklepienia niebieskiego, niż pod burą pierzyną z chmur. Wówczas śmigłowiec nie będzie miał zbyt dużych problemów, by znaleźć kawałek naszej ręki urwanej gdzieś tam na kosodrzewinie i po śladach krwi dotrzeć do żywego jeszcze siedliska naszej duszy (w tej uszczuplonej i lżejszej o około dwa kilogramy formie). W podobnym przypadku żałowałbym, że nie palę papierosów. Przecież aż się prosi, żeby ktoś wetknął nam wtedy do ust żarzący się pecik i powiedział: - Wytrzymaj jeszcze trochę! Są w drodze! - A my przez oczy zamglone patrzymy prosto w słońce, wciągamy dym, lekki kaszelek porusza ciałem, chcemy coś powiedzieć, najlepiej mądrego, ale skoro całe życie gadaliśmy głupio, skąd nagle teraz miało by być inaczej?, więc mówimy tylko: - Wiesz, że to koniec... Zlikwiduj lokatę w Getinbanku... Dzieciom powiedz, że zanim padłem, trzech jeszcze zdążyłem położyć, i to większych ode mnie... Dobre fajki... Jakie to?... - Gaśnie światło. Brak kamery jest zupełnie nieuzasadniony. Tak. Słońce jest potrzebne. Czyni życie znośniejszym i - przede wszystkim! - nie niszczy łańcucha. Ma z pewnością jeszcze wiele zalet, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Skoro całe życie gadałem głupio... Przerwa na kawę, dosyć!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-19 11:50:46
AZJA, TOUR A SPRAWA SMOKA

Czekałem na mknący po naszej okolicy zawodowy peleton bardzo długo. Kiedy wreszcie nadeszły te dni, pomknąłem mu na spotkanie. Niestety, w środę w Lublinie zawodnicy wyraźnie chcieli złożyć hołd robotnikom (którzy tutaj jako pierwsi w Polsce rozpoczęli strajki, dając początek wydarzeniom roku '80), i postanowili w proteście przeciw organizatorom nie przekraczać linii mety. Chodziło o niebezpieczne i nieprzyjemne warunki na ulicach Lublina. Wypisz wymaluj, jak za komuny! Wtedy również nie było przyjemnie... Na drugi dzień - wczoraj - kolarze startowali z Nałęczowa. Urokliwa mieścinka, pełna stylowych drewnianych willi, z rozległym parkiem uzdrowiskowym, położona wśród sieci wąwozów wijących się na przestrzeni kilkunastu kilometrów. To tu rozgrywa się akcja "Doktora Judyma" Żeromskiego. Po pisarzu pozostał dom i muzeum pamiątek (wątpliwych zresztą). Po doktorze Judymie schedę przejął ZUS, więc nie pozostało nic. Pokręciłem się rowerem po wszystkich uliczkach, było zimno i nie było sensu stać. A i tak, w drodze pomyłki zapewne, zatrzymała mnie znacznie przerośnięta gimnazjalistka zbierająca na koszulce autografy od uczestników Tour'u. Oczywiście, że nie odmówiłem! Tym sposobem przecież na lata pozostałem w gronie zawodowców cyklu Pro Tour - przynajmniej dopokąd koszulka się nie spierze! Przyjrzałem się rowerom poszczególnych ekip, niektórym sprawdziłem ciśnienie w oponach (w normie), ze współczuciem patrzyłem na tankujące samochody drużyn Astany i Cofidisu, bo przecież każde dziecko wie, że paliwo z takiej stacji ledwie obsługuje zapalniczki i piły spalinowe, używane potem do ścinania drzew i zabójstw ze szczególnym okrucieństwem. Finisz w Rzeszowie oglądałem już w telewizji. Tym razem zwycięzcę wyłoniono. Polacy, niestety, znowu kilka sekund w plecy. Dzisiaj pogoda jest jeszcze gorsza, a peleton ma walczyć w górach. Mam nadzieję, że górale staną na wysokości zadania i ugoszczą zawodników darmową kwaśnicą podawaną na przełęczach, oscypkami na zjazdach i bimbrem w dolinie. Następnego dnia wyścig jedzie wprawdzie do Krakowa, ale nie musi się śpieszyć, bo i tak będzie szybciej od pociągu. Zakończenie Tour de Pologne planowano na krakowskim rynku, niestety nie znosi się na jakieś polskie akcenty (bo nawet Lajkonik to Tatar!). Ale poczekajmy - dopóki łańcuch nie urwany, trwa nadzieja! Panowie kolarze, wprawdzie jest kuriozalnie zimno, ale pod Wawelem czeka na was ziejący ogniem smok. Chyba, że Gazprom zrobi wam psikusa. Gruzji już zrobił, a teraz ma się podobno wziąć za wyłączanie wszystkich smoków po kolei. Nasz jest pierwszy! Przynajmniej jedno wyróżnienie...

PS. Nałęczów przygotował się do Tour de Pologne dekorując nawet uzdrowiskowe jeziorko.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-16 21:23:51
ZIMOWA OPOWIEŚĆ

Wyjątkowo czuję się zmuszony do podłączenia pod narzekania pogodowe. Nic bym nie mówił, gdyby deszcz nie zacinał tak wrednie po pysku podczas szybszej jazdy. Można wytrzymać trzy albo cztery dni, można czasem tydzień, ale już zaczynam tracić cierpliwość. Gdyby to była zima! Ale nie jest. Spod opon rzuca glizdami i olejem silnikowym. Po powrocie wyglądam niedobrze, w ustach czuję piasek, okulary całe w robaczym mięsie, w kroku wilgoć znana tylko z horrorów, dłonie trupie i pomarszczone, a w głowie szum i bezosobowe wkurzenie - najgorsza forma złości, bo wina nie może zostać przykładnie ukarana. Siadam - taki nijaki - przed telewizorem, robię plamę na kanapie, zapijam chłód ciepłym soczkiem i oglądam Tour de Pologne. Biedni kolarze! Cierpią jak ja - tyle, że nie za darmo! Marzną, ale jadą bardzo szybko. Pewnie marzą cały czas o hotelu, gdzie czeka na nich full service kolarski. Zauważyłem, że Polacy nie są tak szybcy jak ich zagraniczni koledzy. Może im do hotelu jednak się nie spieszy? Może kilkugwiazdkowe wnętrza nieco ich peszą? Ja też nie lubię, kiedy już w wejściu zabierają mi walizkę. Nie, no dobrze - raz mi tylko zabrali. I to chyba raczej przez pomyłkę. Widocznie czekali na kogoś ważnego, a ja wszedłem tam na dosyć zaawansowanym kacu, więc słusznie poniekąd wnioskowali, że ja to ON. W walizce miałem jakąś zzieleniałą kiełbasę i kable do gitary. Do Polski prawie dwa tysiące kilometrów, przy boku kompani mówiący wyłącznie po rosyjsku, koledzy utknęli w autobusie, nie mogąc odzyskać cech motorycznych, mróz niewiarygodny, a ci obok z kieszeniami wypchanymi przeróżnych pojemności flaszeczkami z rodzimym przysmakiem o mocy paliwa lotniczego. Pojechałem grać tam koncerty, a walczyłem z organizmem o przetrwanie. Zaangażowanie tamtych ludzi w budowę przyjaźni ponad granicami przerosło moje wyobrażenia i - przede wszystkim - możliwości. Otóż to! Może nasi kolarze nie mają po prostu możliwości? Starają się jak ja, ale pewnych dawek nie przeskoczysz...

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-12 18:55:43
DOWÓD REJESTRACYJNY

Chapter I

Moje wizyty w Urzędzie Komunikacji wyglądały mniej więcej zawsze tak samo, tzn. rano zajmowałem kolejkę, potem urzędnicy śniadali (i nieludzko byłoby odmawiać im po kawie wizyty w ubikacji, więc kolejne minuty!), i wtedy, kiedy już wszyscy myśleli, że kolejka wreszcie ruszy pojawiał się nagle "uprzywilejowany klient"; wzbierało we mnie, ale jeszcze nie atakowałem, pociłem się na klacie, co oznaczało, że nie wytrzymam zbyt długo w milczeniu, czas mijał nieubłaganie, a brak pozwolenia na broń trzymał jeszcze tę sytuację pod jako taką kontrolą, chociaż już zastanawiałem się nad jakimś perwersyjnym zabójstwem z użyciem breloczka od kluczy, bo hen! hen! w okienku siedziała piękna blondynka podobna do żony, tak samo trudno dostępna w pewnych okolicznościach; zatem spoglądałem tam bez nadziei na rychły kontakt, zbliżała się czternasta, właściwie bez szans, żebym jej zaraz nie przewiesił przez kolano i nie zlał dowodem rejestracyjnym po gołym tyłku - matko moja!, jakżeż bliski bywałem obłędu, "uprzywilejowany" nosił z dumą i uśmiechem nowe tablice, śmierdział tatarem zjedzonym w garmażerce usytuowanej w suterenie, jeszcze nikt nie umarł, ale zostawało już naprawdę bardzo niewielu, w zasadzie sami inwalidzi i psychopaci; wtedy zdarzało się, przed samym zamknięciem, że okienko wypuszczało do mnie znak, bym podszedł, bym wylał w niepachnący już teraz poranną świeżością kobieco-urzędniczy byt samowładny swoje petenckie żale i zapotrzebowania względem WŁADZY powiatowej, bym tchnął przez okienko ostatnim mentosem, uspokoił się, pogodził z realiami post-socjalistycznej biurokracji, bym podał wymięte dokumenty, dowód osobisty, kartę pojazdu i znaczek... - Jaki znaczek? - pytałem, - O jej!, nie ma pan? Trudno, dziś już pan nie zdąży, ale jutro mamy od siódmej piętnaście, więc...

Chapter II

Tak było kilka lat temu. Zdarzyło się jednak, że z upoważnienia pewnej drogiej mi osoby naraziłem się na podobne przeżycia wczoraj. Na wszelki wypadek wszystkie niebezpieczne przedmioty zostawiłem w domu, zastanawiając się nawet, czy aby rozsądnie postąpiłem nie pozbawiając się sznurówek i gumki w bokserkach. Cały dzień padało, co sprawie nie wróżyło najlepiej. No nic! Wchodzę... Rany! - zamknięte, czy gaz wpuszczają, że nikogo nie ma? Ale patrzę, ta sama blondynka, ciut starsza, ale jakby bardziej przyjazna, monitor lżejszy o jakieś dziesięć kilo, krzyż zdjęty, ale za to flaga unii przypomina o naszych wspólnych wartościach z homoseksualistami, więc jest światowo, ochroniarz z ręką na kaburze, bo przyjechałem rowerem i wszedłem zbryzgany deszczem, z plamą na pośladkach i w mokrych skarpetach, przy okienku pusto, nieśmiało podchodzę, otwieram torbę i nie wyjmuję bomby, co wyraźnie rozczarowuje ochroniarza, ale uspokaja blondynkę, która prosi o dokumenty, dowód osobisty, kartę pojazdu i ... nie chce znaczka! Jasna cholera, nie wytrzymałem! - A znaczek niepotrzebny!? - Nie! - padła krótka odpowiedź. Obsłużyła mnie w trzy, może cztery minuty. Byłem wściekły - znowu miałem ochotę przewiesić ją przez kolano i wychłostać. Tak mnie upokorzyć przy tym uzbrojonym po zęby wielkoludzie... Cztery minuty, i to bez czekania! Przecież nie da się żyć w tym szalonym tempie! Ech, gdzie te kolejki, gdzie ten jeden wspólny wróg, gdzie ta nasza wspólna zbiorowa nienawiść do systemu, jedność, siła i zdecydowanie w walce o ... no, obojętnie o co, bo bez walki to nuda jest... Zaraz tam człowiekowi miłość w głowie, jakieś obowiązki, zobowiązania. A skąd na to wszystko czas wziąć?

PS. Żeby chociaż eurorybę powiesili na ścianie - ale gdzie tam! Jadę na rower. Słabo mi...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-10 10:34:42
TOUR DE POLOGNE NA STEPACH AZJI!

Powoli kończy się już wyścig Vuelta Espana, a ja - stary kolarz! - nawet o nim nie wspomniałem. Zawsze startował tam przynajmniej jeden zawodnik z Polski, tym razem jednak gdzieś się zawieruszył na pomniejszej imprezie. Ostatnio był nim Sylwek Szmyd, szło mu z reguły bardzo dobrze, więc oglądanie wyścigu z jego udziałem stawało się czystą przyjemnością. Mam tylko nadzieję, że nie zawinęła go jakaś lśniąca barowa rurka, i nie zniknął trwale z zawodowego peletonu. Wielu z jego konkurentów przejedzie w tym roku po moim terenie (nie wiem dlaczego chciałem napisać "po moim trupie!"), sprawdzając przyczepność naszych legendarnych asfaltów. Przejechałem fragmentami trasę dwóch etapów tegorocznego Tour de Pologne, w okolicach Lublina i Nałęczowa. Akurat tam nawierzchnie są w porządku, Włosi nie będą płakać i dzwonić do mamy, że trzęsie; Hiszpanie trochę zmarzną, ale zawsze może ich podbudować widok ogromnej ilości rogacizny kibicującej z pastwisk pod napięciem; a na Francuzów czekają przydrożne sklepy wypełnione tanim winem, które mogą spożyć w doborowym towarzystwie miejscowych parafian. Jestem pełen przekonania, że naszych reprezentantów nic z tych rzeczy nie zdoła powstrzymać, przeszkodzić im w dążeniu do zwycięstwa, odebrać chęci do walki, a ich ciąg do mety spotęgują oczekujące na nich prześliczne hostessy, wyszperane przez Czesia Langa w sklepach z obuwiem dla niegrzecznych chłopców, i odzieżą tylko trochę używaną. Trzymam zatem kciuki (to nieprawda, ale dobrze brzmi!) i mocno kibicuję (prawda, choć brzmi już znacznie gorzej!) polskim zawodnikom. Niech im noga podaje i dętka trzyma!!! No i niech im, oczywiście, Bóg błogosławi - bo bez tego strach w Polsce wsiadać na rower!

PS. Na zdjęciu ubiegłoroczna czasówka w Warszawie, na której to mokłem, to mnie prażyło, znowu mokłem, znowu grzało, więc mnie w końcu krew zalała i utknąłem na dłuższy i skuteczny czas, w barze.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-08 18:40:10
RURA

Niestety, sobotni wieczór dobitnie pokazał, że wprawdzie mamy silną reprezentację, liczącą się w Europie, lecz nie chodzi tu bynajmniej o podopiecznych trenera Leo Beenhakkera, a o przedstawicieli tańca w Eurowizji. A więc jednak opłaci się włóczyć po nocnych klubach i tam trenować, w dodatku za własne pieniądze. Szkoda, że piłkarze naszej reprezentacji nie mogą stosować tej rewolucyjnej metody. Słyszałem nawet o ukaraniu kilku z nich za wybór podobnej formy przygotowań do zawodów. Błąd! Widziałem w sobotni wieczór z jakim zaangażowaniem, wręcz poświęceniem, przetaczała się po chłodnej scenie taka nieduża miła pani z Polski – nie bacząc na niszczoną fikuśną sukienkę, na kolanka pozbawione ochraniaczy, na miotającego nią opętańczo partnera, mającego źródło swych dochodów w serialu o tym, jak nabruździć jednym krótkim zdaniem na czterdzieści dwa odcinki, i to bez konieczności wyjazdu z Warszawy! I tej energii – takiej energii właśnie! - potrzeba naszym sportowcom. Niechby i podstawowym przyrządem mającym wspomagać budowę ich formy była nawet choćby rura w nocnym lokalu. Skoro pomaga tancerzom, czemu miałaby zaszkodzić, np. piłkarzom? Bolt, najszybszy człowiek świata, pochodzi z Jamajki. Tam w rytmach reggae pląsają niemal wszyscy. I proszę – są wyniki! Nie chciałbym może przesadzać, ale coś w tym jest. Oczywiście, że mam i pewne wątpliwości. Dotyczą między innymi kolarzy... Ja, np. nigdy nie miałem bezpośredniej styczności z orurowanym barem, a jedyną rurką jaką przyszło mi w swoim życiu wielokrotnie mocno ściskać jest... spokojnie!, nie wypalę z niczym głupim! - otóż jest to rurka podsiodłowa mojego roweru. Niemniej nie wyobrażam sobie, bym miał się wokół niej orgiastycznie zawijać, przyduszając dodatkowo szalikiem z rowerowej dętki. Trochę nie w moim stylu i guście. Chociaż tak szczerze, to nie wiem, czy za zwycięstwo w Tour de France nie byłbym skłonny, tak od czasu do czasu, delikatnie się ześwinić. Mam nadzieję, że nie! Zresztą, o czym mowa? Jedyne zwycięstwo grożące mi ostatnio, to uniknięcie zakupu komody. Proszę, tłumaczę, że nie pasuje, że za ciasno... Nic nie dociera! Kurczę, chyba naprawdę się wkurzę i jeśli już się zgodzę, to pod jednym warunkiem: komoda tak, ale tylko w komplecie z rurą!

PS.
Bo jednak sport, proszę Państwa, to zdrowie!:))

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-06 17:24:39
WRZESIEŃ W AZJI

Przez cztery dni byłem pozbawiony łącza internetowego. Burza uszkodziła serwer, moją kartę sieciową i coś tam jeszcze. I co? I stwierdzam, że da się bez tego żyć! Niby wiedziałem, ale zawsze jakaś obawa w człowieku siedzi. A tymczasem zakończyłem malowanie pokoju. Zostałem nawet pochwalony. Wprawdzie nie za efekt, tylko za wytrwałość - ale to zawsze coś! Początek roku szkolnego naniósł ze sobą do domu nieco dziecięcych stresów. Padały fundamentalne pytania: z kim w ławce?, kto w tym sezonie robi za ofiarę?, ile zniesie pan od geografii?, po co tej matmy cholernej tyle?, ciekawe, czy ojciec podniesie kieszonkowe?, kiedy wakacje? Życie w rodzinie to prawdziwy poligon, żadnych ślepaków, strzelamy z ostrej amunicji. Kilka szkolnych tekstów próbowało mnie zestrzelić z malarskiego stołka, ale dzielnie osłaniałem się wałkiem. Moje prace wykończeniowe jednak się zakończyły, więc teraz już nie wywinę się od kilku równie fundamentalnych odpowiedzi pod adresem dzieci. Wprawdzie jeszcze małżonka chce zakupić małą komódkę i nowy stoliczek RTV, ale to już raczej nie wyprowadzi mnie z równowagi. W takich przypadkach zawsze sobie przypominam - "Przemuś, dusza! Resztę przekaż! I trzymaj się pionu, durniu!". Wtedy wiem, żeby zwolnić. Nie bełkotać (jak powyżej!).

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-09-01 15:57:35
MYŚLI SPOD WAŁKA

Całą sobotę spędziłem na malarskim wałku, zbryzgany farbą niemal tak szczelnie jak powierzchnie, które usiłowałem pomalować. Z tą dyscypliną jestem równie dobrze zaprzyjaźniony co z urządzeniami w kuchni. Nie ma między nami porozumienia, nie iskrzy, nie zaskakuje, nie trybi. Żeby jakoś jednak wesprzeć swój amatorski zapał ku malowaniu, kupiłem farbę "wiodącego na rynku producenta", o nazwie "Gorące lato". Istotnie, już przy kasie zrobiło mi się po raz pierwszy gorąco; potem przy małżonce, której zawile łuszczyłem ideę zakupu takiego a nie innego produktu; no i potem wisząc na drążku połączonym z wałkiem, z wywalonym jęzorem i bólem kręgosłupa. Zdecydowanie należy uznać, że jestem zagrożony ze strony japońskich robotów przyszłości. Mam w sobie tyle samo finezji remontowca, zdecydowania i sprytu, co Godzilla wędrująca pieszo przez wyludnione ulice Kioto. Mam jednak więcej poczucia misji - i to mnie właśnie gna, by utrzymać przestrzeń mieszkalną w należytym stanie technicznym. Ze smutkiem muszę tutaj zauważyć, że zakres mojej misji został przez lata - niestety - zubożony o dość pokaźną liczbę elementów składowych. Dawno minęły bowiem czasy, kiedy np. z pomocą gitary chciałem naprawiać świat i wprowadzać ład moralny na szczyty list przebojów. Wydaje się, że bliższy realizacji tego marzenia był Michael Jackson (zanim jednak spadł z huśtawki w swoim Neverland'zie, wprost w objęcia przypadkowych dzieci). Okazało się, że cały czas brnąłem pod prąd, bo słowo "miłość" miało inne znaczenie niż przypuszczałem. Zamiast więc trzymać w ręku gitarę, ściskam teraz plastikowy kij od szczotki, będący przedłużeniem mego malarskiego ramienia. Na siłę nie czynię już świata lepszym - za to piękniejszym będzie nasz pokoik, którego ściany i sufity niejednokrotnie były niemymi świadkami daleko bardziej strzelistych aktów niż cała historia rock'n'roll'a! Warto więc podjąć ten farbiarski mozół...;) Oj, warto!!!:)))

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-28 14:29:14
ECHO-TYNK

Nietoperz odfrunął. Zniknął tak samo nagle, jak był wcześniej się pojawił. Cieszę się! Z innych spraw bieżących, to odpadł mi kawałek tynku z sufitu w dużym pokoju. Chciałem przed malowaniem (tak,tak - czeka mnie parę wrednych dni!) zakleić takie drobne pęknięcie, chodziło o wprost kosmetyczny zabieg. Wystarczyło lekko przytrzeć to miejsce. Ale nie! Inżynier Echo postanowił być bardziej szczegółowy i solidniejszy od zawodowych tynkarzy - opukał szczelinkę, opukał, a po ostatnim puknięciu, trrrach! - i stało się! Płat tynku, przypominający były Związek Radziecki, spadł mi na oczy, pękając gdzieś na linii rzeki Don. Ubyło sufitu jakieś 15 - 20 centymetrów kwadratowych. Byłem kompletnie zaskoczony. Stałem tak jeszcze chwilę na stołku, posągowy i bezradny, pył z Ukrainy szczypał w oczy - czułem się trochę jak wioskowy głupek (ale też może trochę jak Gorbaczow?). Po raz kolejny życie uczyło mnie pokory. Zawsze trzeba być czujnym - nawet przy takich, zdawałoby się, błahostkach! Gdyby żona była świadkiem tej niefortunnej przygody, zwolniłaby mnie w trybie natychmiastowym. A co ja bym się osłuchał! Np., że mąż Jadzi W. to fachowiec, złota rączka, wszystko sam zrobi - nawet w kuchni! Ale że mąż Jadzi W. nie ma wyjścia, bo mieszkają razem z mamusią (jej :)) - tego już nie powie. Przepraszam, nie powinienem w ten podły sposób deprecjonować - z pewnością zacnych przymiotów - człowieka, jakim z pewnością jest małżonek Jadzi. Facet jest twardy! Kiedyś go nawet spotkałem niosącego worek, po brzegi wypełniony główkami kapusty. Szedł tak, zgarbiony i chwiejny, kilkaset metrów. Mnie by szlag trafił już po pięćdziesięciu, albo nawet i wcześniej, choćby nawet z powodu samego zaistnienia pomysłu, żeby kisić kapustę w domu - i to pod auspicjami teściowej (dodam, że moja jest silnie w porządku :))! Wiem, znowu się przyczepiłem, mimo wcześniejszych przeprosin. Po prostu jestem wkurzony! Musiałem przecież zająć się mnóstwem czynności, których nie planowałem: pójść do sklepu, kupić szpachlę, pokleić dziurę, którą spowodowałem swoją zwykłą niefrasobliwością. Ja, taki stary lis, dałem się zaskoczyć, wpadając na minę zastawioną dwadzieścia lat temu przez budowniczych mojego bloku! Dalej nie mam już ochoty wchodzić w szczegóły - a i z czasem nie najlepiej. Powiem tylko, że sobie jakoś poradziłem z dekonstrukcją naszego sufitu. Kosztowało mnie to jednak tyle zdrowia psychicznego, że maraton do Poznania to mały pikuś! Małżonce musiałem wcisnąć kit tak nieprawdopodobny, że sam się czerwienię aż do tej pory! (Coś - na szczęście! - ostatnio nie czytuje moich blogowych zmagań). Matko!, na co mnie stać w obliczu klęski - wprost nie do uwierzenia! Trzeba mi gdzieś do lasu, na kolana w mrowisko! Kończę. Bez dalszych wniosków. Idę, idę w las!!!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-26 10:30:29
ZEMSTA NIETOPERZA

Na naszym parapecie za oknem, przedwczoraj, w godzinach wieczornych usadowił się mały nietoperz. Nie znam się na tym gatunku zbyt dokładnie, ale z wyglądu przypomina mysz; a że mieszkamy dosyć wysoko... nie, no umówmy się! - mysz wdrapała by się po ścianie? To musi być nietoperz! Przyglądałem mu się nieco, ponieważ dzieci chciały, żebym rozstrzygnął zakład: "żyje, czy nie?". Przedwczoraj żył, ale niestety dzisiaj mam już pewne drobne wątpliwości. Szturchnąłem go słomką, chuchnąłem - a on nic! Pierwszego dnia, po takim samym badaniu, zaczął strasznie na mnie krzyczeć, rozdziawiał ogromną paszczę, szczerzył białe zębiska i wystraszył moje dziewczynki. Wprawdzie jest niewiele większy od winniczka, ale ja już trochę ślepy jestem, więc i na mnie wywarł spore wrażenie. Także i dzisiaj spodziewałem się z jego strony podobnie agresywnej postawy. Nic podobnego! Może zatem popadł w hibernację? Ale w sierpniu!? Rzeczywiście, pory roku coś ostatnio trochę się pochrzaniły. Ale aż taka pomyłka? Może on po prostu jest zwyczajnie zmęczony? Przyznam, że kiedy i mi się czasem zdarzy poszaleć w nocy, ja również wegetuję w dzień. Dzieci chcą mnie z nim wysłać do weterynarza. Już kiedyś tam byłem, z gawronem, który wpadł do rynny. Wpadł, albo go wepchnęli. Mniejsza z tym. Pan konował powiedział: - Panie, weź go pan tam gdzieś jakoś, po cichu... To bez sensu jest... - Nie wiem co w tamtym przypadku było bez sensu. Wziąłem z powrotem tego nieszczęsnego gawrona i zostaliśmy przyjaciółmi na prawie dwa lata. Miał sprawne tylko jedno skrzydło i jedno oko. Za to skakał wysoko jak piłka! Mieszkał pod stołem, przykryty jakimiś płachtami, a pod nieobecność domowników zawsze sobie umiał znaleźć małą szparę, by się wydostać. Wówczas jego ulubionym zajęciem stawało się wydziobywanie ziemi z doniczek. Z tego powodu przeżył kilka wyroków śmierci wydanych przez moją mamę (to było jej mieszkanie, więc i jej jurysdykcja!). Padł jednak w końcu w sposób naturalny. Tęskniliśmy za nim wszyscy. A teraz mamy na parapecie (tym razem w mojej jurysdykcji) tego wampirzego brzdąca. Nie je, nie porusza się. Zrobiłem mu osłonę przeciwsłoneczną. Miałem nawet zawiadomić jakąś bojówkę o prawa zwierząt, ale bałem się, że przy okazji wyjdzie na jaw, że nie zmieniam codziennie wody naszym żółwiom. Jak powiedziałem wcześniej, nie znam się na nietoperzach. Nie mam najbledszego pojęcia, co z nim zrobić. Nie jest ani spożywczy, ani hodowlany, na bibelocik się nie nadaje, dzieci lekko się przy nim trwożą... Na koniec wakacji taki zgryz! Puściłem mu przez okno Boba Marley'a "Get up, stand up - stand up, for your right!" - nawet nie drgnął! Teraz to już chyba tylko trash-metal lub Doda. Ale z kolei czy ja to wytrzymam? Że też, kurczę, nie miał gdzie wylądować, mniejszościowiec jeden!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-22 17:05:37
DYLEMATY OJCA NA DRZEWIE

Wczoraj moje córeczki poprosiły... nie, nie - to przecież kobiety! - one "wymusiły" na mnie (tak pokrętnie, żebym oczywiście myślał, że to ja poprosiłem) wspólną przejażdżkę. Niby nic nadzwyczajnego, ale zapragnęły - ni mniej, ni więcej - treningu. Takiego prawdziwego; jak tatuś! Musiałem się więc przebrać w kolarskie łaszki i wyjść z nimi na plac. Tam, w stroju wyścigowym, przez czterdzieści minut paliłem głupa, jeżdżąc na rowerze za moją "najmłodszą", wokół piaskownicy, śledząc powolne ruchy jej trójśladowego pojazdu. Druga córeczka po którymś tam z kolei okrążeniu odmówiła jazdy za mną, utyskując na moje techniczne braki. Rzeczywiście, trzepało mną na boki; ale to ze względu na tempo, bardziej zbliżone raczej do "stójki" niż do jazdy! Matki innych bawiących się w piachu dzieci - przyglądające się temu objazdowemu cyrkowi - choć raz miały powód, by o nic nie obwiniać swoich "zabarowanych" o tej porze mężów. Moje notowania na placu - dotąd i tak nie najwyższe, bo włażę czasem z dziećmi na drabinki i drzewa - osiągnęły chyba wskaźnik "minimum". W sumie nie za bardzo zależy mi na opinii tych pań, niemniej nie chciałbym jakoś pośrednio zaszkodzić swoim dzieciom. One wprawdzie wyglądają na szczęśliwe, ale przecież - jak to dzieci! - mogą się mylić w swoich odczuciach. Przy ojcu, który wybrane problemy pedagogiczne rozwiązuje na bieżąco, przemawiając bezpośrednio z drzewa lub z krzaków za huśtawką - mogły się, wraz z nim, nieco skrzywić. Jakoś dotąd nie zwracałem specjalnej uwagi, że nikt oprócz mnie nie bawi się z dziećmi w krzakach. Ale matki nie bawią się w ogóle. Stoją, albo siedzą, wydają polecenia, zakazy, drobne uwagi (czasem tylko słuszne), opowiadają o przetworach, kłamią o sukienkach w które się nie mieszczą (że niby materiał się skurczył!), mówią o wizytach u przeróżnych profesji fachowców, o komarach, promocjach, trochę o dzieciach, które - matko boska! - gdzieś się nagle przed chwileczką zawieruszyły i trzeba natychmiast rozpocząć poszukiwania, wziąć łopatkę i sitko, przekopać całą piaskownicę, może jeszcze zapytać tego czubka na drzewie, czy może czegoś nie widział... A on widział. Wszystko widzi! A dzieci w krzakach pozamieniały się czapkami i innymi elementami garderoby. Zrobiły sobie bazę ze styropianu, oraz imitację kabiny toi-toi z dwulitrowej butelki po Coca-Coli i pobierają jakieś drobne opłaty. Osiedlowe mamy, nie patrzcież tak na mnie, bo ja nie mam z tym nic wspólnego! Jest wolny rynek - również wychowawczy! Moje dzieci są ze mną. Na gałęzi odpoczywają po treningu...

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-19 23:30:38
KOMU CHWAŁA?

Zbyt pochopnie wczoraj odniosłem się do woli walki naszych reprezentantów. Przepraszam! Olimpiada w osaczonym Pekinie trwa dalej, a oni walczą i zdobywają medale i tytuły! Ileż sport niesie pozytywnych emocji, tematów do rozmów między nami, w domach, na ulicy, w pracy. Źle się dzieje, że świat nie poradził sobie z własną szczerością, i postanowił bić się o olimpijskie laury właśnie tam, w Beijing. Sprowadzenie idei olimpijskiej do roli listka figowego, musi boleć! Dlatego szkoda mi naszych radosnych medalowych chwil, bo w niezawiniony sposób na zawsze pozostaną czymś skażone. Nie z winy sportowców - ale, kto wie? Dlaczego tak trudno nam uwierzyć w powszechne zaistnienie prawdy. Nawet na jeden dzień, w jednym temacie; mówimy wszyscy, jednym głosem, np., że nie bawimy się w klocki z chłopcami, którzy biją dziewczynki. Czy chodzi o cenę, jaką jesteśmy w stanie zapłacić? Czy jeśli nasze marzenia legną w gruzach, z powodu opowiedzenia się po stronie dobra - to jest to cena za wysoka? Przecież jeżeli ustalimy cenę, np.wolności, choćby jednego człowieka, to ustalamy ją dla siebie! Dla lubiących statystyki dodam, że Europejczycy stanowią ledwie 11% populacji świata, Azjaci aż 60%. Jeśli więc pokłonimy się ich spojrzeniu na rolę społeczeństwa, przytakniemy ich podejściu do wszelkich wartości, nie przekażemy im jasnego sygnału, że CZŁOWIEK nie jest piłeczką ping-pongową - dajemy wyraźny znak, przyzwolenie, na degenerację całego świata. Czy nas stać na niemówienie prawdy w obliczu ofensywy obłudy? Mi nie chodzi o polityków! - ten gatunek jest zagrożeniem tożsamym z rakiem. Ale my - gdzie stawiamy pierwszą tamę kłamstwu? Referendum? Wybory? Uwierzmy, że bitwa o prawdę rozgrywa się w nas, codziennie, w naszych osobistych wyborach, z pozoru nie mających znaczenia. To tu możemy wygrywać i przegrywać. Możemy zdobyć złoto na Olimpiadzie. Ale możemy też w ciszy swojego sumienia zwyciężyć nad złem; odmówić udziału w splendorach! Które z tych zwycięstw jest większe? Zapytajmy czasem siebie...

PS. Nie oskarżam i nie oceniam. Gdybym dostał propozycję startu na Igrzyskach, głowił bym się tak, jak wyżej:) Ale pytam. I wy pytajcie!

PS. Dzisiaj pojeździłem nieco po moich górkach. Chciałem się wyciszyć, coś napisać. A tu masz babo placek!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-18 23:00:42
WOKÓŁ OLIMPIADY

Zaraz po powrocie z niezapomnianej eskapady rowerowej do Poznania, zakończyłem swój - lekko przerywany - urlop. W palcach dłoni do dnia dzisiejszego odczuwam jakieś delikatne mrowienie. Może to i nie jest powód, by zaraz myśleć o śmierci - nie mniej troszkę mnie to niepokoi. W Pekinie "nasi" mają o wiele większe problemy. Nie dość, że za darmo nie chcą im przyznać medali, to jeszcze Chińczycy cenzurują internet! Koniec z filmikami na YouTubie, koniec z blogami na "Merkurym", koniec z dostępem do porad Lwa Starowicza, który zawsze jest w temacie - bez względu na szerokość geograficzną i kolor skóry! Wyobrażam sobie tę gehennę w wiosce olimpijskiej, odciętej od świata oddziałami policji i przejściami dla pieszych gadającymi po chińsku. Jak w takich warunkach skupić się na walce o medale!? Niektórzy chyba sobie jednak radzą. Np. dzisiaj: Polacy - ku mojej przeogromnej radości! - ograli Rosjan w siatkówkę. Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to gest daleko bardziej wrogi, niż budowa tarczy antyrakietowej i obchody kolejnej rocznicy zwycięstwa nad bolszewicką nawałą, razem wzięte! Coś się ostatnio Moskalom za bardzo nie wiedzie. A myślę, że po tym meczu, sprawa wycofania się ich wojsk z Gruzji, pozostaje już chyba tylko kwestią czasu. Podczas licytacji w pracy, na temat: "kto miał bardziej udany urlop", zostałem zdyskwalifikowany do kategorii "wypoczynek maniaka". To za ten przejazd w końcówce ponad 400 kilometrów. W piątek byliśmy na wspólnym pożegnaniu sezonu urlopowego. Na usuwanie skutków owegoż spotkania zmarnowałem całą sobotę. Po czymś takim odczuwa się pustkę... w głowie, wokół głowy i w kieszeni... podobno są jakieś zdjęcia... rany!, chyba się zapadnę pod ziemię...

PS. Jutro pojadę wyciszyć się, w te górki ze zdjęcia. Ten piękny krajobraz leży 2000 metrów od mojego domu. Ładnie?

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-13 22:32:04
W DOBRYCH ZAWODACH WYSTARTOWAŁEM, BIEG UKOŃCZYŁEM...

Ponieważ po moim ostatnim wysiłku powoli wraca mi już czucie w sześciu z dziesięciu palców obu dłoni i jestem w stanie w miarę sprawnie obsługiwać klawiaturę, czuję niekłamaną potrzebę pouczestniczyć w lekkim zamieszaniu jakie w niezamierzony sposób wywołałem w pewnych kręgach rajdem Wschód - Zachód. Nie chciałbym rozpoczynać od opisu swych rozlicznych dolegliwości trapiących mnie podczas jazdy, jak i po niej. Chociaż strasznie mnie korci wspomnieć, że zsiadając z roweru pod tablicą POZNAŃ (do której dotarłem drogą ucieczki przed blokadą zgotowaną mi przez własnych braci w Środzie Wlkp., chcących zdjąć mnie z trasy, bo ponoć bredziłem przez telefon!) nosiłem znamiona amoku, byłem bez sił, bez kropli w bidonach, bez biletu do kina, bez czucia w dłoniach i okolicach woreczka mosznowego (i ja nie lubię medycznej terminologii, ale TAM właśnie całościowo "zanikłem" - więc co miałem wpisać?).Bardzo mnie uradowało i zaskoczyło (ale i nieco zawstydziło!) tak pełne entuzjazmu i radości przyjęcie mnie przez kilkoro z Was na brukach wielkopolskiej ziemi. Dowodem wpisy k.to i Ażuczka, których nawet nie próbuję publicznie komentować, ze względu na psychologiczną niemożność z mojej strony. Z tymi autorami mam już zresztą teraz bezpośredni kontakt, więc za jego pomocą odtąd daleko bardziej będziemy się wzajemnie poniewierać! Muszę jeszcze wspomnieć (pośród chaosu, jaki dziś prezentuję skutkiem oczekiwania na pojedynek Wisłą - Barcelona) o przemiłych minutach spędzonych w przemiłym towarzystwie Elkimorelki na jej tarasie, przy jej kawie, i jej torciku, o niezwykłych chwilach spotkania oko w oko z Kasią i Adamem - wytworzyliśmy wspólnie ten rodzaj napięcia, które towarzyszy tylko ludziom pełnym ufności w istnienie bezwarunkowej przyjaźni i dobroci, nieoczekującym niczego w zamian za siebie ofiarowanego "w całości". Tak - kto strzela z procy, rozbije najwyżej komuś okno. Ale kto strzela z serca, dostaje dobrocią po oczach. To się opłaci! Przemieliłem nogami ok. 450 km. Przez te dwadzieścia trzy godziny niemal ciągłej jazdy widziałem różne sytuacje, goniły mnie psy radomskie, pod-łódzkie, wielkopolskie, krajowe i zagraniczne ciężarówki, zaobserwowałem (wychodzące chyba z przyjęcia panieńskiego) rozdokazywane dziewczynki w mini-mini spódniczkach i z różowymi uszami króliczków wczepionymi we włosy, a na jednym z postojów pewna wzruszona pani chciała mi ofiarować kaszankę. Wydarzenia to różne, bez znaczenia w zasadzie - ale które są zwykłe, a które nie? Albo tak: które powinny być zwykłe, a które nie? Ile razy dziennie mamy wybór: wyjąć procę, czy może raczej huknąć z osierdzia, wsierdzia (czy gdzie tam to ustrojstwo jest jeszcze pomontowane)? Moja zuchwała wycieczka miała więc o tyle sens, o ile dostarczyła komuś pozytywnych emocji i wrażeń. Bo nawet jeśli czasem trudno jest dawać, tak samo trudno bywa coś przyjąć. Bo wówczas trzeba umieć się otworzyć i zaufać, a tej sztuki ogromnie trudno się nauczyć. Przede wszystkim trzeba jeszcze tego chcieć! Ja cierpliwie terminuję. Dziadek czasem mówi, że i tak jestem pierdoła. Może i ma rację, zważywszy, że po 0,7 l. bimbexu na buzię, jestem nieprzydatny, całkowicie zdysfunkcjonowany społecznie i pozbawiony sensu. On właśnie wtedy zaczyna się wreszcie otwierać i rozkręcać, podczas gdy ja odwrotnie. Nieharmonizujemy. Potem dzwoni, mówi: - Przemek, coś tam zacząłeś gadać... Coś chciałeś? - Mówię Wam, on ma strasznie mocne serce! Albo mu w końcu przywalę z procy, albo znajdę wreszcie misjonarza, który po literku jeszcze niczym nie zagryza. Dziękuję Wam, zacni Wielkopolanie! Wrócę!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-08 11:43:21
FINAL COUNTDOWN...

Wyjeżdżam za kilkanaście godzin. Będę teraz sobie leżał, aż do wyczerpania pokładów cierpliwości małżonki. Moje kolarskie przedsięwzięcie uważa za pozbawione sensu i próbuje różnych sposobów aby mnie odwieść od tego zamiaru. Na obiad zaproponowała np. fasolkę. Od rana w telewizorze producenci pogody z TVN Meteo pragną jej pomóc pokazując ociekającą deszczem Wielkopolskę. - Widzisz? - pyta. - Widzę! - grzecznie odpowiadam. - I co? - pyta. - I nic! - grzecznie odpowiadam. - Dlaczego burczysz? - pyta. - Nie burczę! - grzecznie odpowiadam. - No przecież tam pada, nie widzisz!? - W tym momencie już zrobiłem się niegrzeczny. Przecież i tak pojadę! Kurczę, chyba jednak nie poleżę. Trzeba gdzieś wyjść z dziećmi, bo mnie małżeńska troska zabije! Albo może pójdę do piwnicy i z całej siły wbiję sobie ze trzy gwoździe - jeden w ścianę i dwa w deskę. Muszę się koniecznie zrelaksować. O, albo nadmucham sobie ponton! Mam taki dwukomorowy. Trochę się zejdzie. Dobrze, koniec! Idę stąd, bo mi zaraz postawi ten telewizor na głowie, albo gadaniem zawiesi komputer!

PS. Jadę na "góralu" Merida, w żółtej koszulce, w czerwonej bluzie od deszczu, czarnych spodenkach, czarnych butach, czarnych rękawiczkach i w czerwono-srebrnym kasku. Zabieram ze sobą tylko dwa bidony i dętkę. Żadnych dodatkowych obciążeń! I jeszcze intencja: o pokój ducha mojego kochanego brata Sławomira!

PS.2. Jak się zmienia zdjęcie na blogu?:)

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-08-06 20:30:28
MORZE MOŻE BYĆ, ALE...

Powróciłem z Pomorza. Najbardziej w pamięci utkwiły mi emocje związane z unikaniem czołowych zderzeń na krajowej "siódemce" podczas podróży w obie strony. Plaża nie zmienia się od lat, więc nie za bardzo jest o czym wspominać. Wzory kostiumów przecież już dawno zabrnęły w ślepy zaułek, tzn. bardziej ich nie ma niż są. Z nowości na wyróżnienie zasługują quady, którymi brzuchaci jegomoście dowożą wszelakie frukta i napoje swoim urodziwym pannicom w kapeluszach, zwiewnych szalach, ukrytym pod reklamowymi parasolami. I niechby ten ich zmotoryzowany popęd płciowy miał swoje miejsce w wakacyjnym szaleństwie, gdyby trasy przejazdu niemiło warczących maszyn wyznaczali sobie w niejakim oddaleniu od tyczek parawanów, za którymi mniej zasobni frajerzy próbowali się opalać w towarzystwie skromniejszych konstrukcyjnie małżonek. Nie żebym się żalił, w końcu przecież z własnej woli pojechałem z rodziną na pierwszą linię frontu walki "chamówy" z przyzwoitością. Przykro mi po prostu, że niektórzy ludzie potrafią się aż tak niezauważać. Może dlatego, że czytania podczas niedzielnej Mszy były po kaszubsku i nic do nich nie dotarło? Może to jednak oni nie dotarli? Nie wiem. W każdym razie żaden quad nie jeździł po prezbiterium. A jeśli już jestem w temacie religii, to muszę się przyznać do potwornego grzechu: Nie opaliłem się!!! Nie wiem jak przyjmie ten fakt "środowisko", koledzy i koleżanki w pracy, sąsiedzi, itd. Pewnie znowu jedynie Jasio (biureczko obok) wykaże zrozumienie. Dla tego człowieka każdy urlop kończy się jakąś mniejszą lub większą klęską. Jeśli będziecie Państwo oglądać w wiadomościach kolejną wycieczkę wracającą z zagranicznych wojaży bez bagaży, wygłodniałych, wściekłych, to niemal pewne jest, że Jasiek gdzieś tam się kręci w tle. On z urlopów nad morzem pamięta głównie sztormy, z gór sierpniowe lawiny, z Hiszpanii awaryjne lądowanie gdzieś na wojskowym lotnisku, a ze Szwecji tonący w porcie na raty prom którym miał wracać. Człowiek legenda. Tak, on mnie usprawiedliwi. Spyta tylko czy grzały kaloryfery i się zdziwi, że nie pękły. Pytam więc teraz, czy my mamy prawo narzekać, kiedy quad zmiażdży nam jagodziankę? Nie! Życie jest zbyt piękne, cenne i krótkie, by trawić je na walkę o satysfakcję osiągniętą w drodze zestrzelenia procą natrętnego kierowcy z czterokołowego motorku.

PS. W sobotę wieczorem zamierzam wreszcie dotrzeć do pięknego Poznania. Jeśli po drodze nie utłucze mnie quad lub TIR, wieczorem spotkamy się na rynku. Będę trochę śmierdział po kilkunastu godzinach jazdy rowerem, ale dzięki temu łatwo mnie będzie znaleźć. Zapraszam cały Poznań! Nie bierzcie szachów, będę kompletnie bez formy! Alk może być, regionalne stroje również. A właśnie, jak on wygląda - mundurek z pyrki? Bo nasz to słoma w butach i fryzura "na Palikota". Do zobaczenia!

  Komentarze (5)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-29 14:25:26
JAK PRZEŻYĆ MORSKĄ PRZYGODĘ...

Po krótkiej przerwie w wypoczynku, spowodowanej obowiązkami pracowniczymi, kontynuuję wakacje. Tym razem coś dla dzieci, czyli morze. Jako wzrokowiec nie męczę się specjalnie na plaży, tym bardziej, że w razie czego jest pod ręką mnóstwo zimnej wody, a wystarczy przecież ledwie szklanka (czasem i wiadro nie pomoże, ale trzeba wierzyć!)... Można też pograć w piłkę, ulepić babę (z piachu!), spróbować przejść pomiędzy parawanami nie następując nikomu na nogę lub odsłoniętą pół-przypadkowo pierś dziewiczą (lub nieprzypadkowo emerycką), psu na ogon, można spróbować nie wpaść pod pędzący skuter wodny podczas desperackiej kąpieli, można kupić jagodziankę za pięć złotych i buteleczkę wody za siedem, można udawać, że się nie widzi tego wszystkiego wokół... ale czy można np. w Zakopanem nie dostrzec Giewontu? Myślę właśnie teraz nad sposobem zabrania dwóch rowerów (drugi dla synka, żeby zabezpieczał tatę przed nieodpowiedzialnym zatrzymywaniem się na ulicach w celach kontemplacyjno-obserwacyjnych). Nie chcę zakładać bagażnika na dach. Zawsze całościowo upycham się do wnętrza. Smar z łańcucha brudzi walizki i torby, powstaje więc zalążek nieporozumień, wybuchający najczęściej dopiero w plażowym upale. Nabieram wówczas podejrzeń, że jod może i ma zbawienny wpływ na tarczycę, ale na relacje małżeńskie, to już niekoniecznie. Jestem jednak na tyle doświadczonym małżonkiem, że radzę sobie znakomicie. Robię np. żonce beznadziejne zdjęcie. Kiedy po groźbach i prośbach (ulegam raczej tym pierwszym, bo ona naprawdę potrafi ostro zagrać...!) wreszcie je usuwam, jest mi wdzięczna. Ogólnie rzecz ujmując takie wczasy są do wytrzymania; mimo kretyńskich cen, kolonijnego hałasu, zbłąkanych piłek, piesków siusiających do fosy mojego zamku, pań z nadmiarem ekspresji i panów w przyciasnych gaciach. Są do wytrzymania - jednakże pod warunkiem, że w głowie kłębi się świadomość nadejścia wieczoru. A wtedy... rowerek, rowereczek!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-27 21:17:09
GÓRSKIE ECHO

Właśnie wróciłem z gór. Mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych wyprawę zaliczam do bardzo udanych. Nie uszkodziłem żadnej z istotnych części ciała, nie popsułem roweru, nie utonąłem w rosnącym z godziny na godzinę Popradzie, nie kupiłem słowackiego absyntu będąc w trasie po tamtej stronie granicy. Zyskałem za to nowe przyjaźnie, zobaczyłem w naturze salamandrę (myślałem, że jest jednak trochę bardziej podobna do butów), zaznałem emocji podjazdowych jak i zjazdowych, byłem u bacującego bacy, który właśnie międolił w niezbyt perfekcyjnie czystych góralskich łapach oscypka, heej!, w Pieninach kontemplowałem janosikowe plenery (niestety, bez Maryny w tle), dziękczyniłem po znakomitych obiadach przyrządzanych przez Sławcia (ludzie, to mistrz patelni, a jego polędwica w grzybkach smakuje wprost perwersją!), zabłądziłem i dzięki temu manewrowi zdobyłem Przełęcz Knurowską z obu stron, a potem śladami Papieża wkręciłem się na szczyt Lubania, gdzie zwalił się deszcz i nie dostrzegłem niczego, co mógłby stamtąd zobaczyć nasz Ojciec Święty, zirytowałem się więc i po krótkiej modlitwie równie krótko i żarliwie bluźniłem. Kiedy zjeżdżałem z Lubania plecak zsuwał mi się na głowę, by w końcu popchnąć kask w ten przykry sposób, że spadły mi okulary i przez chwilę jechałem widząc tylko przednie koło podskakujące i bryzgające błotem, drobnymi kamieniami oraz drobnym leśnym ścierwem. Gdyby w tym momencie pojawił się jakiś zakręt, większy uskok terenu, czy spotkane parę minut wcześniej siostry zakonne... Ale Pan, nawet jeśli czasem zabiera okulary, to daje jednak życie. Udało się wyhamować. Poprawiłem plecak i ruszyłem dalej. Po dwóch godzinach spotkałem się z moim kochanym braciszkiem, jadącym mi na spotkanie od strony Piwnicznej. Wieczorem dowiedział się ode mnie, że Gorzką Żołądkową produkuje Palikot. Był bardzo zainteresowany. Sprawdziliśmy więc razem - i rzeczywiście! Był nawet pomysł, żeby sprawdzać codziennie, ale po drugim razie już nie daliśmy rady. Za to na szlakach wykazaliśmy się obaj godnymi podziwu umiejętnościami. Nasze współtowarzyszki, niewychodząc z takiegoż podziwu, częstowały nas ciasteczkami BB, przeplatając smaki czekoladkami o smaku malagi. No, po prostu pięknie!

PS. Na zdjęciu widok z okienka bazy nr 1.

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-19 14:28:33
VIVA LA TOUR, KRZYWA WAGA I GRZYBOWA Z TOREBKI!

W Tour de France po raz kolejny najmocniejszym zawodnikiem okazał się niejaki pan Koks. Niezwykle dynamiczny na górskich przełęczach, mocny w gębie, hostessy narzekają, że po etapie wcale nie jest zmęczony... Często zmienia koszulki i sponsorów, nawet podczas jednego wyścigu. Człowiek o stu twarzach. Właśnie - CZŁOWIEK! Nie kolarz, lekkoatleta, rugbista, czy bokser, tylko zwykły, codzienny człowieczek z bagażem swoich mitów i kompleksów, ze sposobem na życie, którego pierwszym punktem jest relatywizm moralny, drugim sukces za wszelką cenę, a trzecim zrobić wszystko, żeby się jeszcze przy tym dobrze bawić. SIĘ, bo i dobra zabawa coraz rzadziej ma charakter "więzio-twórczy". Pan Koks tak naprawdę niczym się nie wyróżnia spośród wielu z nas. Czy to jest argument za potępieniem, że pana K. ogląda cały świat, który czuje się oszukiwany? Żaden! Bo czy przypadkiem dalej pan dziennikarz żerujący na podobnych sensacjach nie palnął wczoraj kogoś w buzię, będąc skołowanym po przyjęciu wydanym przez reklamodawcę? Czy pani prezenterka z TV nie nakłamała trochę w sądzie podczas swojej ostatniej sprawy rozwodowej? Bardzo łatwo jest oceniać innych, przypiąć etykietkę i pozamiatać drugiego człowieka na szufelkę. Bardzo łatwo oderwać się od rzeczywistości. Bo rzeczywistość tworzy się przecież w nas, w naszych relacjach z Bogiem i ze światem. Mamy co dzień udzielać odpowiedzi na prawdę, a próżno jej szukać na festynach, Krupówkach o północy roztańczonych w rytm góralskiej muzyki, w Tesco w niedzielne południe, itd. Czy więc nie potępiam kłamstwa pana Koksa? Nie! Pan Koks jest właśnie prawdą o człowieku, jest dowodem na słabość człowieka żyjącego bez zasad. Jego dylematy zostawmy więc jemu. Nadal będę oglądał wyścig, bez bólu że znowu mnie ktoś oszukuje. Każdego dnia jestem daleko bardziej bezczelnie oszukiwany przez stronnicze media, polityków ze ściągawkami od PR, i pomniejszych handlarzy czereśni ustawiających swoje wagi na nierównym podłożu. To ich życie - nie moje! Co wcale nie oznacza, że radzę przymykać oko. Reformę sumień zawsze jednak należy zaczynać od siebie. Nie od Tour de France!

PS. Jutro wyjeżdżam w góry. Nie jestem w najlepszej formie i ryzykuję, że bez "dopalaczy" zemrę w czasie podjazdu na Turbacz. Ale przynajmniej zemrę w prawdzie... hi, hi!:))
PS.2. No i właśnie wykipiała mi grzybowa z torebki! Ech, filozof się znalazł...

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-17 09:52:11
BANK W WIATRAKU

Z przyjemności, których dostarcza mi praca zawodowa najbardziej lubię... wolne po pracy. Kiedyś prym wiódł dzień wypłaty, obecnie za sprawą postępów elektroniki osunięty w niebyt. Z dawną atmosferą towarzyszącą temu comiesięcznemu wydarzeniu łączy się jedynie termin "przelew". Bezwzględnie szkoda tamtej formy bezpośredniej wypłaty, biorąc nawet pod uwagę pewne straty wynikające z braku - nieznanych wówczas jeszcze - znajomości technik asertywnych, zwanych wtedy "zespołem nieumiejętności opierania się pokusom ze strony społeczeństwa (koledzy!)". Teraz, kiedy zdarzy mi się zerknąć na wydruk operacji na koncie, kiedy gubię się w kolejnym rządku radosnych cyferek z plusikami i minusikami, kiedy widzę jak jakiś tajemniczy numer długi jak ogon małpy skubnął mi najpierw 3.50 zlp, trochę dalej następne 6.00, nagle jakieś 4.50, potem znowu 6.50... W końcu nie wiem - "oni" mnie okradają na bezczelnego i robią ze mnie idiotę? Płacę im za papiery, które do mnie wysyłają, a wcale o nie nie proszę. Płacę za odmalowanie na różowo fasady banku, chociaż nikt ze mną się nie konsultował w sprawie kolorów. Wszystkie te operacje kosztują więc tyle samo co moje niegdysiejsze, wynikające z "nieumiejętności", opóźnione powroty do domu. Trochę może przesadzam, ale "oni" przecież skubią wszystkich - Pana, Panią. Przestępczy charakter tego rodzaju działalności jest wprawdzie łatwy do wykazania, ale już walka z tym molochem niesprawiedliwości i pazery nosi znamiona walki z wiatrakami; lepiej więc dać sobie spokój. Co więc robić? Nic! Bierzemy tylko rower, sprawdzamy ciśnienie (najpierw w oponach), podjeżdżamy do sklepu po napoje i batoniki (wersja człowieka fit omija ten punkt), wychodzimy z zakupami, cieszymy się, że nam w tym czasie roweru nie ukradli, wsiadamy i jedziemy w poszukiwaniu ciszy, jedziemy, jedziemy, zawracamy, bo zapomnieliśmy komórki, w domu nieoczekiwanie natrafiamy na ciszę właśnie, siadamy w delikatnym szoku przed telewizorem i zasypiamy, nagłe ocknięcie, żona pyta czy kupiliśmy marchewkę... my wyciągamy jedynie zmiętolony batonik, znowu zapada cisza, tym razem raczej grobowa, więc znowu bierzemy rower, ciśnienia to już nie ma co mierzyć, wsiadamy, jedziemy, jedziemy, w poszukiwaniu... zgiełku. Jak mówiłem, najbardziej lubię wolne po pracy. Teraz mam wolne.Wezmę rower i będę jechał, jechał...

PS. Na zdjęciu cisza.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-15 11:24:06
ECHO NIEPOKOJÓW

Mój synek po raz pierwszy wyjechał na obóz sportowy. Będzie przebywał poza domem dłużej niż kiedykolwiek dotąd. Nie ma go dopiero dobę, a ja już tęsknię! I zaczynam się martwić. Nie wiem, czy powinienem o tym mówić, ale ja kiedyś byłem na podobnym zgrupowaniu z piłkarzami. Niejednokrotnie zresztą - stąd moje obawy. Mam wszak nadzieję, że kolarskie obozy różnią się nieco od tych piłkarskich, i że poświęca się tam chociaż trochę czasu na treningi. Pozostawałem członkiem swojego klubu (bo czy byłem piłkarzem, zaczynam ostatnio się zastanawiać) przez sześć sezonów. Im byłem starszym zawodnikiem, tym przedziwniej i konkretniej kształtowały się moje kryteria oceny atrakcyjności poszczególnych miejsc, w których przyszło egzystować przez dwa trzy tygodnie. Na koniec kariery, wspólnie zresztą z moimi kolegami ze skrzydła, obrony i ataku, wymagania zostały okrutnie zminimalizowane. Godziliśmy się mieszkać nawet w kominie cementowni, byle spełnione były określone warunki: blisko do sklepu, blisko do jakiegokolwiek obozu płci przeciwnej, blisko z naszych okien do ziemi, by nocne skoki nie zakończyły się wstępnym blamażem w postaci zwichnięcia lub złamania. Pamiętam wszystko doskonale - i dodam, że "niestety"! Tak więc martwię się o synka, który pośród wielu pozytywnych cech przejętych od ojca mógł też przecież połknąć odrobinę jadu (bo nawet ja nie sądzę, aby całe zło mogło pochodzić od kobiety!). No dobrze... Wróćmy do rzeczywistości. Otóż obecnie wiek przy którym odbywają się wszelkiego rodzaju inicjacje drastycznie się obniżył. Dramatycznie się obniżył, i tylko patrzeć aż pojawią się np. rozwódki i rozwodnicy w wieku lat siedemnastu i niżej. Cholernie trudno być ojcem w obecnych warunkach! Mądrym ojcem jeszcze trudniej. Być cierpliwym ojcem, to jak ocierać się o świętość. A być ojcem wyrozumiałym... matko moja, chyba niemożliwe! Przecież kiedy on wróci, a ja się dowiem, że przejechał dystans poniżej 1500 kilometrów, to... Ach, synu - przebacz uniesienie! Zadedykuję Ci już teraz, na koniec, tylko skromny triplet moralny do przestrzegania (to i tak mniej niż dekalog, więc doceń gest kochającego ojca!). 1. Nie pij. 2. Nie pal. 3. Jakby Ci to powiedzieć... no, bądź ostrożny... I na koniec proszę, nie łam tych zasad. Przynajmniej nie wszystkie na raz. Mam do Ciebie ogromne zaufanie. Mi z kolei ufa Pan Bóg. A ja Jemu. Rozumiesz więc - nie bardzo masz wyjście...:))
PS. Synku, słowo "szantaż" nie pisze się przez "sz". Tata.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-13 18:01:32
O PREDESTYNACJI I BRAKU SZCZĘŚCIA NA DREZYNIE

Jeszcze tylko tydzień, i wraz z bratem Sławomirem pokłonimy się górom z wysokości naszych siodełek. Kryzys paliwowy skłonił nas do pewnych teoretycznych rozważań na temat transportu, lecz nie zdołał jakoś znacząco naruszyć naszego entuzjazmu. Pośród alternatywnych środków lokomocji najodpowiedniejszą wydała nam się kolejowa drezyna - ideowo nam najbliższa, a prędkością nie tak przecież znowu rażąco odbiegająca od osiągnięć polskich pociągów na większości torowych szlaków (świadomie pomijam tu wolsztyńskie parowozy, jako że to jeszcze śpiewka przyszłości; ponoć to tajna broń ministerstwa infrastruktury, które szykuje te parowozy na EURO 2012). Po dłuższym zastanowieniu doszliśmy w końcu do wniosku, że nijak nie unikniemy samochodowej udręki. Ale, proszę Państwa, cóż to zresztą za udręka w porównaniu z doświadczeniem, jakie spotkało jednego z moich młodszych kolegów z pracy. Opuściła go narzeczona! Mieszkali razem już prawie dwa lata. Pewnie albo za długo, albo za krótko. Kolega Marianek nawet w głębokim kacu nigdy nie wyglądał tak fatalnie. Tę dziewczynę znam. Piękna. Trudno mi określić tak jednoznacznie co ona ma w głowie, jednakowoż jej walory "plastyczno-użytkowe" (że się tak wyjątkowo zwulgaryzuję) przechodzą ramy pewnych norm i mogą niejednego zasmucić z powodu braku formalnych uprawnień do ich intymnej obsługi. W pełni zatem rozumiem wyjątkową depresję Marianka, wspieram go, ale też muszę z nim poważnie porozmawiać, bo wyraźnie śmierć z powodu przedawkowania dezodorantu definitywnie przestała mu zagrażać... Lubię rozważać kategorię wolności. Z tej właśnie strony spróbuję go podejść. Opowiem mu w czym drezyna podobna jest do roweru, a co powoduje, że jednak się znacznie różnią. Oba pojazdy napędzają ludzkie mięśnie i siła woli. Powiem mu, że rower jest mechanicznym obrazem ludzkiej wolnej woli ze wszystkimi jej konsekwencjami - panujemy więc nad ruchem w dowolnym kierunku, sami decydując o zasięgu naszych działań. Nazwę rower "katolickim". Drezynę natomiast przedstawię mu w charakterze urządzenia narzucającego już tak kierunek, jak i zasięg, porównując ją do protestanckiej wizji predestynacji. Aż dziw bierze, że wszystkie te naciągane wnioski łatwiej przejdą mi przez gębę, niżbym miał mu powiedzieć wprost, że zwyczajnie brzydko pachnie. Rozmowę z nim zakończę więc tak: - Marianek, nie bądź drezyna! Porzuć chłopcze wytarte szyny, dobądź roweru, i jedź! Szczęścia trzeba szukać, bo samo nie przyjedzie! A właśnie, a propos "jedzie"... Czy ty naprawdę nic nie czujesz? - Nie, to raczej też nie jest delikatne. Kurczę, coś ostatnio jestem bez formy!


ps. Sławuś już dziś wyruszył na górski rekonesans.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-11 22:57:22
PUŁAWY PREMIEROWI, PREMIER PUŁAWOM...

Most został otwarty. Premier swą pielgrzymią stopą przebył fragment mostu o własnych siłach. Resztę przejechał jakimś zdezelowanym modelem Alfy. W ogóle go nie było widać. Może to jednak o nim śpiewają wszystkie te ironiczne pieśni, że mały jak kartofel? Pod mostem mój brat siedział w kajaku i czekał na sygnał do startu regat - spod jednego mostu pod drugi. On też nic nie widział. Może więc pana Premiera w ogóle nie było, i podstawili prawdziwego kartofla? Bo ani jego buty nie stukały, ani nie dojrzał kajaków - a głos mogli puścić z taśmy (wiadomo, że przecież prawdziwy kartofel nie gada!). Później odbyło się kryterium kolarskie. Mój synek odniósł w nim swój pierwszy sukces w licencjonowanym kolarstwie i stanął na podium! Taka chwila, a Premier gdzieś chyłkiem, szuwarami, i już go nie ma! Po wyścigu rozgorączkowani uczestnicy, ich rodzice, trenerzy i działacze żywo dyskutowali. - A ten Tusk... No, może on i dobry chłopina jest, ale co on tak naprawdę zrobił dla kolarzy, i w ogóle dla kolarstwa? - Rzeczywiście, trudno mu zarzucić jakieś osiągnięcia w tej materii. W zwalczaniu dysleksji również. A i za wytyczanie nowych szlaków w Beskidzie Śląskim, jak i Żywieckim, nie sposób go pochwalić. Nie dziwi zatem, że wymknął się niepostrzeżenie. Parę drobnych pytań, i po gościu! Autostrad ma nie być, szybkich kolei również, stadiony budują jako przyszłe miejsca pracy dla mieszkańców Rodezji i Wietnamu (branża odzieżowa) - nie, no o czym on by opowiadał!? O miłości? O tym, że palił marihuanę z domieszką tytoniu, ale robił to odpowiedzialnie? To znaczy, że jeśli on palił odpowiedzialnie i jest premierem, to ja paliłem nieodpowiedzialnie, i za to do końca życia będę wyrobnikiem? Kurczę, Donald! - ja się na ciebie zasadzę! Przy okazji otwarcia kolejnego mostu tak łatwo nie umkniesz sitowiem, przebrany za moher. Chociaż tempo przerzucania nowych przepraw raczej mi nie sprzyja, to jednak wiedz, że "poeta pamięta - możesz go zabić - pojawi się nowy - spisane będą czyny i rozmowy...". Troszkę może żartuję, ale tak poważnie; jak mogłeś dopuścić do występu Bajmu? To już nawet na tym się nie znasz? Ręce opadają...

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-10 21:09:01
O SZCZĘŚCIU NIECO

Kwiaty, podobne do tych z poprzedniego zdjęcia, przyjęte. Rozmowy odblokowane. Półeczki wiszą. Nawet stłuczony słoik po miodzie nie zdołał naruszyć harmonii, jaka zapanowała po dziesiejszej kolacji. Nieważne kto wiercił. Ważne, kto zbiera kokosy! A tej szczęśliwości jutro ciąg dalszy, bowiem na otwarcie nowego mostu w Puławach przybędzie Bajm, wspomagany konferansjerką przez samego pana Premiera! Jako że kryzysu w rządzie nie widać, będzie nim najprawdopodobniej pan Tusk. Szczęście w tym przypadku polega na tym, że połowa miasta ruszy tropem plebejskiej adrenaliny, co zaskutkuje drastycznym zmniejszeniem się kolejek, ulicznego zgiełku, i ogólnym wyludnieniem. Wtedy nasza rodzinka powędruje sobie pustymi alejkami parku Czartoryskich. Dzieci będą smędzić w upale, żonę ugryzie pszczoła... Uwielbiam te spacery!

PS.

W tle tego marnego zdjęcia widać most, po którym będą jutro stukały rządowe pantofelki. Barierki są wysokie, więc do wody raczej nie wpadną. A szkoda...:))

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-09 22:11:38
KIEDY NIE KUPI SIĘ SZAFKI...

Poszedłem wczoraj do dziadzia pożyczyć wiertarkę. Żona dokonała zakupu dwóch zgrabnych półeczek, które nijak nie chciały same się przywiesić do ściany. Zamawiać specjalistę od wiercenia było trochę niehonorowo; chociaż gdybym miał o tym decydować bez świadków, w ogóle bym się nie szczypał. Ale ona najpierw spojrzała mi w oczy, zapytała wzrokiem - "no, mały, dasz radę, czy zawołać...". "Dam radę!" - przerwałem ten jej teatrzyk wątpliwości wobec moich manualnych uzdolnień. Wierciłem niejednokrotnie. Chociaż, rzeczywiście, bez większych sukcesów - tak więc jej miny posiadały pewną dozę uzasadnienia. Jestem, że tak powiem, za mocny na cegły, za słaby na beton. Mam silne nogi, co niestety, w przypadku wiercenia stanowi nikły atut. Żeby więc wiertarka się kręciła (a nie ja wokół jej osi) należało opracować odpowiednią taktykę. I właśnie dziadek posiada to wszystko, co stanowi o fachowości wiertacza; ma wiertarkę, doświadczenie, krzepę, zestaw odpowiednich przekleństw, umożliwiających przetrwanie kryzysu po natrafieniu na stalowy pręt ukryty w ścianie. Ja, oprócz znajomości terenu i napięcia 230V w gniazdkach, nie mam niczego. Ruszyłem zatem do dziadzia. Z góry mówię, że Państwa przewidywania są oczywiście słuszne. Beton pod półki został nienaruszony, za to my dwaj... Jakoś tak wieczorowo, po powrocie - chyba! - zacząłem zmagać się z mebelkami, które miałem zawiesić. Miejsca pod cztery otwory zaznaczałem czarnym flamastrem. Kombinowałem coś też z taśmą klejącą, jakieś sznurki pociąłem i ostrugałem z izolacji trochę miękkiego przewodu. Ale kiedy dzisiaj rano dokonałem lustracji miejsc, w których miałem wiercić (oczywiście wiertarki zapomniałem pożyczyć!), wyglądało na to, że albo żona w nocy dokupiła dwadzieścia nowych półeczek, albo te cztery właściwie zaznaczone punkty się rozmnożyły, bądź ukryłem je przy pomocy skomplikowanego szyfru, obecnie znacznie mnie przerastającego pod względem intelektualnym. Dzwoniłem zaraz do dziadka, w celu konsultacji. Ma szlaban na ryby. Dzwoniłem też do żonki w pracy. Nie odbierała, więc pewnie i ja mam szlaban - na rozmowy! Zawsze mówiłem, że meble to poważny zakup i należy je starannie wybierać, w porozumieniu z małżonkiem. Przecież można było kupić szafki, i nie było by problemu! Ale wybaczam jej. Każdy ma prawo do błędu. Kochanie, kocham Cię!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-07 00:36:42
TOUR DE FRANCE!

Kiedy rusza Tour de France, w moim domu wzmaga się chęć do spacerowania; nagle te wszystkie moje ukochane stwory, powiązane ze mną nie tylko nazwiskiem, ale i zachwianymi w swych perfekcyjnych proporcjach nosami, pragną dreptać po obiedzie w jakimkolwiek kierunku, byle nie patrzeć na ekran po którym hasają przygarbieni faceci w obcisłych , pstrokato kolorowych gatkach, i nie być świadkami tego, że ich ojciec (względnie małżonek - bo i tę rolę czasem odgrywam, choć nie w tych rozmiarach, jakie by mnie, powiedzmy, całkowicie ukoiły) jest w stanie z niemym zachwytem przyglądać się temu wszystkiemu. Zostawiają mnie więc samego, kupują kilogram czereśni, i wychodzą! Czyż to nie miłość w najczystszej postaci!? Słyszałem poza tym o dobroczynnym działaniu czereśni na układ krwionośny. Czasem się też zastanawiam, czy ten owoc można przedawkować, jak np. koniak? 25 gramów tego trunku można uznać za kurację. 50 może też. 100 gramów, to już nie wiem. Ale , dajmy na to, litr - pomaga, czy szkodzi? Pomaga z pewnością w sytuacji, kiedy chce się zapomnieć, że na jutro rano nie kupiliśmy sobie nic na kaca. Innych przypadków nie notowano. No dobrze, ale coś zbyt beztrosko przeskoczyłem z tematu mojego ulubionego wyścigu. Próbowałem się nim właśnie podzielić z kolegami w pracy. Nie znalazłem zrozumienia. Jeden z nich nawet wysunął tezę, że normalny mężczyzna nie ubrałby się w coś tak obrzydliwego, i że kolarze są podejrzani. Stąd pociągnął dalej, już z grubej rury, że "tych wszystkich holenderskich żonkosiów, chcących adoptować dzieci, osadziłby w specjalnych ośrodkach, gdzie mięliby terminować na kotach". A ja chciałem tylko zwrócić uwagę, że właśnie rozpoczęła się impreza sportowa mająca największą publiczność spośród wszelkich widowisk na świecie! Spróbowałem w takim razie wtrącić coś o czereśniach. Zyskałem informację, że kolega Janek źle trawi fruktozę i miewa wzdęcia. Po tej porażce uległem i poszedłem bezwładnie ze wzmagającym się prądem. Na komórce odtworzyli sobie trzydziestosekundowy "filmik". Śmiechu po pachy! A ja nic! No, "nie życiowy" jestem, i tyle! Pozdrawiam zatem wielkopolskie kolarstwo. Jedzcie czereśnie i nie oglądajcie świństw w pracy - szkoda baterii!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-07-02 10:49:41
EURO-ECHO

Tę piękną piłeczkę "wydrapałem" z kuponu wyemitowanego przez firmę Carlsberg, z okazji turnieju Euro. Trochę późnawo, ale dotąd niczego jeszcze w życiu nie wygrałem, ani nie wylosowałem (z wyjątkiem mojej małżonki przenajświętszej i jej mamusi - coś schudły obie ostatnio, i to bez treningu; może w MODZIE NA SUKCES dzieją się jakieś straszne rzeczy?), cieszę się więc niepomiernie! Gdybym miał tę piłkę przed mistrzostwami, postarałbym się odmienić losy tego turnieju. Grałem w juniorach młodszych, baza więc jest. A i ciąg na bramkę mam dotąd raczej niebywały, czego u naszych wędkarzy nie stwierdziłem. Bo na trenera to chyba się nie nadaję. Za nerwowy jestem. Nie wytrzymałbym dziewięćdziesięciu minut stania przy linii za którą moich jedenastu podopiecznych szuka boiskowych kretów, zamiast uczyć się przynajmniej obcych języków od przeciwnika. O graniu już nie wspomnę, bo nie ma co wymagać zbyt wiele. W podobnej sytuacji zaraz szukałbym pod ręką jakiegoś przedmiotu, coś poręcznego i jednocześnie o dość aerodynamicznych kształtach, by dośrodkować bezpośrednio z ławki trenerskiej wprost w głowę pałętającego się od początku meczu, po prawym skrzydle, znieświeżonego zawodnika! Szczęśliwie dla wszystkich (szczególnie piłkarzy) nie mam z tym wszystkim nic wspólnego. Nie muszę strzelać ani goli, ani do zawodników. Oddzieleni ode mnie szklanym ekranem są bezpieczni. Mogą w spokoju przygotowywać się do nadchodzących mistrzostw świata. Chyba, że tym razem wcześniej znowu "wydrapię" piłkę. No, chłopcy! - w takim razie lepiej dla was, żebym jednak piwa nie pił; lecz niestety, w tym względzie rokowania dla was nie są najlepsze...

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-25 13:23:39
PLANY

Sprzedałem właśnie rower. Miałem go ledwie od wiosny, nie zdążyłem nijak uszkodzić, czy zużyć; był świetny, momentami lepszy ode mnie. Trudno mi wytłumaczyć ten niecny postępek. Tak więc pozostaję chwilowo "nieorowerowany" i nie mam czym jeździć. A jeszcze w sobotę uczestniczyłem w czasówce pod górę, w okolicach Krynicy Górskiej. Trzecie miejsce na pięciokilometrowej szutrowej trasie przegrałem z zawodnikiem, którego podejrzewałem o wnuki. Zemściłem się na drugi dzień, podczas maratonu, ale nie do końca mogę odczuwać satysfakcję, ponieważ ów zawodnik na zjazdach złapał gumę. Być może więc wynik bardziej zawdzięczam tandetnej robocie Chińczyków, niż swojej mocy. Za kilka dni odbuduję jednak swoją bazę sprzętową, i - tak jak kiedyś rzekłem na tych stronach - zaatakuję Poznań od strony wschodniej. Myślę, że zdążę dojechać, zanim słońce mnie spali po drodze. W razie awarii będę wzywał pomocy za pośrednictwem Merkurego. Czuję się zaprzyjaźniony z tą zacną rozgłośnią, pewnie mogę więc liczyć na jej wsparcie. Wyobrażałem sobie nawet, że wjeżdżając do miasta będzie stało na tle tablicy POZNAŃ kilku miejscowych dygnitarzy, min. Pan Prezes Radia, Panowie Kulczyk i Grobelny. Wolałbym jednak, po namyśle, żeby się raczej nie fatygowali, bo będąc zmęczonym mógłbym ich nie rozpoznać i bezczelnie ominąć. Władza tego nie lubi. Tak więc, Panie Prezesie, niech Pan siedzi raczej w domu - wpadnę potem najwyżej na kolację. Dobrze by było jakiś makaron przygotować, z sosem, ze dwa Gatorade'y, a z alkoholi to w zasadzie wszystko - byle bez siarki. Zresztą niech się Pan nie kłopocze - wezmę coś od dziadka. Do zobaczenia!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-20 17:47:58
I PO SZKOLE!

Zakończenie roku szkolnego. Poszedłem z córeczką w charakterze świadka tych niebagatelnych wydarzeń. Niosłem kwiaty i soczek. W sali gimnastycznej kilkaset osób - nikt nie chciał być, a wszyscy byli. Powitaliśmy sztandar szkoły, odśpiewaliśmy hymn - nie wszyscy - przez moment o mało nie ryknąłem DO BOJU, DO BOJU..!, pomny niedawnej atmosfery. W porę wyhamowałem, wspominając naszych powracających opłotkami piłkarzy. Kilku podobno wracało na Śląsk via Bałtyk, płynąc pontonami poprzez cieśniny duńskie. Część udała się przez zieloną granicę, w okolicach Łysej Polany, woląc zmierzyć się z trudami Tatr, niż stanąć oko w oko z kibicami na Okęciu. Tą ostatnią, najprostszą drogą, dotarło jedynie dwóch śmiałków - i również pewnie dlatego, że pomylili samoloty. Zaskoczeni w ogóle nie odpowiadali na pytania, jakby nie rozumieli ojczystej mowy. Ale ja ich rozumiem, bywałem w takim stanie, wiem, że nie tak trudno go osiągnąć. Podczas części artystycznej, kiedy kilkanaścioro dzieci dramatycznie nierówno podskakiwało, próbując przy tym śpiewać (rany, cóż te okropne media poczyniły w tej materii naszym biednym malcom!), moje nogi nie wytrzymały, postanowiłem więc sobie spokojnie usiąść. Mania robienia zdjęć opanowała pozostałych rodziców. Wspinali się na drabinki, nie zdając sobie nawet pewnie sprawy z faktu, że ostatnio dotykali tych urządzeń ze dwadzieścia lat temu. Ledwie więc podwinąłem nogi "po turecku", kiedy wpadła na mnie jedna z nienajgorszych mam, trafiając mnie najpierw kolanem w wargę, by zaraz przydzwonić ponownie, tym razem siedmioma milionami pikseli w obudowie Canon, zdaje się. Abordaż nie wyglądał na celowy, co mogło mnie nieco rozczarować. Pani przemknęła więc po mnie - nade mną właściwie - utrzymując moje 177 cm. po wewnętrznych stronach swoich butów. - Jesssu! - wyrwało jej się półszeptem, natychmiast poczerwieniała i wyrównała nieistniejące fałdki. Nabrała kolorów mniej więcej zbliżonych do moich, podczas kiedy ja zaczynam umierać przy stole, a dziadek się rozkręca. Fotograficzna mama potraktowała mnie jednak prawdopodobnie jako minę, i z tego powodu nie powiedziała "przepraszam"; pomknęła rozdygotana dalej. Wypadek wyraźnie nie pozostał bez śladu, bo od tej pory widziałem, że fotografuje nawet sufit. Obok, jakiś biedny, równie czerwony, wręcz purpurowy chłopiec, wciąż podchodził do swojej rodzicielki i prosił o poluzowanie muszki. Gdzie tam! - Stój grzecznie! - strofowała malucha, sama będąc ubrana w skrawki materiału o powierzchni nie większej niż tarcza Syrenki warszawskiej. Drodzy Państwo - i jak tu się nie cieszyć z zakończenia roku!?

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-17 11:49:44
JAK PORAŻKA BIAŁO-CZERWONYCH UCHRONIŁA MOJE MAŁŻEŃSTWO PRZED KŁOPOTAMI...

Część spotkania obejrzałem w pracy, łamiąc wszelkie regulaminy i zasady przyzwoitości (od lat już nieprzestrzegane, bo a to Małysz, a to... Małysz, potem znowu Małysz, a raz nawet w piłkę z Portugalią coś wpadło do bramki przeciwnika i zaistniałem radością nieregulaminową). Drugą połowę mąk piekielnych zapragnąłem zlustrować już w towarzystwie wyprzedzających mnie o trzy piwka kibiców. Zanim jednak do nich dotarłem, połowa z nich wyszła i bezkierunkowo poruszała się już po mieście. Przeczucia mnie nie myliły. W czasie mojego przemieszczania się z pracy, Hrvatska pokonała wreszcie króla Artura. Miałem jeszcze nadzieję, że może bramka padła podczas przerwy, a piłka została uderzona z szatni. Wtedy sędzia mógłby jej nie uznać. Nic podobnego nie nastąpiło, choć przecież w futbolu wszystko możliwe. Z wyjątkiem naszych zwycięstw, oczywiście! Co nie oznacza jednocześnie, że opuściłem naszą drużynę - skąd! To reprezentacja; lepsza, gorsza - ale nasza! Żadna chwała być tylko ze zwycięzcą. To tylko sport. Nie uprawia się go tylko dla wyniku. Zresztą wygra i tak tylko jedna drużyna. Szkoda, że znowu nie nasza. Bardziej mi szkoda jednak kumpla uwiedzionego przewrotnością macherów z MediaMarkt. Kupił telewizor. Duży. Baaardzo duży! Dalej wiecie Państwo już o co chodzi... Przy okazji powiem, że plazma do meczu nie za bardzo. Za mało robotnicza. No i szkoda tak wywalić przez okno w narodowym uniesieniu. Bądźmy optymistami, mimo wszystko. Czy przecież, kiedy w sklepach był sam ocet, nie można było się uśmiechać, być szczęśliwym? Walczmy o swego ducha! Nie szukajmy frustracji i usprawiedliwień na zewnątrz, kiedy wszystko zależy jedynie od nas samych. Zresztą ja mam całkiem realne powody, aby poczuć wdzięczność do naszych reprezentantów i być szczęśliwym razem z nimi. W przypływie emocji, tuż przed meczem, będąc jeszcze w pracy, wysłałem do małżonki sms o treści: "Kochanie, w razie zwycięstwa nie przewiduję szybkiego powrotu do domu". Odpisała: "Kochanie, to zwycięstwo może być twoją porażką. W takim razie, ja nie przewiduję... wiesz czego, kotku..? :)". Kurczę, jasne, że wiedziałem! Kochani PIŁKARZE, dziękuję! Jestem z Wami i Polska gola!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-13 21:51:13
ZAWSZE DO PRZODU!

No i cóż począć? Przynajmniej z Irlandii płyną dobre wieści. "NIE!", i tyle - krótka piłka! Nie pojechali na Euro, a emocji iście futbolowych mają zapewnionych więcej niż my po wczorajszym okrutnym remisie. Tyle, że u nas przykładna jedność w zakresie nastrojów, a u nich, wręcz przeciwnie - ponad połowa się cieszy, podczas kiedy reszta płacze poszukując jakiegoś dyżurnego kozła ofiarnego. Tu trochę podobnie do nas, tyle że my już znaleźliśmy - Howard Webb się nazywa ten marnotrawny syn Albionu! A myśmy im bronili londyńskiego nieba skrzydłami myśliwców dywizjonu 303, teraz sprzedajemy im świeże gazety i odkurzamy hotele, tymczasem oni... Ech, co za podłe czasy! Irlandczycy, niestety, na swojego kozła będą musieli pewnie jeszcze poczekać kilka dni. Pole wyboru mają przecież ogromne, chociaż intuicja mi podpowiada, że w toku dogłębnego śledztwa ślady poprowadzą do naszych rodaków, w pocie czoła zdobywających tam pieniądze na chleb. Ukażą się wreszcie całemu światu, w całej swej krasie, owo polskie warcholstwo i anty-postępowe destrukcyjne moce zaklęte w dłoniach i głowach polskich pakowaczek, zmywaczek, trzech (zdaje się) managerów, dekarzy - wszystko to przywiezione znad Wisły i wykute onegdaj w ciemnościach Puszczy Białowieskiej i cieniu Gór Świętokrzyskich. Padnie na nich, że rozpijali Wyspiarzy przemycaną polską Żubrówką, że upalali ich ukraińską wersją Marllboro, że sączyli im do głów anty-traktatowy jad, podając go w atrakcyjnym dla zachodnich nihilistów (i nie tylko) opakowaniu złożonym z libacyjno-festyniarskich klimatów. A Irlandzkie główki podobno cieniutkie! Zresztą do dzisiaj wspominam moje wesele, którego jednym z gości był właśnie przedstawiciel tego niepokornego narodu. Człowiek ów w przeciągu zaledwie trzech zimowych dni przeformułował swoje życie, kompletnie zmienił światopogląd, a u podstaw tychże jego heroicznych i dość spektakularnych przemian nie legł z pewnością rosołek z kluseczkami, czy też bigos - oba specyfiki serwowane tamże w ilościach niemal hurtowych. Przyjechał do Polski jako zdeklarowany, zagorzały i dosyć pyszałkowaty lewak, a wyjechał... wielokrotnie bardziej zdemoralizowany. Teraz mieszka w Niemczech. Kibicuje Polakom i raczy Niemców szokującymi opowieściami o bimberku. Zakładam możliwość, że mimo upływu lat, całościowo jeszcze mu nie wyparował. Oni mu nie wierzą, przekonując, że się myli, że z pewnością opowiada o czymś innym, może np. o heroinie; bo kolor by się zgadzał, a i późniejsze działanie również. Oj, cieniasy! - dobrze, że sobie chociaż trochę w piłkę mogą z nami pokopać i na koniec wygrać. Inaczej to - ja nie wiem - zaorać chyba!?

PS. Jak widać, jedziemy do końca! Rychłego, zdaje się... :)

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-07 13:50:40
AZJATYCKI STRES PRZEDMECZOWY

Z umiłowania barw narodowych zrodził się we mnie pomysł przytwierdzenia do naszego samochodu solidnej, biało-czerwonej chorągiewki z orłem i napisem POLSKA, wyprodukowanej w Gdańsku przez wielce szacowną Spółdzielnię Inwalidów, która na dodatek wykorzystuje tylko materiały pochodzące z recycling'u. Nie dziwi więc moje dosyć silne wzruszenie okazane przy zakupie, a wzmocnione jeszcze ceną - 2,50! Za tak mikroskopijną kwotę otrzymałem produkt najwyższej klasy, o dostojnym formacie Gazety (niegdyś Wyborczej), osadzony na solidnym pręciku z niełamliwego tworzywa, zwieńczonym sprężystym uchwytem ułatwiającym montaż do każdego rodzaju szyby samochodowej. Żadnych Chin na metce, ani na opakowaniu, nic - wszystko z Polski! Uruchomiłem natychmiast swój azjatycki mechanizm podejrzliwości, zastanawiając się, czy jednak może mają w tej fabryce chociażby np. prezesa Chińczyka? Podobno bowiem obywatele tego kraju tłumnie przemycają się do nas, pośród tenisówek i gwoździ z plasteliny, w okrętowych kontenerach i ładowniach z węglokoksem. Reprezentują pełną gamę profesji; od profesorów i historyków sztuki orientalnej, po tynkarzy, urbanistów, lekarzy, tynkarzy, cinkciarzy, zawodowe matki z zawodowymi biednymi dziećmi, ping-pongowców, emerytowanych maoistów, konfucjan, blacharzy, skoczków spadochronowych z licencją i bez, rolników ryżowych, szachistów i specjalistów od gry w chińczyka, konstruktorów scen obrotowych i beskidzkich ciupag, totalnych golasów, kucharzy, psich rzeźników, malkontentów, itd. - dlaczego więc nie mieliby od czasu do czasu wypadać z tych przeładowanych kontenerów, podmęczeni nieco podróżą, prezesi? Z pewnością importowany w ten sposób prezes przydałby się niejednemu polskiemu przedsiębiorstwu. Płaciłby pracownikom mało, lecz i sam nie zarabiałby zbyt wiele, generując tym samym krociowe zyski macierzystej firmy. Zresztą sam chciałbym mieć szefa, którego mowy miałbym prawo nie rozumieć. Obecnie i tak nic nie rozumiem, niestety owego prawa jestem pozbawiony, co nie zawsze stawia mnie w korzystnej sytuacji; do tego stopnia, iż zaczynam się podejrzewać o pewną dysfunkcję. Może to jedynie słaby słuch? Oby! Tak więc mój szef niestety nie jest Chińczykiem, a moja flaga wyglądająca na chińską jest polska, z ceną jednakowoż iście chińską, wyrażoną jednak w złotówkach, bez zbędnego przeliczania juana na euro, z pominięciem cła, ponieważ wszystko odbywa się na terenie Rzeczypospolitej - tej samej, która następny turniej Mistrzostw Europy w piłce zorganizuje we Włoszech, biorąc w leasing tamtejsze stadiony i obiekty hotelowe, drogi, autostrady, koleje, gorzelnie, co piękniejsze Włoszki, oraz paru rezolutnych chłopców dla równowagi i politycznej poprawności. Oświadczam, że nie jestem kibicem, bardzo kocham Polskę, boję się teutońskiego blitzkriegu, poddenerwowanie przedmeczowe, zamieszanie, kurczę!, przepraszam wszystkich... POOOLSKA GOLA!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-05 09:41:23
I TAK DALEJ...

Coś nie najlepszej jakości zdjęcie umieściłem poprzednio na stronie. Miał być widok z trasy maratonu, a wyszedł obraz jaki miałem przed oczami przez połowę dystansu, czyli czarna dziura! Stworzyłem sobie tym samym świetną okazję by po raz wtóry zapytać siebie: "quo vadis", młodszy Bajew, bo gonisz w piętkę - ani nogi, ani ręki, klata zapadnięta, a w głowie sieczka... Pomyślałem o jedności z Bratem, że warto byłoby się chyba wycofać z pisania, w myśl braterskiej zasady: "razem w zgiełku - razem w ciszy". Wagi tej zasadzie ujmuje nieco fakt, że sam ją utworzyłem, a podczas jazdy wstrząsy mąciły i tak już zdegradowany do wielkości kasztana mózg, więc nie sięgałem po żadne wyroki - nie było fizycznej możliwości! Pomyślałem najpierw, że napiszę coś jeszcze, jeśli Pan Bóg zechce. Potem, że jeśli znowu będę miał wypadek, albo jeśli Sławomir ogłosi kolejną krucjatę. Z pierwszym argumentem nie dyskutowałem, z siodełka uznając go za zbyt oczywisty; poza tym daleko mi do mickiewiczowskiego Konrada z jego niewyparzoną gębą i cudownym stylem. Skłaniałem się więc raczej ku trzeciemu rozwiązaniu, chociaż za najbardziej prawdopodobne uznałem wówczas to drugie. Koniec końców dojechałem do mety wyścigu, a kwestie natury moralnej zniknęły wraz z ostatnią kroplą cieczy w bidonie. Pozostało roztargnienie, pod którego wpływem zawieruszyłem gdzieś podczas przebierania bokserki. Niekompletny powrót do domu groził dyskwalifikacją. To była dość duża klęska, bo my z małżonką nie mamy przed sobą tajemnic; więc skoro by tylko odkryła, że tajemnica jest jeszcze mniej tajemnicza, z pewnością jej wątła rączka poszukałaby kolarskiego oblicza i pierwszy raz w życiu dokonała na nim aktu przemocy. Wszystko jednak się znalazło. U kolegi w torbie. Wiem, też nie najlepiej. Ale ufamy, tak? Pozostanę więc jeszcze czas jakiś, choć bez Sławusia jakoś czuję się taki "bezkontekstowy". Muszę się z tym zmierzyć i rozliczyć. Muszę teraz coś zjeść. W lodówce jest tort. Kurczę, ale mi nie wolno - bomba kaloryczna! Znowu jak nie zjem, to się zepsuje; znaczy zmarnuje. Wolno tak postąpić? Ech, życie!, życie pełne bzdurnych dylematów - daj mi tu białe i czarne, bo w kolorach się gubię!

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-06-02 12:00:05
DWA POWROTY

Przejechałem wczoraj swój pierwszy po tak długiej przerwie wyścig. Założenia taktyczne spełniłem w stu procentach, co przełożyło się na wynik; jeszcze wiele, wiele kurzu i pyłu przyszło mi wchłonąć w płuca od momentu kiedy pierwszy zawodnik mijał linię mety. Noga podczas podjazdów mi nie zgniła a na zjazdach czułem szajbę w głowie; co oznacza, że jest dobrze! Szkoda tylko, że po dystansie posiłek regeneracyjny składał się z golonki lub kiełbasy. Pierwszy raz się z czymś podobnym spotkałem na tego rodzaju imprezie. Toż to jawna prowokacja, żeby kupić sobie piwo i świętować Dzień Dziecka! Nie dałem się zwieść, golonkę uważam za maksymalną kulinarną perwersję. Nie potrafiłbym tego przeżuć normalnie, a co dopiero po wysiłku. Na szczęście miałem ryżowe chrupki i blisko do domu, więc ostatkiem sił zdołałem jednak podczołgać się do kuchennych stóp małżonki, zanim żołądek zdołał wessać mnie w całości. Śmierdziałem tylko rozkładającym się błyskawicznie potem, wiedząc, że wcześniejsze spożycie choćby jednego piwa pozbawi mnie ciepłej domowej strawy, ponieważ ONA alkomat ma we krwi – a po mym spożyciu, niestety, obiady organizowane są we własnym zakresie, bez względu na porę roku i inne pozostałe okoliczności. Wtedy już tylko pizza. Spóźniony obiad odbył się więc bez przeszkód, w miłej atmosferze. W pracy powrót odbył się spokojnie, zastałem wszystko po staremu. Kiedy odchodziłem do szpitala narzekali na pogodę, że zimno. Teraz też narzekają – że gorąco. Co bardziej ciekawscy zapragnęli obejrzeć nogę. Pokazałem: - Oooo! Bardzo bolało? - (czytaj: ile odszkodowania?) - Na wyścigu byłeś!? Ale ty jesteś głupi! Trzeba było wziąć dzieciaki i przyjść na festyn koło stadionu. Była impreza dla dzieciaków. My z Jankiem byliśmy, no nie, Jasiu? - Jasio coś nie wykazywał szczególnych oznak euforii, był bardziej wczorajszy niż moja kanapka. Obaj trwale przesiąknęli zapachem grilla, papierosów i piwska. Trudno mi jakoś było ulokować dzieci w tym zestawie, ale już nie pytałem. Poczęstowałem Jasia Poweradem, spojrzał na mnie z miłością, lecz wciąż nie mógł mówić bez przeszkód. Wyglądał gorzej niż ja po wyścigu. Właśnie, jadł golonki i się nie zregenerował! Kolejny dowód na nieprzydatność tej potrawy podczas ekstremalnych obciążeń organizmu.


  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-29 18:53:33
ELSTERY KUBIAK LIST POŻEGNALNY

Za moją wiedzą, świadomym przyzwoleniem, pani Kubiak pismo to pomieszcza.
Panie Sławku Drogi!
Tamtego dnia, kiedy w zaciszu swego domowego ogniska podejmował Pan tę ważką decyzję, ja już od samego rana przeczuwałam, że się coś stanie. Najpierw zrzuciłam szklankę z nocnego stolika wprost na świeży numer "Glamour", kapcie i kota. Ten natychmiast dostał szału, powodując cały ciąg paskudnych następstw o których nie chcę pisać. Mruczek w końcu popadł w katatonię a na rusztowaniu za oknem pojawił się brudny i zarośnięty robotnik. Gapił się na mnie udając, że przylepia styropian do ściany budynku. Rano zawsze chodzę nieskrępowana i solidnie wietrzę mieszkanie otwierają wszystkie okna na całą szerokość. Przy okazji spostrzegłam jak ten styropian potrafi być ciężki, bo zaraz wtargnęli gwałtownie po rurach, do pomocy, jeszcze czterej kolejni umorusani jegomoście w kaszkietach amerykańskich drużyn futbolowych. Sam ich widok śmierdział piwem. Ponieważ nigdy nie miałam nic do ukrycia, tak i tym razem nie miałam zamiaru zmieniać swoich obyczajów i przyzwyczajeń, z powodu jakiejś kręcącej się wokół mnie bandy tynkarskiej ciemnoty. Zignorowałam ich zatem, uruchomiłam komputer, Google, Radio Merkury, Blogi, Rowerowe ble ble ble, o, matko przenajświętsza! dostrzegłam ten wpis, tak rzeczywisty, jednocześnie tak nieoczekiwany, niczym dekret o stanie wojennym skreślony ręką człowieka-muchy. Niechby podobne słowa ujrzały me oczy na tym blogu, pisanym chorym piórem owego azjatyckiego troglodyty mieniącego się zaszczytnie Pańskim bratem - w co zaczynam powoli już wątpić. Bo czy słyszano kiedykolwiek, by jedna kobieta wydała na świat tak nieprzystające do siebie charakterologicznie, za przeproszeniem: twory? Owszem, w mitologii greckiej, ale w krajowej absolutnie! Wieść zatem to dla mnie smutna, druzgocąca wręcz. A jeszcze nie zdążyłam Pana bliżej poznać, poczuć bezpośrednio drgań powietrza towarzyszących tembrowi Pana głosu, który niszczy mój zestaw Hi-Fi i moją równowagę; nie udało mi się również pokonwersować w cztery oczy, a nie ukrywam, że w tym względzie liczyłam na Pana szczególnie, wierząc, iż znajdę w Panu zdecydowanie mniej zwierza niż w Pańskim nieszczęsnym bracie. Uwierzy Pan, że za obniżony nieco dekolt zjadł... nie, nie zjadł... on, po prostu, połknął śledzia, zaklinając się wcześniej, że go nienawidzi podobnie jak wróbel benzyny wysokooktanowej. Kompletna płycizna! Wpadłam przy okazji na pomysł żeby przejąć na stałe jego bloga. Skoro nie ma teraz Pana, po cóż on - kaukaski muflon? W Pańskim kontekście się pojawił, w Pańskim niech więc zniknie. Tak. Już ja go przycisnę! A dalibóg, mam czym... Zresztą zamieszczam zdjęcie.

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-28 11:32:05
SŁAWUŚ, BRACIE UKOCHANY, DZIĘKUJĘ!

Wszystko ma swój początek i koniec, swój czas i swoje miejsce, pulsujemy w rytmie dla nas nieprzewidywalnym. Kochany Bracie, ślę wielkie DZIĘKUJĘ! I chociaż może kilkoro z nas buszujących po tych blogach poczuje się teraz, bez Twej aktywnej obecności, jakbyśmy zgubili kluczyki od samochodu, to jednak jakoś pojechać musimy, np. korzystając z usług serwisowych. Ja mam jeszcze tę komfortową sytuację, że mogę po prostu zadzwonić. Zerkaj, zerkaj jeszcze z sympatią na te strony spośród swoich żółtych piasków, z ciepłym wyrozumieniem. Kończymy zatem razem pewien ciekawy i chyba dość efektywny wspólny etap. W następnym Ty wyruszasz na Dakar, ja zaś pod maltański sztuczny stok, na wrotkach. Różnymi drogami, przez słońce i ciemności, wichry i burze, ale oby do wspólnego finiszu. Może się zdarzyć jeszcze po drodze, że złapiemy gumę, że nie raz obrazimy sędziego i trenera, bo podwieziemy na ramie niegrzeczną pielęgniarkę do sklepu, zamiast starać się premiować na etapach. Przepraszam, chyba w tej chwili bardziej mówię o sobie... W każdym razie, raz jeszcze: - DZIĘKUJĘ za prawdziwy przykład ODWAGI, BEZKOMPROMISOWOŚCI, KONSEKWENCJI i SZCZEROŚCI, za wybornej jakości owoc, który położyłeś na stole. To duże wyzwanie!

PS.

Ach, jeszcze jedna rzecz; oto pani Elstera poczuła się zdruzgotana Twoją deklaracją i prosi mnie usilnie, abym ponownie użyczył jej miejsca na list, w którym chciała się pożegnać - oczywiście z Tobą! Chciałem podać jej adres domowy, ale ona uparła się na mojego bloga. Nie jest wszak tajemnicą, że argumenty ma niezaprzeczalne, a ja wciąż jeszcze nie należę do wyjątkowych tuzów wolnej woli, tak więc jej kolejna wizyta być może już ostatecznie pozbawi mnie resztek człowieczeństwa. Już przecież wymogła na mnie, abym w treści jej listu nie tknął nawet przecinka. Aż boję się pomyśleć, co będzie dalej! Chyba się zgodzę, prawda? Bo jeśli zapragnie, abym zjadł śledzia, wroga kolarza, cóż uczynię? Nie, no chyba mi tego nie zrobi!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-25 21:34:40
KAŻDY MA PRAWO DO KRYZYSU...

Pani Mary Kelly została feministką - jak sama twierdzi - po traumatycznym wydarzeniu z jakim przyszło jej się zmierzyć już w wieku lat pięciu. Otóż pewnego razu jej ojciec obdarzył ją i jej brata prezentami; on dostał słownik hiszpański, a ona książeczkę o wróżkach. Straszne! Słusznie więc zbuntowała się na ten iście faszystowski gest ze strony rodziciela. Jak on mógł postąpić tak nieroztropnie, niefrasobliwie, nierozważnie, nieodpowiedzialnie!? Czemuż w swym szowinistycznym zaślepieniu, umysłowej aberracji nie zdołał powstrzymać swych skrajnych zapędów nawet wobec własnej córeczki; czemu tak beznamiętnie dał sygnał światu, że syna chce edukować a ją ledwie przysposabiać!? Dlaczego też w ogarniętej wojną Angoli, pośród romantycznie świszczących kul, nie wysilił się bardziej, nie pomyślał poważniej o jej przyszłości i wpadł przez rozbite pociskiem okno do pierwszej lepszej księgarni, zamiast powalczyć trochę i zdobyć - dajmy na to - ekskluzywny komplet dzieł Engelsa wydany na papirusie z glossą na glinianej płytce? Nigdy się tego nie dowiemy... Dlaczego jednak w ten nieoczekiwany sposób poruszam temat, który nikogo nie obchodzi? Ależ, proszę bardzo - oto odpowiedzi: 1. Jutro poniedziałek 2. Jutro powrót do pracy! 3. Noga nie podaje... 4. Grałem wczoraj koncert charytatywny i dolega mi zespół bolącej główki, bowiem sponsor oprócz szpiku fundował kolosalne ilości Perły chmielowej z Lublina 5. Piękny etap na Giro, niestety Gato Sylwester (Lampre) przyjechał po zakończeniu transmisji 6. Za oknem zimno i mokro 7. Jestem zły, bez humoru 8. Nie mam nikogo pod ręką, nikogo na kim mógłbym się wyładować 9. Miałem nadzieję wyżyć się na mechanikach BMW-Sauber, ale na moje nieszczęście Kubica był dziś drugi 10. I co ja mam teraz zrobić? 11. Chciałem pokrzyczeć na tę nieszczęsną feministkę, ale mi przeszło 12. Zresztą ona zupełnie nie jest w moim typie; dawno przekroczyła osiemdziesiątkę 13. Jak w piosence: ...za młoda na sen, za stara na grzech... O, właśnie - sen!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-22 20:28:27
OD PROCESJI DO OBSESJI - CZYLI TAM I Z POWROTEM

Nie za bardzo dzisiaj jestem "czasowy". Ale kilka zbrodniczych zdanek namaluję. Kasia pytała mnie na blogu o parę rzeczy, które dość niejasno prawdopodobnie sformułowałem - zgodnie zresztą z moimi wadliwymi nawykami. Chciała wiedzieć, np. w jaki sposób wsiąść na rower w damskich szpilkach (a już myślałem, że dowiem się tego od niej!) i czy wolno to zrobić będąc po użyciu dziadkowego naparu. Odpowiedź jest trudna. Z jednej strony po "bańce" tego legendarnego płynu wszystko jest możliwe - nawet wejście na trzepak pod blokiem i odśpiewanie z niego arii z "Wesołej wdówki". Z drugiej jednak, wątpię, by w trzeźwości ktoś zdołał poważyć się na odegranie wspomnianej sceny, a więc i by pchał się na rower w szpilkach. Ale, co ma rozsądek do życia, nie pojął nawet Makbet, a przecież jako człowiek wysoko postawiony z pewnością miał na to "papiery". Jednakże kobiety, w stosunku do których noszę w sercu ogrom wiary w ich możliwości kreacji, podziwiam ich zmysły i zdolności improwizacyjne - cenię wyżej, i cenię niezwykle! Z uznaniem, i niemym zachwytem nieraz, przyglądam się tym kablom elektrycznym sklejonym plastrem na odciski, rurom wydechowym umocowanym szmatą, heroicznej walce przy wsiadaniu na rower w opiętej mini-spódniczce, kobiecej wytrzymałości terenowej wobec braku toi-toi podczas imprez plenerowych. Wielki, wielki szacunek! Napadnięty przez nie w ogóle bym się nie bronił... Nawet może bym chciał! Tak od czasu do czasu... Najlepiej na jakiejś łące (kocham przyrodę!). I żeby było ciepło. A one we dwie. Albo trzy. Ja bez pieniędzy i bez szans ucieczki do lasu. Tylko one bez dresów. Nie lubię dresów! No cóż, tymczasem w tej materii mi się stanowczo nie wiedzie. Tak... O, matko! o czym to ja chciałem... Zupełne rozkojarzenie. Ech, nawet w Boże Ciało wyłazi ze mnie ta szowinistyczna gnida! I na procesji przecież byłem, i biskupa Nizińskiego wysłuchałem, a on prosił, tłumaczył jak dziecku... Wszystko na nic! Wstyd! Muszę się w końcu wziąć za siebie, bo jak tak dalej pójdzie, umrę głupszy niż się urodziłem. Od nagłej, a niespodziewanej śmierci...

PS.
Na zdjęciu kościół w budowie. Zupełnie jak ja!

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-21 15:17:59
CZYM JEST HONOR, I PO ILE CHODZI NA ALLEGRO?

Już zabierałem się za komentarz do swojego poprzedniego poradnika jazdy bezpiecznej i komfortowej, kiedy po włączeniu komputera zza pleców usłyszałem klasyczny wstęp, po nim najazd na ambicję zakończony treścią właściwą - o charakterze roszczeniowym, oczywiście! Żona zapragnęła bowiem odbyć mały "Tour de Sklepy z Szafami Wnękowymi". Ponieważ mam predyspozycje raczej zdecydowanie sprinterskie, jazda parami wybitnie mi nie leży. Ona za każdym razem drąży każdy szczegół, dręczy sprzedawców mnóstwem słusznych, jak i całkowicie absurdalnych pytań, podczas kiedy ja, po prostu wchodzę, oglądam, dotykam, objadam hostessy z cukiereczków i wciskam drobne aluzyjki, że niby je też chętnie bym napoczął, ale małżonka przy kasie... oj, takie tam kity wciskam, aż żenada czasem, a każde "w czym mogę pomóc?" zbywam lekceważącym milczeniem. I wychodzę. Ale nie dziś... Uparła się wierzyć w istnienie wysokiej jakości produktu za minimalną cenę - zapachniało maratonem, jak nic! Szczęśliwie i ja się niekiedy mylę. W sklepie (nazwijmy go nr 1) pan
"Wczymmogępomóc" został przez żonę podkasowany praktycznie już w drzwiach. - Proszę, pana...ojej, dzień dobry, przepraszam! Proszę pana, chciałam się dowiedzieć... takie drzwi (tu rękami zaczęła rysować w powietrzu fantazyjne linie, zawijasy, stawiać punkciki)... ile by to kosztowało? - Zmarkotniał człowiek, ja zaś udawałem, że coś z komórką nie tak i gapiłem się w jej ekran symulując poważne zaniepokojenie jej stanem technicznym. Po chwili ciszy pokazał jednak co znaczy być zawodowcem! - Jakie jest światło otworu? - spytał z trzeźwością umysłu rzadko spotykaną o ósmej rano, wykazując przy tym gotowość do przedłużenia dystansu. Ponieważ już kiedyś słyszałem podobne pytanie, również i tym razem zechciałem wniknąć pod papier kolorowej tapety z wizerunkiem Dubrownika (zapewne sprzed zbombardowania go przez Serbów). Czułem jak wilgoć tego portu spływa mi po plecach. - Przemek! - zawołała żona - chodź tutaj, pan coś się ciebie pyta! - No jasne! Mnie się pyta. Facet faceta zrozumie przecież z łatwością, prawda? Oni wszyscy przecież wiedzą co to jest "światło otworu", triangulator, kranik przelotowy i wyjście do baterii, wiedzą jak z klaty wypchnąć 120 kg. bez użycia dźwigu, gdzie wlewa się płyn do spryskiwacza, umieją skręcić w lewo nie powodując utrudnień w ruchu lokalnym jak i krajowym, potrafią bezproblemowo rozpalić grill, zjeść golonkę i wmówić wszystkim, że piwo jest na nerki i że lekarz im kazał. Podszedłem do tego kupieckiego twardziela z głową spuszczoną i miną podwodnego leszcza. Nie śmiałem spojrzeć mu w oczy. - Jakie jest światło otworu? - ponowił to swoje sadystyczne pytanie. W głowie galopada myśli, porównywalna jedynie z emocjami towarzyszącymi egzaminom państwowym. W jednej chwili przemknęły mi przed oczami wszelkie rodzaje światła z jakimi zdarzyło mi się obcować w moim nie zawsze przykładnym życiu. Było więc "światło w tunelu", "światło życia", "światła mijania", "zielone światło", "prędkość światła", był Józef Światło esbek skruszony, była "świetlana przyszłość", ale żadnego, bladego nawet cienia "światła otworu"! Niby mogłem skontrować, np. pytając: - Jakiego gatunku są drzewka w Yad Vashem? - Ale to ryzykowne. Mógł przecież wiedzieć. Stałem więc bezradnie, jak uczeń pod srogim spojrzeniem pana profesora. Uciec! Uciec do sklepu nr 2! Jak najdalej stąd! Matko moja, chyba nie jestem prawdziwym facetem! Inaczej zrozumiałbym przecież żargon tego speca od świateł. Coś już tak jakoś wcześniej podejrzewałem, i faktycznie; gwoździe od dawna wbijam krzywo, nie mam kompletu żadnych narzędzi, wracam z pracy punktualnie, już dwa razy byłem w "ciuchlandzie" (bez rezultatu), wyrzucam śmiecie i odkurzam bez dodatkowych batów, nie wiem ile koni mechanicznych ma nasz samochód, nigdy nie piłem taniego wina, nie chodzę na mecze piłkarskie na stadionie, w kościele klękam na dwa kolana, wygrałem może z pięć wyścigów na sto w których wystartowałem, nie żyję w trójkącie, czworokącie, czy innym wielokącie - no, jest ze mną dramat i koniec! Mogę wprawdzie próbować się bronić, że przecież w kuchni na luzie topię ziemniaki na równi z pyzami, żywcem spalam kotlety, nie zmywam (zbyt często!), że wiem o której wstaje słowik, umiem zrobić wiertarką dziurę w ścianie i dumnie nazwać ją otworem montażowym kołka rozporowego. I pomyśleć, że jakieś głupie "światło otworu" zdołało naruszyć podstawy mej męskości... Ostatkiem sił zatem, poprosiłem pana sprzedawcę o katalog. Natychmiast odszedł, a w uchu usłyszałem jej niecierpliwy szept: - Nie wiesz co to jest!? - Wiem! - odparłem. - Zapomniałem tylko jaki wziąć przewód. - Jeszcze bardziej się zbliżyła do mojego ucha, niemal go dotykając ustami. - Jaki przewód? Do czego? - zapytała znowu. - Nie teraz, kochanie! - szepnąłem - Weź sobie może na razie tic-taca... - Wiem, wiem że nieładnie, ale musiałem. Walczyłem przecież o honor! Swój honor!
PS.
Na zdjęciu trasa maratonu w Nałęczowie. Duża pętla ma sporo ponad stówkę po terenie. Ja nie mogę... Ja muszę w tym stanie rzeczy... Za dwa tygodnie!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-19 20:46:03
SZEŚĆ SPOSOBÓW NA BEZPIECZNĄ JAZDĘ

Niepozostając nieczułym na los poznańskich, systemowo gnębionych rowerzystów, w szczególności zaś zdjęty nieprzyjemnym wypadkiem, jaki przydarzył się koleżance k.to (pierwszej kobiety, którą zapoznałem wyłącznie za pomocą innych łączy i przewodów, niż pokarmowy i... niepokarmowy zgoła) postanowiłem podzielić się swoim jeździeckim doświadczeniem w nadziei, że uda nam się w przyszłości wspólnie unikać podobnych zagrożeń. Czy ma jednakże sens słuchanie rad płynących od człowieka, który na kamieniach i asfaltach pozostawił więcej skóry niżby jej było potrzeba do rekonstrukcji zacnej wielkości Dodzinych przymiotów? Pomimo tych wątpliwości, zachęcam do chociażby przejrzenia poniższego poradnika. Zacznę więc od fundamentu - nigdy nie wsiadamy na rower (1) nawet po symbolicznych, aptekarskich, śmiesznych, irytujących, czy wręcz strzykawkowych dawkach jakichkolwiek preparatów alkoholowych. Łatwo wówczas o uszkodzenie koła na tandetnie ułożonym krawężniku, lub o zderzenie się z szaleńcem gnającym samochodem w pobliżu naszego chodnika z prędkością 30 km/h. Pamiętamy też (2)o całodobowym obowiązku używania świateł mijania w pojazdach mechanicznych. Niesfornych kierowców traktujemy szpilką buta (kobiety) przesuniętą po lakierze pirackiego auta, albo próbujemy usunąć zagrożenie poprzez wyszarpanie (mężczyźni) kierowcy przez otwór szyberdachu, względnie uchyloną szybę. W przypadku ukrycia się sprawcy pod osłoną klimatyzacji ograniczamy się jedynie do szybkiego donosu. Przymierzając się do przejazdu po zebrze zaopatrzonej w sygnalizację świetlną (3) zajmujemy pozycję wyjściową na wprost pieszych ustawionych po przeciwległej lewej stronie. Na zielonym ruszamy gwałtownie w ich kierunku. Polska jest krajem ludzi wyjątkowo rozsądnych, z pewnością więc w porę się usuną. Kasku nie używamy (4). Jest zbyt drogim gadżetem, by ryzykować jego uszkodzenie. Zszycie głowy jest darmowe, a kasku nikt nam nie naprawi - rachunek ekonomiczny jest więc prosty. Matki z wózkami (5) blokujące uporczywie wąskie chodniki usuwamy wyzwiskami (dostępnymi w prasie codziennej i w bezpośrednich relacjach z obrad komisji sejmowych). Powodowani ekologiczną troską o losy całego świata (6) po zmroku oszczędzamy baterie w latarkach. Włączamy je tylko w wyjątkowych sytuacjach, np. w celu sprawdzenia która jest godzina, ewentualnie prezentując przypadkowo spotkanym znajomym ilość mrugających "melodyjek". W razie niefortunnego zatrzymania przez również słabo widoczny patrol policji, wykorzystujemy swój wdzięk i urok osobisty (kobiety), oraz wdzięk i urok osobisty...(wszyscy pozostali). Spowiadamy się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Pamiętajmy o mocnym postanowieniu poprawy!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-18 16:40:56
NADLEŚNICTWO I ZŁODZIEJSTWO!

Chyba dzisiaj naprawdę trochę potrenowałem, bolą mnie nogi, wszystkie mięśnie i piecze mnie w płucach. Epicentrum mojej dotykowej wrażliwości zostało zmaltretowane siodełkiem i tymczasowo zniknęło z mapy ciała jako punkt służący do czegokolwiek. Zachowuję oczywiście spokój, wiem przecież, że za parę godzin wszystko wróci do normy. Pytanie tylko, czy ma po co wracać? Pod tym względem tego sezonu nie mogę uznać za udany. Czy narzekam? Panie, uchowaj! Może trochę na zbrodnię, jakiej zuchwale na mnie dokonano wczoraj, w godzinach nocnych. Spod samych drzwi zniknął mój rower! Zupełnie jakby ewaporował. Wieczorem był. Rano nie. Na szczęście nie chodzi o moją bojową maszynkę, lecz o złomik wiernie wożący mnie do pracy. Ale szkoda mi go również. Nie zawsze bowiem byłem dla niego dobry, nie zawsze traktowałem w sposób właściwy, nie myłem jego ramy, kół - wstyd mi! Pamiętam jak dwukrotnie bodaj zostawiłem go samego w ciemnym lesie, gdzie z grupką kolegów-kolarzy dopuszczaliśmy się nielegalnego pieczenia kiełbasek, a tak sporządzony węgiel popijaliśmy przeróżnymi mieszankami napojów alkoholowych i prowadziliśmy jałowe dysputy na temat najlepszych przełożeń, łańcuchów, wielotrybów i koleżanek z klasy. Pamiętam też, że po północy wszyscy już z reguły byliśmy spóźnieni do domów, a ów fakt jednoczył nas jeszcze bardziej i kierował sfaulowane umysły ku dostrzeżeniu niewiarygodnych przeciwności jakie miały nas spotkać w lesie, uniemożliwiając punktualny powrót. Np. kolega utykał nagle w chaszczach podczas próby łamania dziesięciometrowej sosenki, która nagłym a niespodziewanym ruchem powalała go w kłębowisko paproci i jeżyn. Inny kolega zmoczył spodenki i trzeba było solidarnie czekać aż wyschną - no bo jakżeby inaczej!? Ktoś inny gubił klucze, ktoś inny scyzoryk i komórkę, ginął czasem nawet rower, a wszystko to w zdumiewających okolicznościach! Należało wówczas sporządzać skrupulatnie listę podejrzanych, na której pomijano właściwie chyba tylko wiewiórki - a i to raczej przez stałe przeoczenia. Dyskusje więc trwały, a nieodnaleziony rower wylegiwał się trzy metry za naszymi plecami. Azjatycki mikroklimat płata czasami figle, zabawiając się - szczególnie zaś po nocnych ogniskach - przejrzystością powietrza. Tym razem, niestety, złodziej okazał się całkiem realnym sukinkotem, któremu - kurde balans! - po katolicku wybaczam! Złodzieju, naprawdę ci przebaczam, ty kochany bandyto, podły i podstępny złoczyńco nie chowam urazy ani noża za plecami - kurczę! - chłopie, nic do ciebie nie mam - nic!

PS.

Na zdjęciu dwa cienie - mój i jego, tego zaginionego. Żegnaj, stary! No i sorry za las.

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-16 18:34:58
CO MOŻE WYNIKNĄĆ ZE SPOTKANIA Z BURSZTYNEM WSCHODU?

Rano spowiła mnie pewna natrętna myśl, nie dając mi spokoju aż do tej pory. Wizyta w Poznaniu! Dwa, może trzy dni. Stęskniłem się za braterskimi heroicznym niemal spacerami nad Maltą smaganą wichrem i gęstym deszczem, za wspólną eksploracją podziemi Katedry na Śródce, gdzie nasza podniosła świadomość korzeni, polskości, tożsamości narodowej, wzbiera do niebotycznych poziomów euforii, jaką być może potrafią wygenerować z siebie jedynie kibole Lecha przy bramce na 1:0 w ostatniej minucie meczu z Legią. Uwielbiam razem wędrować po staromiejskich uliczkach, pytać po dziesięć razy w którą stronę jest "okrąglak" - w Poznaniu zatracam swój znakomity, acz dziki instynkt orientacji - szczególnie dobrze czuję się pośród kamieniczek w aurze zapadającego wieczoru. Tym bardziej, że ostatnio można podobno wybrać się tam o późnej porze bez ryzyka użycia noża, czy pojemnika z gazem pieprzowym. Lubię zajrzeć do którejkolwiek małej kafejki, pod warunkiem, że kawa nie kosztuje tam więcej niż moje buty. Usiąść, pogadać, po prostu pobyć razem, popróbować coś poskładać, przynajmniej opisać - bo nie wszystko trzeba przecież składać na siłę do kupy, prawda? Ofiarować się takim, jakim się jest, w sposób nieograniczony, nielimitowany. Tak. Tym razem byłoby podobnie; przyjechałbym "Gałczyńskim", który jako jedyny łączy azjatyckie stepy z kulturą Zachodu, zabłądziłbym w przejściu podziemnym i dla niepoznaki kupił tam pączka. Szybki telefon i po kłopocie. Pączek w koszu, ja na powierzchni. Czy wziąłbym rower? Nie wiem, raczej chyba nie. A buteleczkę dziadziowego destylatu? Zależy. Owszem, mogę to uczynić, ale po uprzednim wyraźnym złożeniu przez kogoś zamówienia. Żeby nie było nieporozumień. Więc jeśli ktoś zapragnąłby owegoż trunku, proszę o umieszczenie w komentarzu do bloga jakiejś interesującej go cyferki, przykładowo: 1. Przypomnę tylko, być może niepotrzebnie, że 1 l. pozbawia świadomości na jeden dzień, 2 l. na dwa dni, i tak dalej, i tak dalej, aż do pięciu, która to liczba niczego już nie pozbawia, z wyjątkiem życia. Zresztą chętnym przywiozę instrukcję obsługi i może zaprezentuję w praktyce założenia taktyczne jakim trzeba się podporządkować w bezpośrednim zetknięciu z "Bursztynem Wschodu". Umówimy się w jakimś miłym zakamarku, pointegrujemy, tylko żebyśmy mieli do wyboru ze trzy warianty ucieczki przed strażą miejską - chyba, że u kogoś w domu, ale tak raczej bez "monitoringu", rozumiemy wszyscy, prawda... ;) A jak nam zaiskrzy, zrobi się miło (choć może trochę chwilami "niedobrze"), przejdziemy pomalutku na dogryweczkę, gdzieś przy Rynku. Tam, ugoszczony z przysłowiowym poznańskim szerokim gestem, uszczęśliwiony i słabnący, pośmieję się nieco (tak jakoś mam!), zapragnę kogoś odprowadzić, a tymczasem on odprowadzi mnie, lub też odwiezie. Ale to tak hipotetycznie - pierwszy raz żartuję. Słyszałem zresztą, że podobny scenariusz jest tak samo prawdopodobny w Poznaniu, jak możliwość złożenia skutecznej wizyty przez pana Jerzego Urbana w agencji towarzyskiej na warszawskiej Pradze (o czym był łaskaw sam gdzieś opowiadać), którą to możebność uwarunkował zafunkcjonowaniem w jego przypadku "pomocy Boskiej". Po chwili jednak dodał, że problem tkwi w pewnym drobnym szczególe - mianowicie, że Boga nie ma! Otóż, panie Jurku, Bóg jest i ma się całkiem dobrze. Śmiało może pan próbować swych ostatnich sił. Problem, jak słusznie pan zauważył, rzeczywiście tkwi w drobnym szczególe; mianowicie lepiej by było dla pana, gdyby już po tym "wszystkim" jednak się pan nie mylił! No dobrze, zanadto się dziś rozpędziłem. Precz ze stereotypami!

PS.

Wisła coś ostatnio brudnawa. Patrz zdjęcie.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-15 11:17:56
WPRAWKA NA TEMAT POWROTU DO PRACY - A ZA OKNEM SŁOŃCE!

Powoli nadchodzi dzień mojego powrotu do pracy. Po dłuższej przerwie ciężko się pozbierać i przełknąć tę nieuchronność. Żadnej bocznej dróżki, żadnej ścieżynki na skróty żeby ten moment jakoś chytrze obejść i znaleźć się od razu na wakacjach. Lenistwo? A skąd! Mając naiwną pewność, że mój chlebodawca nie czyta moich zapisków, mogę z umiarkowaną swobodą oznajmić, iż praca w jego firmie nosi w moim odczuciu znamiona jałowości i przyczynia się do eskalacji zachowań aspołecznych wśród pozostałych pracowników. Nie posunę się zbytnio w szczegóły, z uwagi, że może jednak założył mi na komputerze "spyware", wobec czego w tej chwili wypada mi serdecznie go pozdrowić! Mam charakter budowniczego mostów, nieskorego zbytnio do przyglądania się cudzym błędom, lubię szybko wstawać z kolan i mam kilka słabości (plus następnych kilka, do których w życiu się nie przyznam!). Jak wiadomo most potrzebuje przyczółków po obu stronach, inaczej bowiem powstanie spacerowe molo i będzie miło i będą widoki, ale nie dojdzie się donikąd. Ta firma kładzie co najwyżej chybotliwe kładki, zadowalając się optycznym wizerunkiem, w którym na jej terenie panuje ruch, wychodząc ze słusznego z pozoru założenia, że pracownik ruchliwy jest jednocześnie pracownikiem "pracującym". Pracownik o obniżonej mobilności, z dużą dozą prawdopodobieństwa stale coś knuje, być może nawet posuwa się do samodzielnego myślenia, przez co staje się z definicji osobnikiem podejrzanym i z gruntu niebezpiecznym. Ach!, szkoda, że kodeks pracy stanowi tak archaiczne zapisy, jest tak mało liberalny, taki nieprzystający do rzeczywistości wolnego rynku, no tragedia!, żadnego bata, nic!; żeby można choć było postraszyć tego krnąbrnego wyrobnika małym rozstrzelaniem, albo drobną amputacją tej kończyny, którą starał się unikać pracy (nie wyłączając głowy). A tak... trzeba mu regularnie płacić, odprowadzać składki za które on później będzie sobie leżał na zwolnieniu lekarskim, pamiętać o paczkach na święta dla jego dzieci, refinansować połowę kosztów wyjazdu na wczasy z całą rodziną - co niesie za sobą dodatkowe zagrożenie na przyszłość, bo facet temperamentny jest! - obdarowywać go trzy razy w roku bonami o znacznej wartości materialnej, wciskać mu okazyjne premie, napoje chłodzące w lecie, festyny pracownicze, grill, darmowy basen, bibliotekę, czasem mleko - no, nie do pomyślenia! I co ta gadzina jeszcze chce!? Wcześniej chciała tylko chleba, a teraz co - pokoju i miłości!? Na okulary profesora Balcerowicza, jakiż to język!? Nie po to wszak budowaliśmy basen, żeby nam teraz jakiś trybik na L4 stawiał w poprzek mosty! O, kolego! Wracaj ty szybciutko do pracy i nie kombinuj. Są zadania, polecenia, instrukcje, nowy długopis, krzesełko, grill za tydzień. Wracaj, a my już cię tak pokochamy, że...

PS.
Tymczasem wykorzystując mój militarny nastrój walki o dobre obyczaje na płaszczyźnie pracowniczej, przystępuję do sklejenia modelu okrętu Bismarck. Lepszy byłby jakiś żaglowiec, ale ręce jeszcze mi się trzęsą od pisania, poza tym ten był znacznie tańszy.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-14 19:57:38
ZUS, DWA I TRZY!

ZUS. Siódma rano. Punktualnie odnajduję pokój 111, wchodzę, klamka w lewej ręce, pan orzecznik natychmiast orzeka, że chyba nie czytam napisów na drzwiach. Ponieważ nie byłem w stanie zaprzeczyć jego bystrej uwadze, zawróciłem z gościnnego progu, usiadłem na krzesełku i oczekiwałem pokornie dalszych instrukcji. Będąc całkowitym laikiem w dziedzinie ZUS-owskich procedur nie byłem pewien swojej najbliższej przyszłości. Pachniało wprawdzie kawą, ale proszę Państwa, umówmy się - tak? Nie liczyłem więc na zbyt wiele, nic przyjemnego w każdym razie, tym bardziej, że na korytarzu panowała wręcz grobowa cisza. Nie byłem zasadniczo w grobie, ale tutaj ponownie się umówmy - tak? Nagle z jednego końca holu na drugi przedefilowała przede mną pani starszy referent Agnieszka... i dalej nie doczytałem wpatrzony w jej dżinsowo-anorektyczne kształty. Błąd, bowiem pan orzecznik wyraźnie polecił baczne studiowanie tutejszych napisów, a po późniejszej analizie zapisu z kamery - mało subtelnie ukrytej za palmą - będzie miał na mnie kwity, że ho! ho! Oczekiwałem więc nadal biernie, nie chcąc się nijak narazić podejrzanymi ruchami. Swędziała mnie łydka, ale się bałem nachylić, w obawie, że nagle rzuci się na mnie znikąd jakiś ochroniarz, przekonany, że indiańskim sposobem ukrywam pod spodniami nóż. U Karola Maya tak było, a w rzeczywistości? Matko, co za ponure miejsce! Nawet złamanego krzyżyka, żeby sobie było do czego westchnąć! I właśnie szykowałem się na ponowny przemarsz anoreksji, kiedy zza drzwi, których uprzednio nie doczytałem, odezwał się okrzyk: - Jedynka, proszę! - Ponieważ nie mogło chodzić o panią starszą referent, wychudzoną na ZUS-owskim wikcie, podjąłem inteligentne przypuszczenie, że może chodzić tylko o mnie. Wszedłem zatem bez zbędnej zwłoki. Pan orzecznik poprosił o dowód, kartę ze szpitala, i co pan tam ma. Nie miałem niczego, przypadkowo zapałki, ale raczej nie chodziło mu o to. Usiadłem bez pozwolenia i natychmiast zdjął mnie lęk, czy nie naruszyłem ponownie jakiejś procedury. Ale nie rzucił mnie na glebę, tak że chyba było w porządku. Zdjąć spodnie, skarpetki też - jakby nie wiedział, że dżentelmen zawsze zaczyna od skarpetek! Poczułem się troszkę jak na wybiegu dla modelek, bo musiałem zrobić kilka kroków tam i z powrotem. - I co? Jak się pan czuje? - Miałem mu odpowiedzieć, że jak idiota? Mruknąłem jednak coś bez sensu, a on raźno przytaknął. - Dobrze, dziękuję! - orzekł tonem orzeczniczym i zamilkł na dobre. Ponieważ w dalszym ciągu nie miałem pojęcia co mówią procedury na temat opuszczania krzeseł w ZUS-ie, tkwiłem nadal. Cisza. Brak świadomości czegokolwiek wokół. - Coś jeszcze? - zapytał pan doktor. - Nie, nie! Trochę się zamyśliłem. To mogę wstać, tak? - oj, słabo to rozegrałem! Popatrzył tylko, jak na kretyna, myślami będąc już pewnie przy dwójce. Wychodząc zerknąłem na nowo przybyłą dwójkę... miała co najmniej trójkę... W domu, to już kawa, takie tam, no, życie!

ps. Na zdjęciu, pod ZUS-em, rok temu.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-12 14:47:07
Z PAMIĘTNIKA WEEKENDOWEGO ROCKANDROLLOWCA, KTÓRY JESZCZE RANO BUSZOWAŁ W TATARAKU.

Nie ma co, potłukliśmy się wczoraj na próbie solidnie, do tej pory świszcze mi w lewym uchu. Niby moglibyśmy grać ciszej, ale to charakterystyczne drżenie powietrza przy progowym obciążeniu ucha sprawia, że gałki we wzmacniaczach rozkręcają się same, a my wraz z nimi. Po około półgodzinnym bombardowaniu Drezna niezawodnie nachodzi człowieka lekka głupawka, macha się rękami z całej siły uderzając w instrument, jakby stanowił on istotną przeszkodę w doprowadzeniu się do szaleństwa, do którego mimo wszystko człowiek chce się doprowadzić. Dobrze, jeśli w tej fazie samoeksterminacji pęka komuś struna, siada wzmacniacz, lub któryś z kolegów dostaje kolki wątrobowej, bo wówczas pojawia się szansa aby przerwać ten destrukcyjny pęd ku nicości, czegoś się napić, sprawdzić ponownie zasięg w telefonie, zaproponować kręgle w celu rozładowania nagromadzonej niepostrzeżenie agresji; zawsze to przecież lepiej poprzewracać bezmyślne pachoły, niż zaczepiać równie bezmyślne przypadkowe dresy zawsze przecież zdolne wyprowadzić z karku cios kończący nasze sny o potędze. Wczoraj wprawdzie nikt z nas nie zaliczył podczas grania żadnego poważniejszego defektu, lecz i tak byliśmy zmuszeni zakończyć przed czasem. Pojawił się bowiem kolega w towarzystwie umiarkowanie urokliwej koleżanki, umiarkowanie trzeźwej, stanowczo jednak nieumiarkowanej w zakresie poziomu poufałości na jaki można sobie pozwolić przy pierwszym spotkaniu z grupką trzech przepoconych graniem świrów z obłędem w oczach. Kolega był pod wpływem, na wszystko reagował nieobecnym uśmiechem, i ciągle powtarzał, że dzisiaj wszystko jest dla nas - doprawdy, aż dziw bierze na myśl, że w ogóle do nas dotarł bez złamań! Wszystko, to wszystko! Wybraliśmy kręgle. Oboje poszli z nami. Ściślej - pojechali. Ona wciąż z pełnią niekłamanego entuzjazmu dociekała dlaczego bas ma tylko cztery struny, swoje zachwyty przerywając coraz bardziej piskliwą czkawką i nieustannie zdziwionym "o, kurczę!". Szczęśliwie szybko dotarliśmy do celu. Tłumu nie było, ale jakoś udało nam się możliwie zwinnie i sprawnie rozproszyć, zejść z oczu towarzyszącej nam parce, z której jacyś kręglarze amatorzy szybciutko zagospodarowali jej żeńską część - ku jej wyraźnej uciesze - męską zaś pozostawiając w trwałym zespoleniu z pomieszczeniem żółtawej toalety, gdzie pośród tryskających odgłosów miała oczekiwać znalezienia przez zirytowaną obsługę baru. Jednakże rozproszenie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania i okazało się na tyle skuteczne, iż rozstaliśmy się w końcu typowo po angielsku. Bas chyba zmienił lokal, bęben się dziwnie zawieruszył, gitara wróciła do domu, gdzie w drzwiach nieoczekiwanie natrafiła na małżonkę, a że było po drugiej nie wyjmowała przy niej instrumentu, nie śpiewała, tylko się zdziwiła jak ten czas szybko leci; pierwsza, druga, wpół do trzeciej... Przypuszczam, że chyba jednak trochę pograliśmy w te kręgle, albo może w bilard, no, nie wiem, ale przecież musieliśmy coś robić przez te kilka godzin! Dziś wieczorem się spotkamy i spróbujemy wspólnie ustalić co się wczoraj właściwie stało i czyje są te skrzypce, które przyniosłem do domu zamiast gitary. Kurtkę już ustaliłem.

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-11 19:18:34
GIRO ITALIA!

Pokręciłem się wczoraj rano rowerem po okolicy, przeprowadzając tym samym trening mentalny przed popołudniową relacją z pierwszego etapu Giro Italia. W zasadzie mogę tutaj bez większych ceregieli złożyć deklarację, że jestem dosyć mocno zboczony; to jest, oczywiście, zboczony na punkcie tego wyścigu, jak i jego dwóch wielkich odpowiedników w Hiszpanii i Francji! Zacząłem właśnie wraz z kolarzami zwiedzanie Sycylii i po drużynowej "czasówce" po ulicach Palermo (to taki mały odpowiednik naszego Pruszkowa)
dzisiaj przenieśliśmy się do Agrigento, dokąd dotarliśmy urokliwymi pagórkami z Cefalu. Świetna końcówka! Jutro wystartujemy razem z Catanii i będziemy finiszować w Milazzo, mijając po drodze Etnę, przyjrzymy się jej całkiem z bliska i jeśli będziemy mieć trochę szczęścia, to nam nie wybuchnie przed nosem, bowiem tamtejsza mafia kontroluje dosłownie wszystko; nawet ilość lawy i charakter "newsów" dla TVN 24. Bardzo lubię Włochy. Stamtąd wyszły słowa naszego hymnu, tam strzela bramki Totti, gra Milan, finiszował "Super Mario", Rzym się zbudował, spalił, znowu zbudował, i tak stoi. Trochę sobie nieszkodliwie ubzdurałem, że każdy przeciętny Włoch ma siostrę podobną do Monici Bellucci, kochankę z Albanii, Polkę w truskawkach, choćby maleńkie Ferrari, jeździ codziennie "szosówką" ubrany w spodenki z lycry z napisem Amore Vita słuchając z mp3 opery "Tosca", płacząc przy tym i zapijając winem z bidonu, myśli potem co by tu dzisiaj na kolację oprócz małżonki, ośmiornicy i kluchów, a jest do tego wszystkiego również mistrzem patelni, co wyjątkowo w moich oczach czyni z niego pół-boga. Wiem, że to wszystko, to tylko sport. Wiem, ale nic mi to nie daje. Viva Italia!


PS. Kibicuję Lampre, drużynie włoskiej, z jedynym Polakiem w wyścigu. Ermanno, a może zechciałbyś podzielić się z nami jakimiś ciekawostkami związanymi z miejscami przez które podróżuje Giro? Bracia Bajew proszą!

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-09 11:23:03
KIEDY DZIADKOWI SIĘ NIE KLEI...

Telefon wczoraj po siedemnastej, dzwoni dziadek, odbieram więc z taką "pewną dozą nieśmiałości". - Halo... - zabrzmiała moja zwerbalizowana nieśmiałość. - Cześć! Przemek, masz chwilę? - Dziadek miał w głosie zaczątki tej charakterystycznej irytacji, która niejednokrotnie po osiągnięciu wyższego poziomu i nagłym a nieoczekiwanym spadku doprowadzała nas obu na skraje odmiennych stanów świadomości. Trochę się więc wystraszyłem, że znowu napędził tego swojego "zajzajeru" i pilnie mnie potrzebuje w wiadomym charakterze. Ale, zaraz, zaraz! - pomyślałem - a fermentacja? Dopiero przecież były jego urodziny i nawet najszlachetniejsze i najbardziej pracowite drożdże świata "hołubione" przez dziadka przy wykorzystaniu farelki i licznych "zaklęć" nie są w stanie aż tak gwałtownie przyspieszać naturalnych procesów; no, a monopolowa mu szkodzi, jak sam twierdzi. - Mam chwilę. Co tam? - porzuciłem chwilowo nieśmiałość. - Kleju mi zabrakło. Mówię ci... - I odtąd przez co najmniej kilka długich minut streszczał swoje długoletnie pożycie z babcią, układając wszystko w niezwykle barwny stosik wybitnie subiektywnych ocen przetykanych efektownymi przecinkami. Słuchałem bezradnie. Szukałem punktu zaczepienia, żeby się jakoś wtrącić, żeby to przerwać; bo co mnie w końcu obchodzi, że babcina menopauza przyszła jego zdaniem zbyt wcześnie i jest nie do przyjęcia, a zupa wciąż bywa za słona? Równie dobrze ona mogłaby powiedzieć, że łowione przez niego ryby nie są z Wisły, tylko z targu, a jego zwyczaj chodzenia po mieszkaniu w samych spodniach od dresu, pamiętającego jeszcze czasy słynnego bojkotu Igrzysk w Los Angeles, narusza dość zdecydowanie jej wątłe poczucie estetyki - natomiast że sama nosi wciąż ten sam szlafrok nie ma nic do rzeczy! - ...Przemek, dobra, nie ma co, słuchaj... Masz może trochę kleju?
- Jakiego kleju? - Zbędne pytanie, bo nie posiadam nawet zapachu choćby gumy arabskiej.
- Do płytek.
- ...?
- Masz?
- Nie. - zapadła chwila milczenia. W słuchawce coś pykało i lekko mlaszczący dźwięk zapowiadał jakąś puentę.
- No nic! Dobra! To zaleć może. Babka wychodzi...
A to spryciarz! Nie doceniałem go! Ryba była dobra...:)


PS. Ta biedna świnka wczoraj o mało nie została uderzona młoteczkiem - na szczęście dzieci stanęły w jej obronie. Muszę uważać, bo w jej brzuszku zbiera się fundusz na wyjazd w góry z bratem Sławomirem.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-09 10:35:18
SŁAWKU, CZY TEN WYPADEK WYGLĄDAŁ MNIEJ WIĘCEJ TAK?

Ten biedny samczy peleton zdekoncentrował się na samym finiszu na widok ustawionej centralnie pani Grażyny Szapołowskiej po liftingu i kuracji hormonalnej. Najbardziej szkoda mi tych pięknych kół!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-08 14:17:40
BĘDĘ TAŃCZYŁ NA WEZWANIE ZUS!

Na wyraźną sugestię małżonki, że chyba już pora zakończyć tę rozpędzoną zanadto wiosnę, że nic innego nie piszę, tylko o... postanowiłem wziąć sobie do serca jej dobrotliwą uwagę, porzucić namiętności i przejść chwilowo do innego tematu, mianowicie: ZUS! Firmie tej "kibicuję" od lat. Oto pan orzecznik tej zasłużonej w historii Polski instytucji za kilka dni zechce mnie widzieć u siebie w gabinecie. Sprawdzi zapewne zakres moich możliwości ruchowo-rytmicznych. Być może wypuści z "jamnika" fragment nieznanego mi fragmentu świeżego hitu disco polo i każe wykonać prosty układ taneczny, ze szczególnym akcentem położonym na obserwację okolic prawej łydki i stopy. Nie będę symulował, ale on i tak będzie wiedział swoje. Skróci mi zwolnienie lekarskie swym krótkim orzeczeniem, które bezczelnie nazwie komisyjnym. Pan "komisja" działa samowładnie, nie znosi żadnego typu uwag i sprzeciwów. Kiedyś już stawałem przed jego srogim, acz smutnym obliczem. "Proces" Kafki i Ministerstwo Przedziwnych Kroków w jednym. Poprzednio wysłał mnie do sanatorium. Wyraźnie poczuł się zawiedziony, kiedy okazałem umiarkowane - ale jednak - zadowolenie. Liczył bowiem na protest z mojej strony, będąc do końca przekonanym, że zależy mi jedynie na kontynuacji zwolnienia, bo z pewnością mam gdzieś pod lasem ukryte parę grządek truskawek i muszę mieć czas, aby je pielęgnować. Nie przyszło mu nawet do głowy, że przecież była wówczas połowa grudnia, a ja we wszelkich uprawach jestem równie skuteczny jak w kuchni. Dobrze więc, pójdę na spotkanie komisyjne, odczuję znowu jednoczesną potrzebę i brak adwokata, zatańczę, i - niech tam! - nie pisnę nawet słówka. Wszystko to zniosę w pokorze i być może daruję. Jednego im wszak nie zapomnę - tego, że mam być o siódmej rano! Tak, zgoda, rzeczywiście, zdarzało mi się tańczyć do piątej, nawet szóstej czasami. Ale żeby zaczynać o siódmej!? Ta instytucja jest bardziej chora niż jej podopieczni. Kafka i Monty Python w jednym - jak "orzekłem"!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-06 11:30:06
CZY MOŻNA PRZEKROCZYĆ RUBIKON WPŁAW NA ROWERZE?

Moja mała córcia zapytała z przejęciem, po wcześniejszym dokonaniu obdukcji pleców tatusia, czy ten mały pieprzyk pod karkiem jest od szybkiego jeżdżenia na rowerze? Tak z całą odpowiedzialnością, to nie mogłem zaprzeczyć. Przede wszystkim nigdy go nawet na oczy nie widziałem. Tak, rzeczywiście, i owszem, były wypuszczane jakieś filuternie wymruczane sygnały, jeszcze nawet na długo, długo przed ślubem, lecz w tak konkretnych "asocjacjach" ja absolutnie nie miałem głowy do zaprzątania swojej uwagi pieprzykami - a już swoimi w szczególności!. O, właśnie! W ten weekend wyszła za mąż ostatnia z moich koleżanek, która mogłaby wiedzieć coś więcej na temat tej tajemniczej plamki udanie dziś intrygującej moją córeczkę. Mam jednak cichą, acz zdecydowaną nadzieję, że owa pani skorzysta jednak z prawa łaski i zamilknie na wieki. Co prawda na wolności wciąż pozostaje jeszcze jedna z niewieścich postaci dosyć zasłużonych w tworzeniu zrębów pod budowę moich obecnych pewnych umiejętności i zachowań; o nią jednakowoż pozostaję spokojny, uczy religii moją Ulcię, widujemy się tylko w szkole, tam nie ma jeziora, nie ma ogniska, zapachu lasu, przeciekającego namiotu, nie ma w końcu tej ciekawości, czy jej włosy są naprawdę tak miękkie jak wyglądają, czym ona pachnie, a co to jest, a do czego służy... Za to jest wiedza i doświadczenie. Piątka za główne Prawdy Wiary dla córci, piątka dla tatusia na pożegnanie po zebraniu. Ach, wredne uczucie ta pamięć! Tysiąc razy kruszyłem się niczym bułka. Nic nie pomaga! Wychodzę na ulicę, dzieci za rączkę, czerwone, stoimy, po drugiej stronie przejścia zatrzymuje się inna dawna "intensywna znajomość", oboje zmieszani lekko, oboje trochę udajemy, rozglądamy się, chmurki żadnej, znikąd pomocy, istny Rubikon, przejść trzeba, jej jest łatwiej w tych wielkich ciemnych okularach, ach, tak!, czyli zawsze gotowa do podobnych spotkań, strofuję się szybko za tę chamską uwagę, błysnęło zielone, ruszam, co będzie!, sygnał dla niewidomych rzęzi przeraźliwie, a my nadal niby nic nie widzimy, ale nie, jednak, na środku pada jakby zsynchronizowane "cześć!" pełne plastikowego entuzjazmu, tato, kto to?, nie wiem, chyba bucik ci się rozwiązał, tamta przypomina sobie co skrywam i gdzie, być może ten pieprzyk, ja sięgam już tylko pamięcią, nie wzrokiem, jaka jest sytuacja poniżej maleńkiego krzyżyka błyszczącego poniżej jej szyi. I tak w koło, chyba do końca życia, kurczę! Zupełnie jakbym przerzucał węgiel łopatą do pieca. Niby on się spala i znika, ale też ile tego potwornego żaru emituje! Roweru, ludzie! Roweruuuu!!!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-05 12:29:42
AZJATYCKI GRILL

Cały ten zgiełkliwy czas zwany "długim łikendem" spędziłem po heretycku - bez grilla, kiełbasek, szaszłyków, piwa, zderzeń czołowych na Krupówkach, zamoczenia butów na sopockiej plaży. Jak na starego profana nowych zwyczajów przystało, nigdzie nie wyjechałem. Zresztą i tak żona była w pracy, więc... Poprosiłem babcię, aby zerknęła na powierzoną mej bezwzględnej opiece dziatwę i napełniła ją strawą, gdyby moja planowana nieobecność się przedłużała (zapragnąłem, mimo nieustannie padającego u nas deszczu, trochę pokręcić pedałami). Wysłuchałem paru matczynych klasycznych uwag, w stylu: - Synku, ale przecież zmokniesz! - No, trochę zmoknę, mamo... - A jak się przeziębisz? - Nie przeziębię, daj spokój! - Weź chociaż parasol! - Kurczę, mama, nie da się tak jeździć! - Da się! Jeździłam na działkę. - Dobra, wezmę sobie jakąś folię na łeb! Wystarczy!? - Ale czego się denerwujesz? Rosołek będzie, nie jeździj za długo. - Wyszedłem na maksymalnym tętnie, takim ani na rower, ani do kościoła. Deszcz nie odpuszczał, stojąc patrzyłem spod daszka na uciekający z Kazimierza sznur warszawskich samochodów. Nawet szatan mnie opuścił, nie padła żadna kusząca propozycja z jego strony, nic! Nawet blade i wyświechtane: - Zadzwoń do kumpla, siądziecie sobie. Nie jakoś tam ostro, po jednym piweczku, Przemuś, człowieku wyluzuj!, godzina i będziesz w domu, mówię ci, stary! - Ale nie! Poszedłem do domu, przebrałem leniwie za kolarza, zrobiło mi się szkoda łańcucha, w ogóle nastąpił taki dziwny moment, pretensja do całego świata, że sprowadza na mnie chmury, podczas gdy innym kadzi dymem z przypalanych żeberek. Kazimierskich warszawiaków nie liczę. Oni potrafią bardzo szybko i skutecznie się przemieszczać z miejsca na miejsce. Ci z nich, którzy jednak zostali, taplają się w SPA, nieświadomi pogody panującej na zewnątrz. Jeśli już coś pada, to w pierwszej kolejności są to oni sami - potem ich zasady, a dopiero na samym końcu deszcz; na gołą głowę, tak na otrzeźwienie "po wczorajszym". Dzisiaj wszyscy spotkali się w pracy. Jedni pełni energii, zrelaksowani, wypoczęci. Inni z mokrymi głowami i milczący. W obu przypadkach jest to kac. Uważajcie dzisiaj na swoich szefów. To szczególny gatunek weekendowego wczasowicza. Wesołemu zanieście dobrze schłodzoną Colę owiniętą w podanie o podwyżkę. Smutnemu zajrzyjcie głęboko w oczy i wsuńcie w dłonie "Traktaty" Mistrza Eckharta. Nic nie zrozumie. Pogłębi się jeszcze dodatkowo jego i tak już niskie poczucie własnej wartości i depresja. Ale spokojnie, bo już jutro to on sam przyniesie wam Colę, zawiniętą we wniosek o podwyżkę z jego podpisem. Do dzieła! I pamiętajcie, że godzina miłosierdzia jest o piętnastej. Ora et labora!

PS.

Na zdjęciu moja córeczka obok jakiegoś literata.

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-03 12:19:05
KORZYŚCI Z PORWANIA SAMEGO SIEBIE

Miłe mojemu uchu głosy dotarły za wstęgę mojej ukochanej Wisły, tnąc eter radosną wiadomością, iż miałyby moje zapiski znaleźć poczesne miejsce w ofercie kulturalnej miasta Poznania za sprawą tamtejszych rajców redagujących listę osobliwości występujących na podległym ich jurysdykcji terenie. Co prawda zamierzają mnie pomieścić w dziale SPORTY EKSTREMALNE, pod zakładką SZTUKI WALKI WSCHODU (to zapewne jakaś drobna aluzyjka), ale nie wypada narzekać. Wczoraj zaś kolega kończył 39 lat, trochę mu w tym pomagałem, więc całkiem możliwe, że podaną informację wyprodukowałem sam. Kiedy wychodziłem (z żoną ukochaną, pod jej pewnym i silnym ramieniem, poprzedzonym jej równie czujnym okiem) jubilat prosił mnie, żebym pamiętał. Nie zdołał sprecyzować, o czym. Sprawiał wrażenie, jakby każde rytmiczne uderzenie werbla The Cult rwało mu wątek, wiedział, że musi mi coś przekazać, żebym pamiętał, już, już dochodził do sedna, nagle: łup! łup!, pamiętaj, kurde!, Lechu ścisz tę muzykę!, ponowne skupienie i dalej nic, pamiętaj, kurde!, pamiętaj! Pamiętam więc i długo nie zapomnę! Wracając do informacji, którą, jak rzekłem, być może sobie uroiłem, muszę zaznaczyć, że mam długoletnie doświadczenie w manipulowaniu samym sobą. Nie dalej jak dwa lata temu, np. podjąłem udaną próbę wymuszenia okupu ode mnie za samego siebie. Proszę ostrożnie się przyjrzeć, sprawa bowiem może się wydawać nieco skomplikowana na pierwszy rzut oka. Otóż sam się uprowadziłem w góry, do Wisły, skrupulatnie wybierając miejsce "się przetrzymywania". Cierpliwości... Przez cały tydzień nie było mnie w domu. Nawet żona zauważyła. Przetrzymywałem się zatem pod Kubalonką, warunki znośne, nawet telewizor, ale włączany tylko w celu dodatkowej udręki. Później, już całkiem legalnie i oficjalnie, pielgrzymowałem do tego miejsca ze Sławusiem - co uczynimy i w tym roku. Dni były jednak ciężkie, zmuszałem się do forsownych wielogodzinnych wspinaczek rowerowych, bolały mnie wszystkie mięśnie, umierałem z pragnienia, zostałem doprowadzony na skraj wytrzymałości tak fizycznej, jak i psychicznej. Mały krok dzielił mnie od załamania. Potrzebowałem też okupu - po coś się przecież porwałem. Tutaj jednakże natrafiłem na poważne trudności z wymyśleniem, jak zmusić się do przekazania sobie własnych pieniędzy. Z braku zadowalających pomysłów uległem w końcu, idąc na łatwiznę. Znalazłem bankomat, niezauważenie podprowadziłem się do niego. Po chwili wahania i zastanowienia co do sposobu wyjawienia sobie numeru PIN, wyjąłem nagle długopis i straciwszy cierpliwość przystawiłem go sobie do skroni, w charakterze pistoletu, zastraszając się w ten sposób. Wolną ręką, drżąc delikatnie, nabijałem dyktowane pod presją cyfry. Transakcja została zrealizowana, pieniądze powędrowały do mojej kieszeni, odszedłem smutny. Natychmiast kazałem sobie zrobić duże zakupy, stawiać piwo na mój koszt, no, po prostu, mówię wam, koszmar! Ale najgorsze miało dopiero nadejść, kiedy później zmusiłem się zaprowadzić do jakiejś umiejętnej góraleczki, hej! W tej sytuacji postawiłem wszystko na jedną kartę, zbuntowałem się i powiedziałem, że nie i koniec! Byłem twardy, nawet ponowne przystawienie do głowy długopisu nic nie dało. Naprawdę gorąco! Szkoda gadać, to zdarzenie przeżyłem chyba tylko jakimś cudem. W końcu wypuściłem się z powrotem do domu, ostrzegając się jeszcze na wszelki wypadek, że jak pisnę choć słówko komukolwiek, to mnie zakopię w lesie! Wróciłem wykończony emocjonalnie, wrak człowieka. Dzieci były szczęśliwe. Żona była... wyrzuć śmiecie! Czekam na kolejne porwanie... Zapraszam!

PS.

Na zdjęciu; zmuszałem się do jeżdżenia po czymś takim!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-02 13:46:43
NIE DAM SIĘ WCIĄGNĄĆ!

Jednym kliknięciem myszki mógłbym usunąć chore brednie powypisywane na mój temat przez tę nieszczęsną kobietę. Jak donosi brat Sławomir, dziś rano dopuściła się naruszenia jego domowego miru. Wariatka. Nie usunę jednak dokonanych przez nią wpisów; jestem Rycerzem Prawdy – takim ortodoksem w stylu św. Pawła (no, może raczej jeszcze na chwilę przed komunikatem: Szawle! Szawle!...). To są jej aberracje, nie moje! Są świadectwem bezinteresownego ataku na reprezentanta Wschodu (nazwała mnie koczownikiem!). Donoszę przy okazji, że sprawdziłem numer telefonu, który podała. To lipa! Po wybraniu z konta natychmiast zniknęło 7,22+VAT, a w słuchawce odezwał się głos z automatu: „To ja, Ewelina, giętka jak plastelina. Naciśnij przycisk, aby uzyskać...”. Lista co można uzyskać jest doprawdy imponująca; praktycznie wszystko – oprócz rozgrzeszenia. Że przy pani Kubiak trochę bredziłem? Dobrze, trochę tak. A Państwo myślicie, że jesteście tacy mocni? Hę? Chłopcom raczej nie muszę tłumaczyć (zwłaszcza tym „hetero”). A paniom, żeby porównać emocje, podam prosty przykład: - Na chodniku coś leży. Nikogusieńko wokół w promieniu kilometra. Wiem, że w mieście nie ma takiej możliwości, ale to jedyny słaby punkt mojego przykładu. Zakładamy hipotetycznie, że jest jednak pusto. Podnosimy to coś. W rajstopach poszło nam oczko. Jasna cholera, jak my się teraz ludziom na oczy pokażemy! W dłoniach trzymamy znaleziony przedmiot, który okazuje się być pamiętnikiem naszej dawnej koleżanki z klasy, przebierającej niegdyś w chłopcach niczym w ulęgałkach. Nam szło znacznie gorzej. Kochałyśmy się zaledwie w marnym nauczycielu W-F, miał fajnie zarośniętą klatkę i robił szpagat bez rozgrzewki, chociaż i tak w sumie był bydlakiem, ustawicznie naśmiewającym się z naszych wymiarów, będących efektem naszego dojrzewania. Jednakowoż posiadał śliczną buzię, a trauma po nim trwała w nas jeszcze przez wiele lat, dotąd, aż zagłosowałyśmy na Kwaśniewskiego. - No to jak, otwieramy..? ;-)

PS.

Hasło zmieniłem. Na panią E.K. będę bardziej uważał. Spotkania raczej tylko w kruchcie, lub w poczekalni przedsiębiorstwa pogrzebowego „Rydel” , filia w Puławach. Zdjęcie dedykuję pani zachwyconej parowozikiem. Rozkoszny, prawda?

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-05-01 19:26:08
ELSTERA KUBIAK - SAMODZIELNY GŁOS, POD CZASOWĄ NIEŚWIADOMOŚĆ AZJATY

Witam ponownie, panie Sławku! Tym razem muszę się bardzo spieszyć, podstępnie wykradłam hasło do tego bloga przy pomocy drobnej sztuczki, jaką pozwoliłam sobie zastosować wobec pańskiego brata. Oj, prościutki on jest - oj, prościutki! Miło mi, że w dzisiejszych wpisach znajduję Pana pełnego afirmacji życia, znów opowiadającego ze swadą i polotem; widzę, że moje skromne rady odniosły skutek. Zawsze powtarzam: W ZDROWYM CIELE ZDROWY DUCH! Z przyjemnością dostarczę Panu kilka moich zdjęć (i te z przodu, o które Pan prosił, też!). Nie za pośrednictwem pańskiego brata jednakże. Proszę mi wybaczyć, ale zaczynam odbierać go jako osobę niezrównoważoną, bardzo chwiejną psychicznie i podatną na gwałtowne zmiany nastrojów. Proponowałam i jemu orzechy, elementy jogi i chwilowe rozluźnienie dyscypliny moralnej, by pozbył się zbędnych napięć. Po prostu na mnie nakrzyczał - wyobraża Pan sobie? W rozmowach telefonicznych jest bardzo pewny siebie, bywa szorstki, czasem wręcz impertynencki w stosunku do mnie. Zgoda, jest jeszcze młody, rozumiem. Ale już w rozmowach "na żywo" z trudem rozpoznaję w nim tego samego człowieka, twardziela z komórkowej słuchawki. Wzrok szaleńca, oczy rozbiegane, znerwicowany, wstaje, zaraz siada, kuleje chyba nawet, coś mamrocze. Niech Pan sobie wyobrazi, że w mojej obecności zębami zniszczył moje "portfolio", szlochał zarzucając mi, że to ja go niszczę, dodając w obłędnym ryku, że powinnam stać pod korcem a nie świecić gołą... O tak mi powiedział! Na całe szczęście nie ma Pan z nim zbyt wielu cech wspólnych, wyraźnie dominując przymiotami swojego ducha nad prymitywem tego wschodniego koczownika. Z łatwością w pięknie odnajduje Pan piękno - i nic więcej! Chciałabym pomagać Panu nadal, co niestety będzie teraz utrudnione, obawiam się, że nawet niemożliwe, ponieważ brat nie życzy sobie naszych kontaktów na Merkurym, obiecując nawet, że jeśli zajdzie taka potrzeba zniszczy "to małe prowincjonalne radyjko" przy pomocy swoich znajomych posłów z PO! Mój numer telefonu już Pan zna. Nie prowokujmy więcej pana Przemka. Muszę już kończyć, właśnie się budzi po wczorajszym półfinale Ligi Mistrzów. Całe ręce ma pomazane długopisem. Widzę napis CHELSEA, I LOVE YOU! Podobno zawsze był za Liverpool'em... I numer telefonu, komórkowy chyba. No tak, pewnie się gdzieś szlajał po nocy, łajza jedna! Ach, ta azjatycka krew! Żegnam się, całą mocą swojego światła, którego udzieliłam Panu, i które przecież nie po to jest, by pod korcem stało!

PS.

Zdjęcia zjadł. Wrzucam pierwsze z brzegu z jego archiwum. Jakiś parowozik, chyba. No i czy on jest normalny?

Elstera Kubiak

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-30 14:20:19
ALE SIĘ WROBIŁEM!

Pozostaję wciąż pełen wątpliwości, czy postąpiłem dostatecznie roztropnie, dopuszczając wczoraj do głosu panią Kubiak, osobę o obcej mi kulturze i mentalności. Otóż i uląkłem się, przyznaję, z łatwością owinęła mnie swym żebraczym strojem. Moja żona - nawet w wyjątkowo rzadkich chwilach rozbuchania - kiedy pragnie mnie zwabić, wygląda na bardziej opancerzoną. Proszę mnie zrozumieć! Następnym razem mocno się wpierw zastanowię, nim pozwolę pani Elsterze ponownie się wyłuszczyć, może nawet zapytam Sławka, lub drogich memu wschodniemu sercu Czytelników. Już właściwie, z tego miejsca, pytam. Jeśli zaś chodzi o same zdjęcia, których dostarczyła mi w wielkiej obfitości... Będę szczery; są one dość poważnym argumentem za jej periodyczną obecnością - chociaż nie koniecznie słowną! Jeśli jeszcze dodam, że ona sama nazwała swoje poprzednie zdjęcie "zbyt pruderyjnym"... Jako sportowiec przywykłem do wysokich ciśnień. W tym wszelako przypadku, krew zwyczajowo napływająca do mózgu, raczej mi z niego ucieka. Miała rozproszyć cienie, a rozproszyła obu braci B. Spróbuję zatem z całą stanowczością uruchomić w sobie wewnętrzny mechanizm zabezpieczający mnie przed głupotą. Tyle, że ja jestem seryjnym modelem chłopaczka, ze szwankującą skrzynią biegów i automatycznym ssaniem. Ale skoro WARTO ROZMAWIAĆ, to i WARTO SPRÓBOWAĆ. Bo jeśli się nie powiedzie, to:

"O!, WARTO!, pochłoń me szczątki na wieki!
Najlepiej gdzieś obok Śródki,
Niech zamkną się moje powieki
Na widok kłamstwa, piersi i wódki!".

Trochę absurdalny wtręt, wybaczcie! Jasny gwint, miałem ratować Brata, a sam ładuję się w ciężki kanał! Muszę natychmiast pozbyć się tych cudownie wstrętnych zdjęć, bo nie mogę się skoncentrować! Już chyba lepiej w tej ciemności za radą pani Elstery łupać orzechy, niż w świetle dnia płakać nad jej kolorowymi obrazkami!

PS.
... i rozrywać nie swoje termometry, pani Kasieńko! Na zdjęciu kwiatki - i pięknie i neutralnie!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-29 15:13:24
PANI ELSTERA KUBIAK, GOŚCINNIE, WYRYWA Z MATNI PANA SŁAWKA!

Korzystając w wyjątkowych okolicznościach z gościnności ECHA AZJI, tak dzielnie redagującego swój blog, pozwoliłam sobie, za jego cichym przyzwoleniem - choć dalekim od akceptacji dalszej treści - zabrać głos w sprawie głośnych ciemności ogarniających ostatnio pana Sławka. Pewnie mnie takiej nie pamięta (na zdjęciu mam dłuższe włosy, niż zazwyczaj). Cóż, lata lecą! Przypomnę się; mam na imię Elstera, a krzywdą tą ewidentną obarczył mnie ojciec, wypełniający dokumenty w USC będąc w stanie pomroczności jasnej, na kolanie jakiejś cizi, która później została jego drugą żoną. Ochrzczona już nie zostałam, ponieważ mama uznała, że tego nie zniesie. Miała na myśli publiczną odpowiedź, jakiej należy udzielić na pytanie: jakie imię wybraliście dla swojego dziecka? Ale do rzeczy. W "Praktycznej Pani" wyczytałam, że objawy spędzające Panu sen z powiek nie są czymś niezwykłym; więcej - to można leczyć! Z lektury pańskich blogów jasno wynika, że czyta pan stanowczo za dużo książek mało wiarygodnych autorów, ludzi chowających głowy w piasek (najczęściej pustynny), unikających otwartej konfrontacji z realnym życiem. We wspomnianym periodyku (polecam!) redaktor działu "Zdrowie, odżywianie, higiena intymna" dokonał(a) znakomitej syntezy problemów, które stają się ostatnimi czasy i Pana udziałem. Sprawa jest prosta. Powinien Pan jeść orzechy! Do tego suplementować magnez, nie pić gazowanych napojów i mocnych alkoholi (szczególnie z pańskim bratem, bo wyraźnie dostrzegam, że Pana do niego ciągnie, a przecież jego blog wręcz ocieka tym cholernym bimbrem!!!). W kieszeni trzeba nosić miniaturową piramidkę i lusterko z wizerunkiem Dalajlamy, parę kasztanów i trzysta złotych na drobne zachcianki. Dobrze jest też jeść dużo fasoli, co wcześniej należałoby jednak skonsultować z domownikami. Efekty przynosi podobno ćwiczenie polegające na szybkiej utracie czegoś cennego, i jeszcze szybszej próbie odzyskania tego czegoś. Można spróbować wyrzucić przez okno rower, z natychmiastową próbą jego reanimacji po upadku. Mój mąż tak zrobił. Niestety, mieszkamy zbyt wysoko i mąż sobie potem nie poradził. Z pozostałych rurek wykonał chochoła i powiesił go w piwnicy. Ze swej strony poleciłabym również zalicytowanie sobie na Allegro kawałka księżyca - podobno już zostały tylko resztki, po ciemnej stronie, także z opalania się przez małżonkę nici! Ale działka, to działka - w ziemię zawsze warto inwestować! Na koniec, proszę mi wybaczyć tak z pewnością nieoczekiwane dla Pana spoufalenie z mojej strony, w postaci udzielanych przeze mnie rad. Na koniec więc, jeszcze raz: DIETA, PANIE SŁAWKU! ORZECHY! A książki spalić!

Elstera Kubiak

PS. Na zdjęciu robię zakupy na 79 Avenue, N.Y. tel. 611 423 069
Pozdrawiam!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-28 18:39:36
CO WARTO MIEĆ?

Według kanonu obowiązującego w reklamie jestem stetryczałym dziadem, mieszkam w ciemnej klitce, poruszam się przestarzałym samochodem, odżywiam się toksycznymi produktami, a moja żona zbyt dużo czasu spędza poza kuchnią, łazienką i fryzjerem - a przecież jest tego warta! Regularnie przypominają mi, że robię sobie krzywdę goląc się maszynką posiadającą mniej niż pięć ostrzy, co nieuchronnie skazuje mnie na podobne męki również w przyszłości, kiedy to będę nadal się krzywdził, i to pomimo posiadania nowszej maszynki siedmiorzędowej z trymerem i odtwarzaczem mp3, bowiem wówczas rynek zdominują już maszynki dziewięciorzędowe z modemem, papierkiem lakmusowym i wibratorem "dla niej". Zawsze więc będę o krok w tyle - nie zjem kanapki w kuchni z oknami o powierzchni "Bitwy pod Grunwaldem", nie wyjadę na wakacje samochodem za trzysta tysięcy, nie kupię magicznego dezodorantu, po którym dziewczynki robią się niegrzeczne w windzie, czy bibliotece, nie użyję szamponu zwiększającego moją pewność siebie, bo... nie ręczę za siebie! Przejść przez życie i nie za bardzo się uświnić - już nie mówię, że wcale - oto jest mój pomysł na dalszą karierę, oto moja odpowiedź na pęd ku złudzeniom, że koniecznością jest zabezpieczenie sobie bytu na jak najwyższym poziomie. Być może i ja podjąłbym tę zabawę, gdybym wiedział, że jutro się obudzę. Ale nie wiem. Tylko przypuszczam, zakładam, planuję, mniemam. Zakładam też, że nie mam czasu. I tak nie jest mi do niczego potrzebny, wszakże pod warunkiem, że go nie tracę zbyt wiele na samotne ugłaskiwanie sumienia. Zabieram więc najbliższych nad rzekę, do lasu, aby kompromitować się przy próbach rozpoznawania gatunków grzybów, rozmawiamy o czymkolwiek, uczymy się bliskości, szacunku, zaufania. To nic, że do głowy za każdym razem natrętnie powraca żal nad tak łatwo porzuconym zamiarem przynajmniej wypróbowania wspomnianego dezodorantu. Czegoś tam zawsze można żałować - i chyba lepiej kłamstwa w spray'u, niż kłamstwa w życiu :-)

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-28 09:51:48
AZJATYCKI STOSUNEK DO OJCZYZNY

Zanim dziadziowi udało się wczoraj delikatnie naruszyć mą duchowo-cielesną integralność, a Robert dojechał do mety na czwartym miejscu, wziąłem udział w niezwykłym widowisku; grupą ponad siedemdziesięciu ludzi z grup rekonstrukcji historycznych, min. z Gdyni, Warszawy, Puław, próbowaliśmy odtworzyć wydarzenia mające miejsce w moim mieście równo 63 lata temu, w kwietniu 1945, już po – jak chcą niektórzy – wyzwoleniu. Oddział partyzancki por. „Orlika”, legendy tutejszej ziemi, dokonał udanej próby uwolnienia kilkudziesięciu więźniów politycznych z rąk Urzędu Bezpieczeństwa (czyjego „bezpieczeństwa”? - nie ustalono do dziś). Oddział ten w sierpniu 1944 próbował dotrzeć do powstańczej Warszawy, został jednak zatrzymany przez zaporowe oddziały „sojuszników”, z pewnością dla ich dobra, by się chłopcy nie pobrudzili w staromiejskich kanałach. Próbowano ich rozbroić, oddział uległ więc rozproszeniu i po powrocie sformował się znowu. Już wtedy było wiadomo, że ludzie ci nie mają szans wrócić do normalnego życia, trwali więc w lasach, pod podłogami wiejskich domów i stodół. Czy my zdajemy sobie sprawę z faktu, że od maja 1944 do stycznia 1945 na terenach całej przedwojennej Polski (zajętej już przez Sowietów) zginęło, lub zostało schwytanych i uwięzionych nieporównywalnie więcej oficerów i żołnierzy AK, NSZ i innych niepodległościowych organizacji, niż podczas całej okupacji niemieckiej? Żadna tajemnica, jest mnóstwo źródeł mówiących na ten temat. Sławek wspominał tutaj o Katyniu, o którym do dziś wielu świadomie kłamie. Kto częściej zerka w moje liternictwo z łatwością dostrzega w nim spory dystans jaki mam do siebie, jak i do rzeczywistości. Dlatego jeśli po tym tekście, mimo tej wiedzy, ktoś jednak zarzuci mi sentymentalizm, odgryzę mu ucho. Jeśli zaś trafi się ucho płci żeńskiej, doznam przy okazji niekłamanej przyjemności! Wrrr! Ale do rzeczy. Uważam, że mówienie o prawdzie, w jej duchu, dla niej samej, nigdy nie niesie w sobie żadnej chęci zemsty, pragnienia rewanżu – a niestety, co raz częściej trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Uwierzmy, że kształtowanie świadomości historycznej na podstawie choćby przygód - sympatycznych skądinąd - czterech czołgistów i Pana Samochodzika z Abhwery, uwłacza prawdzie. I w tym kontekście dzieliłem się któregoś dnia moim stosunkiem do ponownie odtwarzanych przez TVP seriali o wojennych losach Polaków. Ku chwale Ojczyzny!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-26 22:16:48
U DZIADKA CIASTA NIE RUSZĘ...

Pół godzinki przed zaśnięciem, noga ruszona na rowerku, sumienie uspokojone. Jutro wieczorem nie będzie już tak sielankowo, bowiem dziadek zarządził urodziny. To jeden z cięższych dni w roku, z gatunku takich, które trwają dwie doby. Ważne jest, aby się do niego należycie przygotować. Dzień wcześniej usuwa się z diety węglowodany, zastępując je tzw. tłustym podkładem. Prawdziwy "człowiek wschodu" nie zaniedba tych czynności, świadom ciężkich konsekwencji jakie może ponieść w wyniku ich zlekceważenia. Wiem coś o tym. Dosyć istotnym elementem taktyki jest również, w tym przypadku, możliwie duże spóźnienie. Przesadzić oczywiście nie wolno - lepiej przecież paść od ilości, niż od noża. Wchodzimy więc, miejsca pozajmowane, siadamy grzecznie przy rogu, strącamy czyjś widelec, powstaje zawiązka i słuchamy. To ważny moment. Ciężko się wstrzelić w ogólny bełkot. Dlatego nie należy przegapić najdrobniejszego szczegółu, trzeba zachować czujność, by w odpowiednim momencie zaatakować. Najpierw nas nie słuchają - to normalne. Trzeba przetrzymać tę chwilę, z reguły nie trwa ona zbyt długo, bo towarzystwo tylko udaje obojętność. Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, udaje nam się nadepnąć komuś na odcisk i zabawa się zaczyna. Szczegóły innym razem. Wcześniej należy się jeszcze zabezpieczyć na wypadek nieudanego powrotu do domu. Zawczasu wybieramy sobie miejsce, gdzie nie staną nam na twarz, gdzie spokojnie będziemy mogli wyprowadzić się duszą z ciała, a ciało owo bezpiecznie złożyć. I ochraniacze. Ale to sprawa indywidualna. Zależy od wielu czynników. Między innymi od kierunku padania. Na przykład ja mam tendencję do padania w kierunku prawo-skos, na twarz. Żeby jakoś doprecyzować, powiem tak; stoję w Łodzi, na Piotrkowskiej, twarzą idealnie na północ, plecami osłaniam Tatry, i następuje zaburzenie, próbuję kontrować, daremnie, jeszcze mówię: o!, matko moja!, litery końcowe, jest koniec, buzia mknie w kierunku Litwy. To, rzecz jasna, tylko przykład. Ale jutro założę sobie coś na prawe kolano, może kask wezmę. Licho nie śpi!

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-25 14:42:01
TRENING WYMUSZONY

Jak było do przewidzenia wczorajszy rozpaczliwy odruch, by zrobić zakupy, pozostał zignorowany. Chociaż może nie tak całkowicie, bo przy okazji żona mogła sobie rzucić swobodną i kąśliwą uwagę, że oto jednak znajduje we mnie coś, co różni mnie od tamtej nieszczęsnej małpki. W każdym razie w mig rozszyfrowała moje zamiary, i po natychmiastowym opatrzeniu ich klauzulą niewykonalności ja, z kolei, postanowiłem "strzelić focha". Dobyłem zaraz kolarskich fatałaszków, roweru, telefonu, kabla do gitary (sam nie wiem po co!), i przygotowałem się do wyjścia. Tylko mój przyjaciel ROWEREK był szczęśliwy. Zawsze wierny, gotowy do współpracy, spolegliwy, zawiezie, przywiezie. Przyjaźń na całe życie. On jeszcze nie wie, że zajeździłem już jedenastu takich jak on, a "całe życie" odnosi się wyłącznie do niego. Jest jeszcze młody. Tegoroczny. Ale był już ze mną w tym sezonie na dwóch wyścigach, poradził sobie znakomicie - w odróżnieniu ode mnie. Ma więc prawo czuć się pewnie, tym bardziej, że przecież codziennie widzi naszą lodówkę, a ta nawet nam wydaje się być wieczna. Zatem już trzeci dzień z kolei poświęciłem ślamazarnej jeździe po - (przez chwilę chciałem napisać: asfalcie!) - najbliższej okolicy. Chyba nie muszę jednak udowadniać ile mam z tego radości. W ogóle nic nie muszę. Za to co raz więcej "mogę". Bowiem przypomina sobie o mnie powoli "środowisko", śląc nieśmiałe jeszcze esemesy, mniej więcej o treści: "Jak zdrówko? Możesz już? W sobotę zgiba w jamie. Bimbru nie bierz, wchodzimy w browary. Cze!" No cóż, wielu zdecydowanie przecenia moje możliwości - pod każdym względem!

PS. Dlaczego armata? Widziałem ją kilka dni temu. Poza tym z jedna armata musi być - jak wszystko!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-24 10:35:38
SĄ PRZYCZYNY, DLA KTÓRYCH MOŻNA NIE DOKOŃCZYĆ DZIEŁA

Któryś z tych trzech dżentelmenów uwiecznionych mistrzowską ręką objazdowego fotografa, to ja. Po latach, niestety, zaczynam mieć wątpliwości, który. Kiedy rozglądam się wiosną za potencjalnymi ofiarami, noszącymi szpile z łatwością zdolne przebić na wylot moje serce (ciekawe, że większość ofiar nosi obuwie znacznie utrudniające skuteczną ucieczkę, podczas gdy myśliwi – wręcz przeciwnie, noszą buty niemalże pościgowe w swym charakterze), bliżej mi wówczas do osobnika siedzącego w środku tej niezwykłej trójeczki. Kiedy zaś myślę, czy aby to zdjęcie nie sprowadzi na mnie odwetu bojówek Greenpeace, wówczas nie znajduję się wcale – włącznie z odbiciem w lustrze. Bo ja żyję w ułudzie, że nikt nie potrafi mną manipulować (uwaga ta nie dotyczy relacji z małżonką, znającą i wykorzystującą bez zahamowań moje słabości i zamiłowanie do tych pagórków, dolinek, ukrytych na co dzień zakamarków; o, rany! jaki ja bywam łatwy w obsłudze!). Nie, no nie wytrzymam! Idę po jakieś ziemniaki, rybę, czy cokolwiek, kwiatki może. I coś pokombinuję. A jak nie, to biorę rower i jadę w cholerę! Kurczę!, ale się zaangażowałem ;-)

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-23 20:18:42
ZAWSZE MOŻE BYĆ TYLKO LEPIEJ!

Poranną cmentarną zadumę - obecnie pełen dobrych emocji po udanej przejażdżce w słońcu - zamieniam z ulgą na treści wieczorne poniższe, tradycyjnie nie mające związku z niczym, co daje się opisać wprost. Jadąc po imitacji asfaltu z pokorą znosiłem rozsadzające moją łydkę wibracje. Sytuacja o tyle jeszcze męcząca, a nawet irytująca, o ile nie miałem nikogo pod ręką na kim mógłbym wyładować narastającą we mnie z każdą nierównością frustrację. Dojechałem w końcu dość daleko - jak na mnie, w tej formie - do wyciągu w miejscowości Rąblów. Te tereny pewnie nikomu nie kojarzą się z górami, lecz zapewniam wszystkich, zdziwilibyście się mocno, a z wysiłku to może nawet i ... w każdym razie mnóstwo tutaj przepięknych zalesionych wzniesień, głębokich wąwozów i stromizn, jakich nie powstydziłyby się żadne "dorosłe" góry. Oddałem tym miejscom trochę swojego czasu, sił, zdrowia, zaliczając dość pokaźną liczbę upadków, i rowerowych, i narciarskich; podejrzewam, że gdyby tegoroczna zima nie przyszła mi z pomocą, nieodbywając się, nie dane by mi było pisać do was obecnie. Jakoś tak, kurczę!, mam, że pcha mnie ponownie na zjazdy, których pokonać bez szwanku nigdy mi się nie udało. Potem znowu. I jeszcze raz! I jeszcze! Do skutku. Albo - jak trzy lata temu - do szpitala. Ale nie żałuję niczego. Dowiedziałem się tam wówczas więcej o sobie, niż kiedykolwiek wcześniej. I przy okazji poznałem anestezjologa, będącego w cywilu nie gorszym maniakiem rowerowym ode mnie. Znieczulił mnie w kręgosłup. Pletliśmy prawie dwie godziny o doborze bieżnika, życiu i wielotrybach Shimano. Na koniec, po znajomości i w dowód sympatii, napełnił moją żyłę jakąś tajemniczą szprycą, mówiąc z szelmowskim uśmieszkiem: - Mam coś dla ciebie ekstra! - Pamiętam strzępy mojego bezwiednego bełkotu, powiedziałem coś takiego: - Ty brodaty gadku! - I się zresetowałem. Kochani! - za darmo, legalnie i bez grzechu! Fantastyczne!

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-23 09:34:35
ADAMIE PO NOCY!

Dziesięć tysięcy w jedną noc! Adam, coś ty doradził temu hobbitowi i Kubie?:) Z innej beczki; nareszcie udało mi się zrobić jakieś fajne zdjęcie. Zamieszczam obok. Chodzi pewnie o tę kupę piachu poniżej napisu, żebyśmy wciąż pamiętali, iż teraz spoglądamy na nią z góry, ale jutro już nie koniecznie! Idę właśnie na rower, pamiętać, że umrę. Swój stan oceniam na jakieś 75%. Za oknem słońce, trochę zachmurzone. Trzeba korzystać. Kupa piachu czeka!

  Komentarze (5)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-22 10:10:35
AZJATYCKI FELIETON TENDENCYJNO-DEZINFORMACYJNY

Ponieważ z rzadka oglądam w całości programy informacyjne, najczęściej rozpoczynając od pogody i wiadomości sportowych, nabyłem cenną umiejętność spuszczania ich po sobie, na podobieństwo spływania wody po kaczce. Sieczka bijąca z ekranu, z pierwszych stron gazet, sącząca się jadem z głośników radiowych (z wyjątkiem może Radia Kolejorz!) ma więc utrudnione zadanie, by popsuć mi dobry nastrój. Oczywiście wszystko ma swoją cenę, więc także i w moim przypadku jest nie inaczej. Otóż narażam się na etykietkę ciemnogrodzianina, betonu, nie mogąc sprawnie uczestniczyć w aktualnej społecznej debacie, dotyczącej, np. informacji o upadku samolotu Paragwajskich Linii Lotniczych, w którym nie było Polaków, a nawet konsul nie wiedział, dlaczego, i czyżby to był znak, że nasze stosunki z tym krajem są nie najlepsze, skoro tam nie latamy, a jak latamy, to łapią nas z kokainą w torbie, a my palimy głupa? Nie wiem zatem, nad czym aktualnie się płacze, a co raduje rozentuzjazmowaną Europę. Ponieważ stuprocentowa skuteczność pozostawania za gardą nie jest możliwa, czasem jednak do mnie coś dotrze, trafiając celnie między oczy. Kto, np. zgadnie, jakiego rodzaju wiadomością jest informacja o zakazie wydanym przez unijnych kacyków dotyczącym kobziarzy (dudziarzy), którym nie wolno na własnych instrumentach grać dłużej niż piętnaście minut, ze względu na hałas przekraczający 85 decybeli? Płacz, czy radość? Co dalej? Zamkną miasta? Wyłączą organy kościelne, a kantor będzie śpiewał na migi? Nie będę mógł grać na swoim stuwatowym piecu? Teraz z innej beczki, obyczajowej tym razem, bo ponoć mamy na tym polu ustawiczne kłopoty i zaniedbania. I dostrzegłem na wizji gorejący płomień cywilizacji, pokoju i tęczowej miłości, w postaci dwuosobowego desantu z USA. I posłyszałem, że jedna z pań pisarek określiła tenże skład misją, przywołując dla porównania dzieło świętych patronów Europy. Jakoś sobie nie przypominam, aby Cyryl był żonaty (mężaty?) z Metodym, a panowie nosiciele (cywilizacji) zza oceanu, i owszem, tak nam się objawili – jako małżeństwo. Do podobnej definicji owego zjawiska nie dojrzał nawet sam prof. Kopaliński w żadnej ze swoich dziesiątek prac. Chociaż definicja, to może by i się znalazła, ale pod zupełnie innym hasłem. W natychmiastowej reakcji Kościół wysłał w przeciwnym kierunku Benedykta (w ramach rewanżu, rzecz jasna). Przyjęli go tam z godnością, otwartością i radością. Relacje są, ale komentarzy w tym przypadku zero. No jasne, bo co powiedzieć – że nawet w baseball z nimi nie popykał, konserwatysta jeden!? A propos sportu, podsłuchałem, że Don Leo powołał nam do kadry Brazylijczyka! Od razu się ucieszyłem, mając nadzieję, że chodzi o Pele. Brakuje nam przecież klasowego napastnika, a on aktualnie pozostaje bez kontraktu. Pomyślałem, że ten wielki piłkarz dowiedział się o naszym trzecim filarze i planowanych reformach w ZUSie, i chce resztę życia, w spokoju o swoje pieniądze i emeryturę, spędzić w Polsce, gdzie słyszał, że młody równie jak on trener buduje perspektywiczną drużynę na EURO 2032 w Kosowie. Ale nie! Obywatelstwo otrzymał pewien młodzian (podobno ktoś go tam widział w Warszawie kopiącego piłkę), który nigdy nie opłacał składek, a leczyć go będzie trzeba – bo czy on zagra, czy nie, jedno jest pewne – Polacy chorują! W dodatku chłopaczyna nie przywiózł ze sobą nawet jednej jedynej plażowej siatkareczki! I to ma być napastnik? A gdzie jego ciąg na bramkę!?

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-20 18:43:53
WYPRZEDZIĆ PIGMALIONA

Rower, rowerek, rowereczek!, ten pachnący podczas jazdy wilgotną ziemią wiosenny wiaterek, rozhulane szczątki niekontrolowanych myśli, ich pęd bezładny, jakieś natrętne melodyjki, pewnie krajowe, bo po angielsku, i że wziąłem kredyt, muszę spłacać, a nie mam taczki, zamiast mięśni cukrowa wata, zbyt długa przerwa, jeszcze boli, kurczę!, jak on się nazywał ten Andrzej ze szpitala, o, właśnie, Andrzej!, złota rączka, człowiek, który z dwóch beczek zrobi trzy identyczne, i jeszcze mu zostanie garść śrubek, sprężynka i na dwa piwa, leżał obok mnie, generalnie dolegały mu po Świętach kac i trzustka, nie wiadomo co bardziej, po dwóch takich tygodniach nikt by nie wiedział, tylne koło za miękkie, bandaż, przerzutka, rozkoszny mętlik i chaos. Małe krzyżyki widoczne na zdjęciu obok nie są planem sytuacyjnym „cytadelskiej” nekropolii, lecz dokumentacją zniszczeń dokonanych na mojej kończynie dolnej ręką monopolistycznego ZOZ (legalnej bojówki NFZ) , w imię ratowania mego zdrowia. Ale ja nie dałem się zwieść, bowiem cóż stanęłoby im na przeszkodzie, gdyby dla zwiększenia kwoty refundacji zechcieliby, np. odjąć mi tę nogę? Korwin-Mikke to zbyt mało. Otóż pozwoliłem sobie umieścić tak drastyczne zdjęcie w proteście, ale i w akcie bezradności, odwołując się do konwencji wykreowanej przez niemieckiego Bild'a w latach sześćdziesiątych – kontynuowanej z powodzeniem przez takie tuzy opisu rzeczywistości, jak Super Expres, czy Fakt – nie mogąc równocześnie konkurować ze swobodą wypowiedzi fotograficznej kolegi Ażuczka. Chodziło mi o zwrócenie uwagi na istniejący w naszym kraju problem operowanych prawych nóg. W czym jest on mniej ważny od hekatomby polskich żab ginących po kołami naszych aut? Odpowiadam. W niczym. Tyle we wszystkim wagi, ile naszych emocji. A co jest ważne? Aaaa!, to już proszę siebie pytać. Ja chciałbym, np. wskoczyć na sinusoidę o maksymalnej długości wzrostu, a w nieuniknionych momentach spadku mieć pod ręką przynajmniej małą latareczkę. I świecić. Mimo wszystko :)

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-19 11:50:52
CZY ROWER I KUCHNIA MOGĄ ZBAWIĆ?

Wczoraj przez chwilę wydawało się, że zaklęcia BabyJagi odnoszą zamierzony skutek. Cały dzień świeciło nam słońce. Widać w tym miejscu wyraźnie tę legendarną dysproporcję pomiędzy duchowością Wschodu, a materializmem Zachodu. U nas wystarczy się pomodlić, i proszę bardzo! Tam z kolei, żeby pospacerować, i nie zmoknąć przy tym, trzeba skorzystać z sieci korytarzy wybudowanych przez pana Kulczyka w Starym Browarze. Wcześniej jednak trzeba dojechać i uniknąć po drodze zderzenia z tramwajem, co nie wszystkim przecież się udaje. Dzisiaj jednak widać, że my - ludzie Wschodu - nie jesteśmy znowu tacy idealni. I u nas leje, pomimo wielu westchnień ku niebu. Z pewnością kara za pychę i wmieszanie w historię sąsiada „taekwondzisty”, któremu upiększyłem żonę. Na swoje usprawiedliwienie mam może tylko to, że z wysokości kilku pięter wszystko jest piękne, a promieniowanie UV obniża zmysł krytycyzmu. Wyjątkowa sąsiadka również istnieje, lecz staram się na nią nie zezować, a jej prawdziwego męża, być może, zdołałbym w całości wciągnąć nosem. Tylko po co, dlaczego miałbym postąpić w ten sposób? Zawsze trzeba pamiętać, że i nas przecież mogą wciągnąć. Chociaż to najmniej istotny aspekt zagadnienia. Tyle w merkurowych blogach dobrych uczuć, rozsądnych dyskusji, przyjaznych gestów i komentarzy, że chyba nie powinienem chwalić się pojemnością swojego nosa. Przepraszam! Wracając zaś do dnia wczorajszego, spędziłem go „po bożemu”, znaczy na rowerze, chwaląc kwitnące i pachnące stworzenie, wysyłając fiskusowi PIT-37 z niemiłym jego oku PITem 0, przynosząc kuśtykająco zakupy (ze znikomej szkodliwości zmianą listy produktów), wyprowadzając na powietrze potomstwo, co okazało się, niestety, ciosem dla mojej nogi. Znowu muszę więcej poleżeć, tym razem już z aurą lenia wokół siebie, no bo, jak to?, wcześniej cię nie bolało, a jak na zakupy, to już jest problem! Kuchnia w moim domu ma w sobie coś z wiejskiego przystanku PKS. Wypuszcza czasami tendencyjne i wiążące opinie, z którymi nie sposób polemizować. Radzę sobie w tej sytuacji, wspominając naszego Papieża; mianowicie traktuję tę kuchnię jako Laboratorium Miłości, do czego zachęcał on młodzież w Tor Vergata, mówiąc, że każdy może zostać świętym. Jak uda mi się przejść przez te kuchenne laboratorium, nie kradnąc, nie zabijając, nie cudzołożąc, nie pożądając, nie odkurzając w niedzielę, to nim zostanę! Chyba, że wcześniej w końcu dostanę zeza i nie trafię do swojej kuchni, tylko do – dajmy na to - kuchni rAnnego pantofla, i umrę w oparach szczypiorku i innych nowalijek.
W drodze ku świętości - pozdrawiam!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-17 10:21:31
OJCOSTWO ŚWIADOME, CHOĆ KULAWE (SIC!)

Trudy wczorajszego dnia przejdą do historii. Mianowicie pierwszy raz w życiu przegrałem z synem w szachy. Niestety, dodatkowo próbowałem się mętnie tłumaczyć, że ponoć miałem źle ułożoną chorą nogę, patrzyłem w szachownicę pod nieodpowiednim kątem – no, po prostu, żenada! Ojciec nie powinien tak postępować. Trzeba umieć przeprosić, wziąć na klatę, skruszyć się i wykorzystać okazję do wygłoszenia heroicznej przypowieści o honorze i godności. W tle polscy hokeiści dzielnie walczyli z Kazachstanem w dogrywce na karne (co również mnie nie tłumaczy – chociaż, może troszeczkę:)), atmosfera w sam raz sprzyjająca podniosłej mowie, było narodowo, bił nas przeciwnik, i to w niesprzyjających okolicznościach, ponieważ sędzia ani trochę nie oszukiwał, tak jakby wszystkie moce przeciwstawiły się naszym reprezentantom! Ale i im w końcu przyszło nastawić piersi, z orłem w koronie, i uznać wyższość przedstawicieli tego kilkusettysięcznego kraju. Tyle, że „nasi” przynajmniej nie musieli za nic przepraszać. A mnie przydarzyło się to już drugi raz w tym tygodniu. Ponieważ próżniaczo przebywam w domu, a zasięg mojego kuśtykania zasadniczo wzrasta z dnia na dzień, żona postanowiła dać mi kolejną szansę. Sama poszła na cały dzień do pracy, a ja miałem przygotować prosty obiad. Dla mnie skutek podobnego manewru był, nawet nie łatwy do przewidzenia, tylko wręcz oczywisty. No i, tym razem, musiałem przeprosić dzieci za pyzy, które gdzieś mi zaginęły w garnku podczas operacji gotowania. Z instrukcji obsługi mrożonki wynikało, że mają wypłynąć. Nic takiego nie nastąpiło. Najprawdopodobniej przegapiłem ten moment i się rozpłynęły pośród bulgotu. Ponieważ w oczach wygłodniałych dzieci dostrzegłem zarzewie buntu i chęć donosu, bez szemrania zgodziłem się na proponowaną przez nie pizzę na telefon. A ja zawsze mówiłem, że w kuchni jestem niebezpieczny! Wczoraj niezagrożony obiad jedliśmy w rodzinnym gronie, u mamy. Kilka dni temu miała urodziny, a wcześniej nie mieliśmy okazji się spotkać. Nie mogę zdradzić o którą rocznicę chodzi, bo być może z czułością strzeliłaby mnie po pysku. Wprawdzie jeszcze nigdy jej się to nie zdarzyło, ale też ja nigdy nie sprzedałem tej wagi informacji na jej temat. I niech tak zostanie. Tymczasem chyba przedawkowałem kawę. Strasznie mi wali serce. Oporządzając ekspres, tępo patrzyłem za okno. Sąsiadka właśnie wyprowadzała pieska i wyrzucała śmieci, przy czym wszystko czyniła z taką gracją, jakby wiedziała, że siedzę w tym oknie i sypię pół kilo kawy na filiżankę. No tak, typowa nadinterpretacja, charakterystyczna dla wiosennego nosiciela testosteronu. Gdybyście jednak słyszeli, jak ona cudownie mówi „dzień dobry!”... I ten kubełek taki czyściutki, i piesek zadbany, i te włosy... o!, i małżonka za plecami, dzień dobry!, dzień dobry!, patrzę, czy nie pada!

  Komentarze (8)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-15 19:18:07
CO KOMU PISANE

Dzisiaj znowu udało mi się dosiąść roweru. Tym razem przebrany za kolarza czułem się pewniej. Wyjście z klatki niemal wzorcowe, bez poślizgów i innych sensacji. Przy pomocy kilku prostych trików zsunąłem samotnie swój pojazd. Bolą mnie teraz dodatkowo ręce, trochę szyja, ale osiągnięcie samodzielności jest tego warte. Nie wiem, czy nie strzeliłem sobie tym manewrem samobója, przecież odtąd tylko patrzeć, aż padnie z kuchni: - Kochanie, tak świetnie ci poszło z tym rowerem. Przyniesiesz mi z piwnicy ogórki? - I co ja jej powiem? Że mam L4? Już słyszę tę grzmiącą ciszę. No nic, czasem warto ryzykować. Kolega Ermanno taką właśnie wyznaje zasadę. I widać, że nie żartuje, bo kto z nas z własnej woli przyjechałby do Polski!? Przed blokiem nastąpiła aktywacja pulsometru, szpanerska zarzutka okularów, urażenie się w nogę i zawieszone bluźnięcie, puk! puk! w głowę i jazda! Noga już troszeczkę odpuszcza, chociaż do pełnej satysfakcji z jazdy jeszcze daleka droga. Tymczasem potrzebuję bardzo gładkiego asfaltu ze względu na wrażliwość na drgania. Najbliższy jest w Niemczech, więc zmuszony jestem jeździć po dziurach przeplatanych szczątkami mieszanek wszelakich rodzajów grysów i mas bitumicznych, i narażać się na moc bezsensownych cierpień. Na szczęście osiągnięta przeze mnie średnia 16km/h, zaskoczyła mnie pozytywnie, imputując zalążki radosnego szoku. Ostatnio było przecież osiem na godzinę! Po powrocie, szczęśliwy, zadzwoniłem do znajomego z zapytaniem, czy nie miałby jutro ochoty na przejażdżkę ze mną. Wprawdzie wstępnie wyraził chęć, ale myślę , że raczej znowu pojadę sam, bo w trakcie rozmowy dodał jeszcze, że dziś rano obudził się pod turkusowym sufitem bardzo gościnnej koleżanki, a w tej sytuacji to ja nie widzę podstaw, aby dla roweru miał porzucić wdzięki swej, z pewnością uroczej, gimnastyczki. Cóż, jakoś sobie poradzę! On pewnie też...

  Komentarze (5)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-14 10:03:20
KOLARSTWO CHARYTATYWNE

Pozostaję pod wrażeniem. Z trudem mogę sobie wyobrazić, żeby tylu ludzi zechciało spędzić mnóstwo czasu na rowerze z powodu jednej jedynej pieczonej kiełbaski! O, moi drodzy - żarty się skończyły! Kilkaset osób, to już jest konkretna siła. Sławetne blokady Samoobrony nie miały tylu uczestników, i to nawet w czasach, kiedy uczestniczył w nich sam pan Przewodniczący. Ten widoczny ogromny zapał, entuzjazm wielki, trzeba pochwycić i wykorzystać! Kurczę!, aż mi się udzieliło, a pamiętacie, że piszę z daleka. Kiedy tylko będę mógł, przyjadę, połączymy wtedy nasze energie i poprowadzę was - no, nie wiem - może najpierw w poprzek Jeziora Maltańskiego, i mówię wam, że damy radę! Dwieście osób, a mogło być więcej! To dwieście kilo słodyczy, które można zawieźć dzieciakom następnym razem, do któregoś z pobliskich Domów Dziecka. Albo dwieście par trampek, piór, książek, długopisów. To również dwieście sztychów łopatą bod budowę Stadionu Narodowego w Warszawie, i niech to wreszcie ruszy, do jasnej Anieli! Chociaż może jednak warszawka własną niech stworzy "ruchawkę" -(rym świadomy). Na koniec zatem: - Ludu Poznania, chylę czoła!
Wasz ECHO AZJI

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-12 10:21:03
O SPODNIACH I ROZMOWIE Z BISKUPEM


Kiedyś w wolnych chwilach wykonywałem takie śliczne bobasy (na zdjęciu próbka moich umiejętności). Potem ceny mieszkań oszalały, kładąc kres mym wyczynom, pod groźbą ciasnoty, lub przeprowadzki na dno jeziora, gdzie na śniadanie jadłbym tylko garść żwiru (jak u Monty Pythona). W obecnych chwilach ciszy nie zamieniam się już w pistolet. Wyruszam w pobliskie górki i wkręcam sobie język w szprychy. Powtarzam - język! Tzn. aktualnie niczego sobie nie wkręcam, pozostając jeszcze czas jakiś fizycznie upośledzonym. Mam władzę, co najwyżej, wkręcić sobie śrubkę numer pięć. Przykre doświadczenie. Przekłada się dosłownie na wszystko. Nawet sny mam normalne inaczej. W środku miasta, na trawniku przy jakichś krzakach, podszedł do mnie tutejszy ordynariusz, abp. Życiński, przybiliśmy piątkę, on spytał, czy zgadzam się aby w tym miejscu stanął pomnik? A ja w ogóle nie wiedziałem o co chodzi. Co mi tam! Zgodziłem się. Miałem na sobie tylko flanelową koszulę. Żeby chociaż jeszcze bandaż. A tu nic! Ale pobłogosławił, a zza jego pleców wyskoczyli wtedy nagle przyczajeni dostojnicy reprezentujący okoliczne gminy i powiaty. Każdy chciał się przywitać - niestety, spodni jak nie było, tak nie było. Zachowuję jednak spokój. Przejdzie mi. Zaglądając na Wasze stronki, już mi lepiej. Miejcie tymczasem wyrozumiałość dla mych aberracji. Jednak gdybyśmy za każde otwarcie blogu sbajew pobierali 10 gr., to budżet planowanego sabatu blogerów wynosiłby już dwa tysiące złotych, rósłby nadal systematycznie, a za resztę, w przyszłości, moglibyśmy dokończyć budowę Świątyni Opatrzności Bożej.

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-11 14:47:51
NA RAMIE

Stało się! Bez dodatkowych zniszczeń i kontuzji opuściłem mieszkanie - samowładnie. No i? No i zażądałem od zaskoczonej rodziny założenia mnie na rower. Szok, konsternacja, politowanie - wszystkie te odczucia jednocześnie spowiły umysły moich bliskich. Do mamy nie dzwoniłem, bo i tak znowu usłyszałaby lodówkę. Ponieważ jako dorodny samiec posiadam znaczną przewagę fizyczną (mimo przejściowych trudności animacyjnych w obrębie kończyn dolnych) nad pozostałą częścią mojej podstawowej komórki społecznej, protesty ograniczyły się do cichych i krótkich pomruków. W zdrowym życiu nigdy nie nadużyłem swojej pozycji, nigdy też więcej tego nie uczynię - tym razem jednak poczułem się usprawiedliwiony, wręcz zmuszony. Czasami rozmyślam nawet, czy nie powinienem się urodzić z ramą pomiędzy pachwinami. Nie żebym specjalnie narzekał, bo mam tam jakieś marne szczątki, ale ja potrzebuję co najmniej 18 cali, a o tym to nie ma nawet mowy! Umieścili mnie zatem na siodełku, w cywilnym ubraniu, popchnęli i... ach! tego mi było trzeba! Zacząłem kręcić, powolutku, niezdarnie, boleśnie, zrazu przeciążając lewą, zdrową nogę. Dojechałem do pobliskiego parku, stamtąd już tylko kilkaset metrów do Wisły, wzdłuż jej brzegu kilometr, czy dwa, mostek na starorzeczu, potem kawałek pola, działki, znowu park, i do domu. Uf!, ujechałem się okrutnie! A to tylko kilka kilometrów. 7 - 8 km/h. Kiedyś myślałem, że przy takiej prędkości spada się z roweru wskutek zaniku efektu żyroskopowego. Myliłem się. No cóż, noga trochę bolała, ale w porównaniu z chodzeniem... nie ma porównania. Oświadczam zatem, że wracam do gry! I jeszcze coś. Tak trochę na euforii.W sierpniu przyjadę do Was rowerem, w jeden dzień. Dzieli nas wprawdzie przeszło 400 kilometrów, ale to sobie najwyżej wezmę trochę wody i - nie wiem - może ze sześć, albo siedem złotych.

  Komentarze (4)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-10 13:05:59
ŚWIATEŁKO W TUNELU

Moja mobilność systematycznie wzrasta. Jest progres! Po wtorkowym wypadzie samopoczucie również lepsze („ - Przy pani 10!” - jak powiedział szkolny mistrz pierwszego kroku bokserskiego w „Seksmisji”), bo mi „głupoty” zaczynają chodzić po głowie. Kiedy dzisiaj moja żona koło mnie odkurzała, zauważyłem, że trudniej mi utrzymać łapy przy sobie. Ale na razie jeszcze pościg za nią nie wchodzi w rachubę, nie miałbym szans, więc po chwilowym wzroście tętna do ok. 160 wracam na ziemię, próbując dalej przetrawiać "Proroka" Khalila Gibrana. Tyle, że on nieustannie sugeruje aby stać się nagim, a ja tymczasowo pozostaję nieco nadwrażliwy na formę. Moja ukochana stara się mi dogadzać (w sensie żywnościowym!), biorąc mnie na stare kulinarne sztuczki. Dobra kobieta. A we mnie tymczasem tyle przeróżnych – i drobnych i większych – świństewek buzuje! I nie tylko – bowiem właśnie uraczyła mnie fasolką po bretońsku, i... Ale trzymajmy klasę na tych stronach. Rano znowu stoczyłem wyrównany pojedynek z klatką schodową i samochodem, ponieważ musiałem dotrzeć do przychodni na usunięcie szwów. Rzeźnia, kolejki, u dermatologa przyjmuje gastrolog, u stomatologa fryzjer, poziom kontaktu z pacjentem porównywalny z atmosferą urzędu skarbowego za komuny: - Co ma? Pokaże! Położy się! Ania, gdzie spirytus!? - pewnie wypiły, wredne strzykawy. NFZ – Neo-Faszystowski Związek! Ale ja cierpliwy jestem. Wróciłem do domu, nikogo nie raniąc. Dzwonił też dziadek. Jutro wybiera się na ryby. Niezawodny znak, że napędził trochę bimbru i łaknie solidnego partnera. Opowiedziałem mu o swojej kondycji. Poczuł się zdruzgotany. Oczywiście tym, że nie będzie miał z kim degustować. Ja też żałuję, bo już nawet przez słuchawkę było czuć, że się facet przyłożył do dzieła. Chociaż tak naprawdę wolę jednak rower. Ale raczej nie zacznę o nim pisać, z troski o pojemność serwera i waszą wrażliwość.

PS.

Jakby ktoś coś tego, to mogę podrzucić komórkowy do dziadka. Hasło: ”bezołowiowa” - odzew: „nie mam kwasu dezoksyrybonukleinowego”.

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-09 15:15:03
KU POKRZEPIENIU OKRADZIONYCH

Wczoraj, po południu, się przemogłem. Nagły impuls wyrwał mnie z impetem z łoża boleści, by po jednej wywrotce i dwóch dość spektakularnych podpórkach (zrzuciłem antyramę z własnym odbiciem) stanąć w pokracznym zgięciu przed szafą. Pozostając w jakże naturalnym kontraście do żony, ja mam co na siebie włożyć. Jednak bez niej nie zdołałbym ubrać niczego więcej niż slipy i bandaż na nogę. W ogóle pierwiastek kobiecy regularnie chroni mnie przed większymi, czy mniejszymi, okazjami do kompromitacji. Np. kuchnia jest dla mnie takim prawdziwym polem minowym. Chociaż początki miałem raczej niezłe – szybko przeskoczyłem wrzątek na herbatę, grzanki, kisiel i kiełbasę z ogniska. Kłopoty zaczęły się gdzieś tak koło jajka sadzonego, czy jajecznicy. Jakoś głupio było spytać jak to się robi. Regularnie przypalałem więc patelnie, coraz bardziej wierząc w złe moce zaklęte w ich blachę – co zresztą czyniłem z łatwością i przekonaniem, bowiem ich dystrybucją zajmowali się wówczas nasi Cyganie (tak, tak – taką okrutną rasistowską świnią niegdyś byłem!). Ale wystarczy. Z pomocą boską (rodzina, poręcze, ściany, i taka szajbka przy wyjściu) dotarłem do samochodu. Ograniczona ruchomość nogi umożliwia mi jazdę, jednakowoż bez komfortu. Ruszyłem mimo to. Rzut bezantenowym beretem i dojechałem do Kazimierza Dolnego. Zaraz zadzwoniłem do paru osób pochwalić się, że w ogóle tam dotarłem. Mama powiedziała, żebym się nie wygłupiał, bo i tak słyszy naszą lodówkę (istotnie, coś trzeba z tym zrobić). Ale brat uwierzył. Pytał, czy chodzą jakieś fajne... Nie chodziły. Wypiłem na rynku kawę, programowo nie kupiłem nic w piekarni u Sarzyńskiego (kara za trzykrotną próbę wciśnięcia mi czerstwego koguta), zepsułem parę zdjęć, wdrapałem się z powrotem na wzgórze klasztorne, wszedłem do zacisznych wnętrz - gdzie się sproszkowałem – dokonałem dobrowolnej ofiary za parking strzeżony ręką Matki Boskiej Kazimierskiej, zapiąłem pasy i udałem się w drogę powrotną. W domu natychmiast zgasłem z wycieńczenia. Niczym ten nieszczęsny płomień z Olimpii w niewprawnych frankońskich łapach. Koleżance, za pośrednictwem niewinnego Brata, ukradli samochód. Benzyna 95 po 4,35zlp! A to jeszcze nie jest Armagedon...

  Komentarze (2)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-08 11:58:25
CZY STOSUNEK ILOŚĆI DO MENTALNOŚCI RÓWNY JEST WOLNOŚCI?

Od grubo ponad miesiąca, w ciemnym zakamarku kuchennej szafki (na zdjęciu obok), przetrzymuję niepewną swego losu ćwiarteczkę Żołądkowej. Tej samej, po której - w odróżnieniu od Goździkowej - głowa raczej zwykle dopiero zaczyna boleć. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, że jej jeszcze nie wypiłem. Po prostu. Tak się ułożyło. Najpierw post, potem nieoczekiwanie Chrystus przemógł kamień wagi wielkiej (darmo wtoczony, i tu poprzestańmy na tym), więc głupio tak było świadkować mu po pijaku. Wiem, ćwiartka to tyle, co nic, pewnie bym pozostał zupełnie nienaruszony w swej intelektualno-fizycznej istocie. O, a teraz przecież kolejna rocznica śmierci Papieża, zdolna za każdym razem przeczołgać mnie emocjonalnie i duchowo podprostować. Noga też nie podaje... I co? I nic! Głupiej flaszce poświęciłem tyle zdań i piętnaście minut. Może mogłem w tym czasie pogłaskać kogoś po głowie, poprzeć w sieci Tybet, przeczytać parę mądrych zdań, o których zaraz bym zapomniał, wściec się na Tuska live w TVN-24, odpisać 1% podatku (rany!, całkiem o tym zapomniałem!), albo - najzwyczajniej w świecie - wypić tę "szklaną małpkę" i zakończyć temat. Dowiedziałem się, że Kubica alkoholu nie rusza. Kurczę, a co na to PZMot!? No właśnie. Za karę tuła się chłopak po wszystkich kontynentach, wygnany z kraju. A tak miałby chociaż szansę w Polsce sterminowania się o krajowe, przydrożne, drzewo, po pijaku, z gestem, A 6, postawiliby mu przynajmniej jakiś porządny krzyż przy drodze. Bo tam, przy tych bandach, to co oni mu nadbudują nad najszybszym nosem świata? Wielką świecę Boscha? Robert, wracaj! Już postanowiłem - tę ćwiarteczkę, tylko z tobą!

PS.
Robert, chodzi oczywiście o 0.2. Wiesz, Unia, te rzeczy...

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-07 15:48:10
GIRKA

Leżę już w łóżku dwa tygodnie. Wstaję tylko tam i z powrotem, kuśtykam, czym rozbawiam domowników. Albo osiągam pion do obiadu. Jak rano uda mi się nie spojrzeć przez okno, szlag trafia mnie dopiero wieczorem. Jak się nie uda, trafia mnie natychmiast. 23 godziny na dobę trzymam girę powyżej poziomu tkanki mózgowej. Na zewnątrz benzyna i tak drożeje a Carrefour trzyma ceny nabiału podwyższając i tak już złodziejskie marże. Niedługo Tanie Linie Kolejowe będą wozić ludzi wschodu po masło, do Wielkopolski, tam, gdzie taniej. Więc może nie ma po co wychodzić? Nie ma czego żałować? Może jednak mniej pesymistycznie, i niechby sobie kupić pompkę i się podpompować? Albo zajrzeć do chińskiego sklepu, i ukarać ich zakupem produktu polskiego rzemieślnika? A propos, widział ktoś Wyborową z Chin? Ja nie. Pilch pewnie też jeszcze nie widział, bo zaraz by napisał. Za kilka dni jednak wrócę do życia. Przemieszczę się po klatce schodowej, za drzwiami dobędę roweru, a potem... Potem nie wiem. Bo ja i tak jestem chory. Kiedy pozostaję odczepiony od roweru zachodzą we mnie zmiany, mogę łgać, kombinować, sto razy sprawdzam przebieg licznika, wychodzę do sklepu po bułki i olej, a przynoszę chleb, WD-40, daktyle i Isostar. Bo gdybym miłości nie miał, byłbym niczym...

  Komentarze (3)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-06 12:23:51
Pytania wstępne

Po braterskim przywitaniu, ośmielony akermańskim tchnieniem... Zastanawiacie się czasem, co dzieje się sto metrów za wschodnim brzegiem Wisły? Daleko od Wielkopolski, daleko od gór, jeszcze dalej od słonej wody Bałtyku? Czy już mamy tutaj azjatyckie gęby, czy jeszcze nie? Czy również i tutaj spadamy z rowerów? Jaką płacimy składkę OC za diesla 2.0? Od dziś możecie pytać. Pomogę Wam!

  Komentarze (1)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  


2008-04-06 11:16:05
Witaj, Bracie!

Niech ten zacny fragment, niezawodnie zacnego poznańskiego zabytku scali na zawsze akermańskie stepy z cywilizacją cegły!

  Komentarze (0)   |   Oceń (4.77)   |   Skomentuj  



autor: ECHO AZJI

o mnie
kontakt
prawa autorskie

<<   Luty 2018   >>
pnwtsrczptsoni
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
ECHO AZJI

najnowsze wpisy

    POSTNIE
    ZMĘCZENIE
    WIZYTA KSIĘDZA
    IDĘ GDZIEŚ...
    SPOSÓB NA MRÓZ
    TRZY STRZELIŁEM!
    SALUT!
    EGZAMIN KOMISYJNY
    POKONAĆ TRUDY
    ŚW. MIKOŁAJ